Po piętnastu minutach – pachnący i umyty, jak Laurenty nakazał – Antoni twardym, pewnym krokiem pokonał próg niewielkiej chatki, wydostając się na zewnątrz i skierował w stronę, wyczekującego antosiowego nadejścia, bruneta. Krokiem być może zbyt twardym i zbyt pewnym, na którym zdążył się już zawieść przy pierwszych kilku przebytych metrach. W ostateczności jednak, pomimo dwóch niezgrabnych potknięć i plątających się między spranymi trampkami źdźbeł trawy, udało mu się przystanąć przy boku Laurentego bez jakiegokolwiek uszczerbku na zdrowiu.
Podniósł spojrzenie w stronę nieba, śledząc poczynania młodego Wójcika i przymknął na momencik powieki, pozwalając, by przyjemne ciepło przedzierającego się przez chmurzyska słońca, połaskotało blade, zmęczone zimą policzki.
