Przez dobrą chwilę siedział w całkowitym bezruchu. Ułożywszy na stole kolorową torbę termiczną i wyciągnąwszy z niej słoik gulaszu oraz zawinięte w folię spożywczą kanapki, wpatrywał się martwo w stojące przed nim jedzenie, czując, jak kolejna fala zmęczenia napiera na jego umysł, napiera na mięśnie, chcąc go przewrócić i pochłonąć niczym połykające miasta tsunami. Ostry ból odezwał się gdzieś w zgarbionych ramionach i dawno zabliźnionych ranach. Azelan łapiąc niemrawo za widelec, odniósł nagłe wrażenie, że choć od wydarzeń z Karymska minęły trzy lata, wciąż nie zdołał całkowicie zregenerować ciała po przegranej walce z nieznaną plagą.
Jakże naiwny był sądząc, że dwa dodatkowe dzioby do wykarmienia nie okażą się nazbyt wielkim obciążeniem dla wykończonego walką umysłu. Czego miał się obawiać po dniach spędzonych na pracy przy chorych, po nocach w ucieczce przed krnąbrnymi, niewierzącymi w jego niewinność mieszkańcami rodzinnego miasteczka? Co mogło być mu straszne po krwawych rytuałach jego ludu, po godzinach spędzonych na dzikich stepach, po wielu niemożliwych do zliczenia próbach wynalezienia lekarstwa i rozczarowaniu wszystkich tych, których kochał i na których mu zależało?
Cóż, najwyraźniej rodzicielstwo.
A przynajmniej to nieplanowane.
I nie, nie w takim sensie. Nie w sensie, z którego zawsze musiał się tłumaczyć.
Bo tak jak i Mavka, i Spytko doskonale wiedzieli, że podczas tragicznych wydarzeń w Karymsku musieli radzić sobie sami, tak po wspólnym wyjeździe do Stellaire i ulokowaniu się z Boohą w chatce za miastem, co dalej musiał zdecydować właśnie on.
Rozsądny dorosły i świeżo upieczony ojciec.
Rozsądny dorosły i świeżo upieczony ojciec, który ledwo wiąże koniec z końcem, pomyślał, kiwając głową.
Okazuje się bowiem, że opieka nad dwójką małolatów wiąże się z równie wielkim obowiązkiem, co próby powstrzymania pustoszącej zapomniane przez świat miasteczko zarazy. Dlatego, gdy ulice Karymska ucichły, a spojrzenia ocalałych cięły dusze winnych niczym noże, nawet ucieczka z pola bitwy nie zagwarantowała mu upragnionego wytchnienia.
Rzucenie się w wir nowych doświadczeń i zajęć wydawało się w końcu znacznie prostsze niż dzikie próby poradzenia sobie ze świeżymi, wyniesionymi z Medwii ranami. A zmęczenie – ten podły, uwieszający się na jego barkach towarzysz – pozwalało mu na moment zapomnieć. Zamknąć umysł na żal oraz poczucie winy, odpłynąć z myślą o ośmiogodzinnym śnie i w swój niezdrowy, wykańczający ciało sposób, zwyczajnie odetchnąć.
Mimo to Azelan nie żałował niczego. W opiece nad bliskimi zdawał się odnaleźć sens życia, a nikt nie był dla niego tak ważny, jak ta dwójka rozrabiaków, którą z radością i dumą mógł nazwać rodziną. Jego własna, mała siła napędowa, dwa nieustannie pełne energii silniczki, które choć w swej nauce życia i świata nieraz gryzły, kąsały i pluły jadem, na koniec dnia zawsze lądowały w ciepłym, ojcowskim uścisku swego opiekuna.
Skromny uśmiech wkradł się na opaloną, azelanową twarz. Już teraz potrafił sobie wyobrazić niezadowolenie Mavki i komentarze Spytko, gdy kolejny raz wraca do domu z podkrążonymi oczami oraz mało imponującą wymówką, dlaczego w szpitalu został dłużej, niż powinien.
Będzie dobrze, pomyślał westchnąwszy, zdobywając się na ten pojedynczy promyczek pozytywnego myślenia. Przynajmniej dopóki znów nie zacznę słyszeć głosów przeziębień i gryp.
Nim zdołał wziąć do buzi nabity na widelec kawałek cukinii, czując, jak z wolną kurczący się żołądek domaga się wreszcie jedzenia, nieznana siła zatrzęsła całym stolikiem, w ruch wprawiając nie tylko Azelana, ale również kanapki i dzielnie trzymający się blatu słoik. Bashkin złapał pospiesznie za krawędź stołu, wziął głęboki wdech. Gdy podniósł wreszcie spojrzenie, spotkał się jedynie z dostrzegalną w brązowej tęczówce niechęcią.
Otworzył usta, gotów rozpocząć rozmowę ze swoim nowym towarzyszem od podstawowego pytania: czego tak właściwie chcesz, Dworakowski? Zauważywszy jednak w postawie Daniela wyraźne napięcie, powstrzymał nagłą chęć wyrażenia swej konfuzji i pozwolił, by to tanatolog rozpoczął ich konwersację.
Za pierwszym razem myślał, że źle dosłyszał. Za drugim, że jego współpracownikowi całkowicie odbiło, oszalał do reszty, postradał zmysły, a chora ambicja przeżuła go i wypluła, pozostawiając na miejscu Daniela coś, co Danielem trudno było nazwać. Shudkher, słowa Dworakowskiego wydały mu się całkowicie pozbawione sensu. I gdyby nie znał go lepiej, gdyby nie łączyły ich lata przelotnej i czysto zawodowej znajomości, prędko by stwierdził, że ten robi sobie z niego żarty. Daniel jednak nigdy nie żartował. Zawsze spięty, ostrożny, pełen zimnego profesjonalizmu i absurdalnego przekonania, iż każda sytuacja wymaga śmiertelnej powagi. Zupełnie jakby życie, ten pokrętny i nieprzewidywalny los, nigdy nie dało mu wystarczająco dobrego powodu do uśmiechu.
— Słucham? — wycedził po chwili, wciąż próbując przeanalizować wypowiedziane przez Dworakowskiego słowa. — Cały dzień mnie unikasz, posyłasz mi te swoje groźne, niezadowolone spojrzenia, nie odpowiadasz, gdy do ciebie mówię i teraz czegoś ode mnie potrzebujesz?
Próby powstrzymania wkradającego się z wolna na opaloną twarz uśmiechu spełzły w ostateczności na niczym. Azelan wzruszył ramionami, skrzyżował ręce na piersi. Desperacja Daniela, ta podła emocja, którą drugi doktor tak nieumiejętnie próbował ugasić, wyraźnie zaczynała Bashkina bawić. Och, jakże straszne i wulgarne musiały być te obelgi, którymi Dworakowski darzył go w tamtej chwili w głowie.
— Nie zrozum mnie źle, to bardzo ciekawa propozycja. Dawno nie byłem na takiej zabawie, ostatnio może gdzieś w okolicach drugiego roku studiów, a zobaczenie ciebie w… w… — zatrzymał się na chwilę, szukając odpowiednich słów — w tak niecodziennym dla ciebie środowisku to wspaniała okazja, żebyś się wreszcie trochę otworzył i żeby poobserwować Daniela Dworakowskiego, nasz stary i dobrze wszystkim znany obiekt badawczy, poza murami szpitala, w wyjątkowo radosnych okolicznościach.
— Bashkin…
Dworakowski ściągnął w złości brwi, dłonie zacisnął w pięści. Jego knykcie pobladły, a Azelan, zaobserwowawszy u swego rozmówcy ten nowy wymiar rozeźlenia, stwierdził, że Daniel musiał na tyle mocno wpić się paznokciami w dłoń, iż dobrał się aż do krwi. Lecz to Bashkina nie powstrzymało. Wręcz przeciwnie, jedynie podjudziło.
— To powiedziawszy, nie możesz ode mnie wymagać niezadawania pytań. Bo widzisz, mam ich mnóstwo. — Azelan wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. — Dlaczego pytasz o coś takiego? Co cię zmusiło do podjęcia tak drastycznych kroków, jak spytanie kogoś o pomoc? I dlaczego ja? Dlaczego ja, oynon. Przyznaj wreszcie, że twoja niechęć do mojej osoby to czysta farsa i miejmy to już z głowy.
Mimo iż Dworakowski milczał, cisza wokół niego zdawała się wrzeszczeć wniebogłosy z niemą prośbą o pomoc. Daniel balansował gdzieś na stromej krawędzi cierpliwości, unikał kierowanych w jego stronę ciosów i choć Bashkin nie dawał za wygraną, choć dźgał i ciął niczym zawodowy podrzynacz, mężczyzna kurczowo trzymał się resztek znalezionego w sobie niewzruszenia, również wprawiony w tej, tak dobrze obu im znanej, grze. Tym razem jednak Azelan znalazł się w ofensywie, w której nie brakowało mu doświadczenia. A Daniel? Daniel wyglądał, jakby miał zaraz napuchnąć i wytoczyć się z pomieszczenia, zupełnie jak rybka rozdymka.
— Dobrze, nie mów. — Dłoń młodszego chirurga zawisła w powietrzu, karykaturalnie próbując powstrzymać Dworakowskiego przed zaprezentowaniem jakichkolwiek odpowiedzi, których Daniel wcale nie miał zamiaru artykułować. — Mam znacznie ważniejsze, ostatnie w tej kwestii pytanie: co będę z tego miał?
I tyle w zupełności wystarczyło.
Stół ponownie zadrżał, wprawiony w ruch przez starszego z doktorów. Wyprostowawszy nogi, Daniel zaklął i nim skierował się w stronę drzwi, posłał Bashkinowi mordercze spojrzenie.
— Zapytam kogoś innego — wysyczał przez zęby i zrobił krok w tył.
Azelan zamarł. Nie był to pierwszy raz, gdy droczył się z tanatologiem. Shudkher, Bashkin był gotów stwierdzić, iż nie było dnia w pracy, w którym nie oddawaliby się drobnej przyjemności słownych przepychanek, jednak dzisiaj – w dniu, w którym wcześniej Daniel wydawał się całkowicie Azelana obecność ignorować, by teraz, w wielkim dla Bashkina zaskoczeniu, zwrócić się do instrumentariusza z prośbą tak personalną i osobliwą – Dworakowski sprawiał wrażenie jeszcze bardziej spiętego niż zazwyczaj.
Azelan zamrugał, jakby próbował wybudzić się ze złego snu. Pierwszy raz… Drugi…
Mavka byłaby zachwycona, słysząc, że Bashkin zdecydował się wyjść gdzieś, gdzie nie czekały na niego zawodowego obowiązki, bądź szkolne spotkania z jej własnymi nauczycielami. Że być może, po wszystkich jej na ten temat zgryźliwych komentarzach, uznał wreszcie, iż życie to coś więcej niż nieprzespane noce, opieka nad dwójką wyjątkowo słodkich smarkaczy i nieustannie wydłużające się godziny szpitalnej zmiany. Bo tak jak Spytko rzadko kiedy decyzje swego opiekuna kwestionował, tak Mavka – ten szary, nieśmiały promyczek, który w Stellaire z wolna odzyskiwał wreszcie swoje kolory – twierdziła, iż życie Azelana może zbudować na lepsze, od nowa.
Nie robię tego ani dla siebie, ani dla niego, pomyślał, nie odwracając spojrzenia od odchodzącego Daniela. Dla Mavki.
Dworakowski wciąż jednak się oddalał. Pierwszy krok… Drugi…
Azelan podniósł się na równe nogi.
— Żartowałem! — przyznał krótko i zwięźle i przysunął się w stronę Daniela, gwałtownie pokonując dzielące ich centymetry.
Groźne spojrzenie Dworakowskiego ponownie spoczęło na sylwecie instrumentariusza, gdy powstrzymany nagłym Bashkina uniesieniem, zatrzymał się w niewielkiej odległości od okupowanego jeszcze przed chwilą stolika. A potem powędrowało w dół. Niżej, wprost na oplecione wokół jego nadgarstka, palce Azelana.
Oboje stali przez moment w bezruchu, nawzajem się obserwując, analizując sytuację i wyczekując od drugiego wykonania pierwszego, rozdzielającego ich ruchu. Bashkin nie od razu zdał sobie sprawę z tego, co zrobił – gdzie wylądowały jego palce, kiedy wkradł się w sztywne granice danielowej przestrzeni i kiedy właściwie podniósł się z krzesła, dla pojedynczego Mavki uśmiechu gotów Dworakowskiego zatrzymać choćby siłą.
Lub elementem zaskoczenia, który w ów ogłupiający stan wprowadził ich oboje.
Zauważywszy wreszcie spoczywającą na bladym nadgarstku dłoń i poczuwszy pod dotykiem teksturę obcej skóry, odskoczył od Daniela jak poparzony.
— Żartowałem — powtórzył dla pewności, nie chcąc, by uwolniony spod jego uścisku tanatolog ponownie skierował się w stronę drzwi. Z azelanowej gardzieli wydostał się niepewny śmiech. — Żartowałem. I z wielką przyjemnością będę ci na tej imprezie towarzyszył, noukher.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz