Imbecyl. Kretyn. Zakuty łeb, któremu brakuje piątej klepki. Wyliczane w głowie przytyki kierowane w stronę Azelana traktował niczym uspokajającą mantrę. I choć nijak pomagały mu one otrząsnąć się z tego jakże upokarzającego poczucia wstydu i bezsilności, z całą pewnością pozwalały mu na zrzucenie winy za własne, tragiczne samopoczucie na tę tępą, pozbawioną rozumu górę mięśni. Jakże mógł się tak upodlić, tak zszargać własną reputację, prosząc go o pomoc, by w odpowiedzi otrzymać jedynie kpiny i szyderstwo. Gdyby kierował je ku niemu ktokolwiek inny, Daniel puściłby je mimo uszu. Potraktował jedynie jako nie wart jego uwagi szum, jednak Bashkin miał w sobie coś, co niesłychanie go rozjuszało. Jakby lekarz urodził się tylko po to, by na każdym kroku utrudniać Danielowi życie, by każdego dnia, nieprzerwanie od ponad trzech lat, wbijać mu w ciało kolejną szpilę przesiąkniętą jadem i wzajemną nienawiścią.
Daniel zmusił się do uśmiechu, lecz był to uśmiech tak nikły i tak pozbawiony życia, że równie dobrze można go było uznać za mimowolny skurcz mięśni twarzy. Noukher. Słowo wybrzmiało w jego głowie z nieprzyjemną wyrazistością. Pamiętał je aż za dobrze. Oczywiście, że je pamiętał. Przez lata słyszał je wystarczająco często, by poznać nie tylko znaczenie, ale i wszystkie emocje i uczucia, jakie Azelan potrafił mu nadawać. Czasem wypowiadał je z rozbawieniem. Czasem z ciepłem. Czasem z szacunkiem. “Przyjaciel”.
Daniel niemal prychnął.
Przyjaciel.
Jak bardzo trzeba było utracić kontakt z rzeczywistością, żeby użyć tego słowa właśnie teraz?
Przez krótką chwilę patrzył na Azelana w milczeniu, nie odrywając od niego wzroku, jak gdyby próbował dostrzec w nim coś, czego nie widział od lat, a co mogłoby uzasadnić absurdalność całej tej sytuacji. Nie znalazł jednak niczego poza znajomym układem rysów, które kiedyś budziły w nim szacunek, a obecnie wywoływały wyłącznie zmęczenie i odrazę.
Przede wszystkim jednak nie potrafił przestać myśleć o dotyku.
Mimo że dłoń Bashkina już dawno zniknęła z jego nadgarstka, wciąż miał wrażenie, że czuje na skórze niewidoczny ślad pozostawiony przez jego palce. Ciepło. Szorstkość opuszków. Nieznaczny ucisk. Było to uczucie tak żywe i tak absurdalnie wyraźne, że budziło w nim obrzydzenie. Było w tym coś upokarzającego, co jego ciało okazało się pamiętać znacznie lepiej niż rozum. Pamiętało rzeczy, które on sam od lat usiłował pogrzebać pod warstwami nieuzasadnionego gniewu i obojętności.
Trzy lata.
Trzy lata wystarczyły, aby wzajemny szacunek przemienił się w niechęć, a niechęć w coś znacznie bardziej wyniszczającego, znacznie bardziej trwałego. Nienawiść była bowiem w oczach Daniela uczuciem wygodnym, bezpiecznym. Wymagała od niego znacznie mniej wysiłku niż żałoba czy zrozumienie i współczucie kierowane ku drugiemu z lekarzy. Przez krótką chwilę przed oczami przemknęły mu obrazy, których nie chciał już nigdy więcej oglądać. Wspólne chwile spędzone w Karymsku. Zimne, cuchnące środkami dezynfekcyjnymi sale zabiegowe, a raczej to, co w tych jakże surowych warunkach uznawano za sale. Pamiętał przybrudzone szklanki z gorzką, zimną kawą. Noce spędzone przy poszukiwaniu lekarstwa na destrukcyjną chorobę. Chwile, gdy obaj byli jeszcze wystarczająco młodzi i wystarczająco głupi, by wierzyć, że ciężka praca oraz wiedza są w stanie ochronić człowieka przed każdą katastrofą.
Wspomnienia zniknęły równie szybko, jak się pojawiły. Pozostawiły jednak po sobie znajomy posmak goryczy.
— Super — odezwał się w końcu, cedząc słowo przez zęby
Zabrzmiał nieczule i niemal martwo.
— W porządku, Bashkin. Niezmiernie cieszy mnie, że już skończyłeś zachowywać się jak dziecko i zdecydowałeś, że jednak będziesz mi towarzyszył. Odezwę się niedługo i przekażę ci więcej szczegółów.
Przerwał na moment, po czym westchnął ciężko, marszcząc czoło. Miał wrażenie, że ten dzień trwał już kilka tygodni.
— A teraz lepiej będzie, jeśli się rozejdziemy. Wystarczy mi upokorzeń na jeden dzień.
— Daniel… — Azelan zaczął, jakby przez chwilę szczerze zainteresował się coraz to gorszym samopoczuciem towarzysza.
— Nie. — głos Daniela spoważniał. — Naprawdę wystarczy. Nie mamy sobie już nic więcej do powiedzenia, Bashkin.
Przez moment wydawało się, że Azelan zamierza coś powiedzieć. Nie zrobił tego jednak, a Daniel był mu za to wdzięczny bardziej, niż chciałby przyznać. Minął go bez słowa, nie oglądając się ani razu.
Droga do domu upłynęła mu w stanie osobliwego odrętwienia. Daniel, spoglądawszy ku uliczkom Stellaire, nie potrafił wyzbyć się uczucia, jakby raz jeszcze przechadzał się chodnikami Karymska. Miasto po zmroku wydawało się mu cierpieć na tę samą chorobę, która niegdyś męczyła mieszkańców medwiedańskiego miasteczka. Wilgoć zalegała pomiędzy budynkami niczym ciężka mgła, światła latarni rozmywały się w powietrzu jak blade plamy ropy na powierzchni brudnej wody, a przechodnie poruszali się po chodnikach z pochylonymi głowami, jak gdyby każdy z nich dźwigał własną, niewidzialną trumnę.
Wrócił do mieszkania późnym wieczorem. Światła w oknach naprzeciwko migotały nierówno, a wilgoć osiadająca na szybach skutecznie rozmazywała ich blask. Daniel przez chwilę stał nieruchomo w przedpokoju, nie zdejmując nawet płaszcza, wsłuchany w ciszę panującą w mieszkaniu. Był to bardzo nieprzyjazny rodzaj ciszy, który zmuszał człowieka do pozostania sam na sam z własnymi myślami. Przez cały dzień był zmęczony, lecz dopiero teraz, gdy nie miał już przed sobą obowiązków, formularzy, pacjentów i współpracowników, poczuł prawdziwy ciężar tego wyczerpania.
Kiedy położył się do łóżka i zgasił światło, przez długi czas wpatrywał się w ciemność rozciągającą się nad nim niczym ogromne, bezdenne sklepienie. Sen nie nadchodził. Zamiast niego pojawiały się jednak wspomnienia, nieproszone i uporczywe, jak choroba wracająca po latach pozornego uśpienia. Karymsk zawsze wracał do niego właśnie w takich chwilach. Miejsce, które wydawało się istnieć wyłącznie po to, aby wystawiać ludzką wytrzymałość na próbę. Czuł w nozdrzach to znajome, ciężkie, zanieczyszczone powietrze przesycone zapachem wilgoci, środków dezynfekcyjnych i smrodu rozkładających się ciał, których nie nadążano grzebać. Dopiero później z tej mgły wyłaniały się twarze, korytarze, sale pełne łóżek ustawionych tak ciasno, że pielęgniarki ledwie mogły się między nimi przeciskać.
Azelan również był obecny niemal w każdym z tych wspomnień.
Daniel pamiętał go z czasów, gdy jeszcze pracowali ramię w ramię, kiedy obaj byli naiwniejsi, choć żaden z nich nigdy otwarcie by się do tego nie przyznał. A przynajmniej Daniel na pewno by tego nie zrobił. Pamiętał noce spędzane nad dokumentacją medyczną. Pamiętał zmęczone rozmowy prowadzone przy zimnej kawie i przy świetle lamp, które nadawało wszystkim twarzom trupio bladą barwę, jakby śmierć już owijała wokół każdego z nich swe lodowate ramiona. Pamiętał chwile, kiedy potrafili wspólnie rozwiązywać problemy, kiedy wzajemnie uzupełniali swoje kompetencje, a różnice charakterów wydawały się jedynie drobną niedogodnością wobec ogromu pracy, którą mieli do wykonania. Daniel początkowo uważał go za dziwaka. Potem za wartościowego współpracownika. Jeszcze później za przyjaciela. To ostatnie wspomnienie bolało najbardziej.
I być może to właśnie w tym tkwił paradoks jego nienawiści. Gdyby Azelan był wyłącznie człowiekiem, którego nie lubił, sprawa byłaby prosta. Gdyby był wyłącznie rywalem, można by było zamknąć tę historię w jednym z wielu znanych ludzkich schematów. Tymczasem Azelan był czymś znacznie gorszym. Był utraconym przyjacielem i żywym dowodem porażki. Samo jego istnienie przypominało Danielowi o granicach własnych możliwości. Za każdym razem, gdy widział jego twarz, wracało do niego bolesne wspomnienie tamtej choroby, tamtych długich miesięcy i wszystkich chwil, w których robił wszystko, co potrafił, a mimo to nie był w stanie odwrócić biegu wydarzeń. Daniel zacisnął powieki, nie chcąc wracać do tamtych czasów. Nie chciał przypominać sobie wygiętych z bólu twarzy pacjentów. Nie chciał pamiętać własnej bezradności. Ale najbardziej nie chciał pamiętać tego, że Azelan był świadkiem każdej z tych rzeczy.
Najbardziej upokarzające było jednak to, że rozum podpowiadał mu coś zupełnie innego. Rozum przypominał, że żaden lekarz nie był wszechmocny. Że istnieją choroby, których nie można pokonać i tragedie, którym nie da się zapobiec. Jednak człowiek rzadko działa zgodnie z logiką. W głębi duszy Daniel wciąż czuł, że zawiódł, że w chwili próby okazał się niewystarczający, a Azelan był codziennym przypomnieniem tego faktu. Nie musiał nic mówić. Nie musiał nawet na niego patrzeć. Wystarczyło, że istniał.
Minęły długie godziny, nim sen w końcu nadszedł, uwalniając Daniela od ciężaru własnych myśli.
Następnego dnia szpital wydawał się mniejszy niż zwykle, jakby wszystkie korytarze zostały skrócone wyłącznie po to, by zwiększyć prawdopodobieństwo spotkania osób, których tego dnia najbardziej pragnął omijać. Daniel niemal obsesyjnie unikał Azelana. Kiedy dostrzegał jego wysoką, charakterystycznie zgarbioną sylwetkę na końcu korytarza, natychmiast wybierał inną drogę. Gdy zauważał go przy windach, zawracał pod pretekstem przypomnienia sobie nagłego obowiązku na drugim końcu szpitala, który absolutnie nie mógł dłużej czekać. Czuł przy tym absurdalny wstyd. Zachowywał się jak dziecko unikające niewygodnej rozmowy. Mimo to nie potrafił postąpić inaczej. Sama obecność Bashkina działała na niego niczym cierń wbity głęboko pod skórę - stale drażniący i przypominający o sobie przy każdym ruchu.
Dopiero pod koniec zmiany los pozbawił go możliwości dalszej ucieczki. Spotkali się przy wyjściu ze szpitala, gdzie nie było już żadnych zakrętów i bocznych korytarzy, w których mógłby się ukryć. Stanęli naprzeciw siebie, a żaden z nich się nie odezwał. Ich spojrzenia spotkały się na dłużej, niż wymagała tego zwykła uprzejmość. Było w nich coś osobliwego, niekomfortowego. Nie była to czysta wrogość, lecz mieszanina gniewu, smutku, żalu i zmęczenia. Daniel w końcu odchrząknął.
— Musimy porozmawiać.
Azelan pytająco uniósł brew.
— Po raz kolejny cały dzień mnie unikasz i uciekasz, a teraz chcesz rozmawiać? Daniel jeśli czegoś ode mnie chcesz to po prostu…
— Odprowadzę cię do domu. — przerwał mu w połowie zdania. — I nie jest to propozycja, nie możesz się nie zgodzić.
— I tak cię nie powstrzymam. — Azelan westchnął ciężko, skinieniem głowy wskazując na pobliski przystanek autobusowy
Kiedy tak siedzieli w oczekiwaniu na autobus, atmosfera między nimi zdawała się bardziej napięta niż zwykle. Zniecierpliwiony i poddenerwowany Daniel coraz szybciej wystukiwał rytm obcasem o chodnik, podczas gdy Azelan siedział nieruchomo na ławce, sprawiając wrażenie człowieka pogodzonego z wszelkimi niedogodnościami tego świata. Spóźniający się autobus jedynie przedłużał ich wspólne milczenie, czyniąc je coraz bardziej nieznośnym. Daniel miał wrażenie, że nawet chłodne powietrze wokół nich gęstnieje od niewypowiedzianych słów.
Kiedy wreszcie wsiedli do niemal pustego autobusu, Daniel pospiesznie wyciągnął z kieszeni starannie złożoną kartkę. Była przygotowana z charakterystyczną dla niego pedanterią. Każde zagięcie znajdowało się dokładnie tam, gdzie powinno. Atrament miał brunatny odcień przypominający zaschniętą krew, a pismo było tak równe i precyzyjne, że wyglądało niemal jak druk. Wczorajszego wieczoru, cierpiąc z powodu bezsenności, spisał na niej wszystkie zasady i zalecenia, których oczekiwał od Azelana podczas nieszczęsnej rodzinnej imprezy. Nie mógł przecież pozwolić sobie na to, żeby pojawili się na niej nieprzygotowani. Bez słowa podał kartkę towarzyszowi. Z uwagą obserwował twarz Azelana podczas czytania, śledząc każde minimalne drgnięcie brwi, każdą emocję malującą się na twarzy. Czuł przy tym osobliwą satysfakcję. Lista zasad pozwalała mu odzyskać choć odrobinę kontroli nad sytuacją, która sama w sobie była dla niego absurdalnie niekomfortowa.
Nie chodziło tu nawet o samą imprezę. Chodziło o konieczność udawania bliskości z człowiekiem, którego obecność budziła w nim mieszaninę frustracji i poczucia winy. Dlatego zasady były tak szczegółowe. Dlatego przewidywały każdy możliwy gest, każdy temat rozmowy i każdą potencjalną katastrofę. Były próbą uporządkowania czegoś, czego uporządkować się nie dało - ich wzajemnej relacji.
— Więc… — zaczął, kiedy zauważył, że Azelan w końcu skończył lekturę. — Jak już mogłeś przeczytać, pozwoliłem sobie podjąć kilka decyzji, żebyśmy oboje przeżyli tę imprezę i nie zszargali sobie przy tym nerwów. Po pierwsze, nie musimy udawać czułości. Brzydzi mnie sama wizja tego żałosnego teatrzyku. Wystarczy kilka mniej lub bardziej przypadkowych dotyków w ramię, plecy, czy dłoń. I absolutnie nic więcej. — Daniel wzdrygnął się na samą myśl. — Po drugie, nie przeszkadza mi wspólny taniec dla zachowania pozorów. Nie słynę z przebywania na parkiecie, więc jeden czy dwa w zupełności wystarczą, nie zamierzam męczyć cię dłużej, niż to konieczne. A po trzecie… — odchrząknął znacząco. — Nie wspominaj o dzieciach. Wiem, że są dla ciebie ważne, ale przez ten jeden wieczór udawaj, że nie istnieją. Stworzyłoby to jedynie szansę na lawinę wielu niewygodnych pytań i domysłów, których wolałbym uniknąć. Dla dobra nas obu. Najlepiej w ogóle nie rozmawiajmy o niczym… kontrowersyjnym. — Daniel posłał Azelanowi znaczące, porozumiewawcze spojrzenie.
Oboje doskonale rozumieli, że miał na myśli ich wspólną przeszłość.
— Racja, zapomniałbym. Ubrania. Tylko po to jadę z tobą do domu. Chciałbym na własne oczy zobaczyć twoje wyjściowe ubrania i ocenić, które najbardziej się nadają. Rozumiesz… dla sprawiania pozorów.
Kiedy autobus zatrzymał się przy ostatnim przystanku, a za oknami pojawiły się sielskie krajobrazy, Daniel poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku. Nie przyznałby tego przed Azelanem, jednak widok samotnie stojącego, lekko podniszczonego, starego budynku mimowolnie przypominał mu o jego własnym dzieciństwie. O latach beztroski, które spędził w podobnym miejscu. Daniel czuł się w tym obcym miejscu dziwnie swobodnie i znajomo.
— Tato!
Z rozmyślań wyrwał go ucieszony, dziewczęcy głos. Daniel powędrował wzrokiem w poszukiwaniu jego źródła, napotykając drobną, rozczochraną i wyraźnie uradowaną dziewczynkę. Wybiegła na próg domu, machając ku Azelanowi. Na jej widok Bashkin również szczerze i szeroko się uśmiechnął. Daniel poczuł, jak jego żołądek wywraca się do góry nogami. Zazdrość. Był tak nieludzko zazdrosny na samą myśl, że ktoś taki jak on codziennie wraca do domu, gdzie ktoś na niego czeka. Gdzie ktoś realnie cieszy się samą jego obecnością. Najbardziej nie potrafił znieść jednak tego, że podczas gdy on sam stracił w ciągu ostatnich kilku lat niemal wszystko, Bashkin wyszedł z Karymska otoczony ludźmi, którzy szczerze go kochali i na nim polegali. Uśmiech Azelana sprawił, że serce Daniela napełniło się goryczą i odrazą.
Po chwili zauważył również drugą postać, znacznie wyższą, schowaną w cieniu domu niczym zjawa. Nie zareagował on na powrót Azelana tak radośnie, jak dziewczynka, jedynie przeskakując wzrokiem pomiędzy dwoma zbliżającymi się do domu postaciami. Mavka, bo jeśli pamięć go nie myliła, właśnie tak nazywała się córka Bashkina, wkrótce również zauważyła Daniela, przyglądając się mu z zaciekawieniem. I choć nie odezwał się, by się z nimi przywitać, skinął ku nim głową na powitanie. Nienawidził ich opiekuna, ale nie był przecież potworem, by całkowicie je ignorować. Dzieci nie były winne temu, że los pokarał je, dając im Azelana za ojca. Daniel mógł jedynie zmusić się na niewielki, pełen współczucia uśmiech skierowany w ich stronę, gdy razem z Bashkinem coraz bardziej zbliżali się do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz