Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Niebezpieczni przestępcy uciekli z więzienia na miotłach przemyconych w torcie
Novendyjska policja poszukuje trójki groźnych przestępców, którzy w miniony weekend zbiegli z zakładu karnego pod Stellaire w sposób tyleż zuchwały, co – zdaniem śledczych – „uwłaczający regulaminowi zakładu”. Miotły, na których dokonano ucieczki, przemycono do celi wewnątrz olbrzymiego tortu urodzinowego, dostarczonego przez pracownika usługi Lisek, dowożącej zakupy online. Co gorsza, jak ustalono, były to modele wyścigowe – szybkie, zwrotne i doskonale znane z nielegalnych wyścigów. „Od dawna mówiłem, że ta subkultura skończy się w więzieniu,” komentuje zmęczony rzecznik policji. „Nie sądziłem, że dosłownie z niego wystartuje. Jedyne dobre to to, że tort był wyśmienity.”

Nagłówek

01 sierpnia 2024

Od Liliana – Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał [I] [AU]

Do Hawrotów wszedł jak do siebie. Uchylił bramkę, której jedynym zabezpieczeniem był gruby sznurek przewieszony między drzwiami a słupkiem płota, zamknął za sobą i z pozytywnym zaskoczeniem zauważył, że zardzewiałe zawiasy skrzypią już nieco mniej niż ostatnio. Antek w końcu znalazł czas, żeby je naoliwić. Czas i odrobinę chęci, bo to właśnie one – a jak dobrze go znał raczej ich brak – były czynnikiem decydującym za tym, że zbierał się do tego tak długo. Ach, siedem światów z tym Antkiem…
Laurenty uśmiechnął się do własnych myśli i powędrował przed siebie. Ominął dom łukiem, zmierzając od razu w kierunku niewielkiego, szarawego i z biegiem lat troszeczkę już podniszczonego budyneczku, który pełnił funkcję garażu i za tym idąc, miejsca pracy głowy rodziny Hawrot (czyli wspomnianego Antka, co to z nim siedem światów – najdroższego, najukochańszego Laurentego chłopaka). Doświadczenie nauczyło młodego Wójcika, że jeśli nie dostaje żadnych innych wytycznych, w pierwszej kolejności powinien szukać zawsze tam. Tak zrobił, no i się nie zawiódł.
Jego obiekt poszukiwań stał pochylony nad motorem, przodem do niego; ale jeszcze go nie widział. Dopiero kiedy zapukał delikatnie w blaszane drzwi garażowe, Antek w popłochu poderwał głowę do góry. Twarz człowieka zdezorientowanego, człowieka dopiero co wyrwanego z wykonywanej czynności, której poświęcał całe swoje skupienie, twarz człowieka może trochę nawet tym wyrwaniem wystraszonego, zaalarmowanego, złagodniała w mig. Błękitne oczy ogrzały Laurka ciepłym, pełnym uczucia spojrzeniem, a bladoróżowe usta zachęciły do wejścia w swoim leciutkim, uroczym uśmiechu. Padające na niego promyki słońca dodają mu urody, o ile on w ogóle może być jeszcze ładniejszy – pomyślał zauroczony tym widokiem Laurenty.
— Już szósta? — zapytał Antek ze zdziwieniem, odgarniając część włosów do tyłu. — Przepraszam, straciłem rachubę czasu.
— Wpół do piątej — uspokoił go. — Odwołali mi ostatnie zajęcia, dlatego przyjechałem wcześniej. Pisałem, nie widziałeś?
— Telefon mi się rozładował. — Antek odszedł od motoru i wytarł dłonie we własną koszulkę.
— Na święta kupię ci Nokię 5000. Malutka, niezniszczalna i nieśmiertelna – idealna dla ciebie — pochwalił się pomysłem i nawet nie starał się ukrywać rozbawienia, jakie ów spowodował. — I zapas mięciutkich ściereczek, żebyś w końcu miał w co dłonie wytrzeć, zamiast znęcać się nad tymi bogu ducha winnymi koszulkami — dodał już poważniej, krzywiąc usta w ostentacyjnym grymasie. — Mnie by chyba z domu wyrzucili za takie marnowanie koszulek.
— Ta i tak już się do niczego innego nie nada… — mruknął Antek, z nagła czymś speszony. — Nie musisz, sam sobie kupię.
— Dobra, dobra. Nie podbieraj mi prezentów, ja już zaklepałem! A ty, zamiast marudzić pod nosem, daj mi lepiej mojego obiecanego całusa, bo ja tu czekam, czekam i czekam. Ile można tak czekać? — zapytał pół serio, pół żartem – z pretensją, ale tylko teatralną, udawaną. Nie dał czasu na odpowiedź, zwinnie przemknął przez tor przeszkód złożony z części samochodowych, skrzyneczek z kluczami, skrzyneczek z narzędziami i jeszcze innych skrzyneczek o przeróżnych zawartościach, żeby zaraz stanąć ze swoim chłopakiem twarzą w twarz. Założył dłonie za plecy, podniósł się na palcach i nachylił w jego stronę, układając usta w dziubek. Cmok i po cmoku – szybko, z charakterystyczną dla Antosia nieśmiałością. Bo taki to już ten jego Antoś był, nieśmiały i tyle. A czuły w tych swoich wstydliwościach… w malutkich gestach, w zawstydzonych spojrzeniach, w delikatnych muśnięciach dłoni i w krótkich całusach czuły tak, że Laurentemu od razu cieplej się na sercu robiło i za każdym razem chciałby już, już, wpaść mu w ramiona i oddać się jego pieszczotom do końca dnia, tygodnia, na dobre.
A żeby to było takie hop siup! Nie, tu czekać trzeba. Bo Antek od stóp do głów ubabrany w smarze i takie przytulenie się do niego oznaczało, że ubrania jeśli nie polecą do kosza, to pewnikiem będą nadawały się już tylko do chodzenia “po domu”. I taki to żywot chłopaka mechanika… no nic, Laurenty zdążył się jakoś przyzwyczaić. Jak długo nagrodą będą przytulasy i całusy od wytęsknionego Anteczka, tak zawsze warto będzie wydobyć z siebie jeszcze tę krztynkę, krztyniunię cierpliwości i silnej woli.
— Ślicnie podziynkowoł — podsumował z satysfakcją i uśmiechnął się szeroko, pełnymi ustami. — Mogę zostać na noc?
— Wiesz, że nie musisz pytać?
— Wiem. Ale matula kazała pytać zawsze— odparł zgodnie z prawdą, opierając dłonie na biodrach. Rozejrzał się po garażu w poszukiwaniu w miarę niezagraconego kącika i kiedy udało mu się taki dostrzec, ruszył w tamtym kierunku, uciekając z samego centrum antosiowego bałaganu, w którym tylko sam jego właściciel odnaleźć się potrafił. Przycupnął pod ścianą, na drewnianym stołku. Torbę ze swoimi rzeczami położył na kolanach, oparł na niej łokcie i policzki na zamkniętych w pięści dłoniach. Milczał, przez chwilę pogrążony we własnych myślach. Rozmarzenie wstąpiło się na jego twarz, rozjaśniło usta w kolejnym, nieśmiałym uśmiechu. — Kiedyś zamieszkamy razem, a wtedy się pytał nie będę.
— Też tego chcę.
— Wiem, promyczku. Wiem — odpowiedział ciepło, zaniepokojony smutkiem w głosie drugiego chłopaka. Wiedział, z czego wynikały te nagłe jego frasunki rozumiał je, jak nikt inny – z nim je przeżywał, z nim je współdzielił. Przecież żaden z nich nie chciał ”kiedyś”. Chcieli po prostu teraz. I gdyby to tylko było takie łatwe… — Nie martw się tym teraz, dobrze? Coś wymyślimy. Razem zawsze coś wymyślimy.
— Dobrze. — Antoś skinął głową – powoli i przeciągle, z charakterystycznym mu brakiem przekonania. Bo taki już ten jego Antoś, nieustannie się czymś martwił i tyle. A biedny w tych swoich niekończących się troskach… w cichutkich westchnieniach, w odwróconych spojrzeniach, w mrukliwych zapewnieniach, że wszystko jest w porządku i w tej wiecznej obawie przed pozwoleniem sobie na odrobinę radochy biedny tak, że Laurenty chciałby już, już, owinąć go w ciepły kocyk i chronić przed wszystkimi złośliwościami tego świata, na które wydawał się mu za czysty, za niewinny.
— Zostało ci jeszcze dużo pracy? — zmienił temat, chcąc myśli blondyna skupić na czymś innym.
— Dziś miałem tylko jedno auto. Teraz tak sobie tylko w motorze grzebałem.
— To leć pod prysznic, a potem pójdziemy na plażę. Pomyślałem, że jak już udało mi się skończyć wcześniej, to może obejrzymy sobie zachód słońca, co ty na to? — zaproponował.
— Dobry pomysł — zgodził się Antek, już nie tak przygnębionym głosem jak jeszcze przed chwilą.
Laurenty z entuzjazmem poderwał się z krzesła, klasnął w dłonie.
— No to pod prysznic, siup siup! Im szybciej się uwiniesz, im szybciej wrócisz tu świeżutki i wypachniony, tym szybciej będę mógł ci pokazać, jak za tobą tęskniłem przez ten tydzień, cośmy się nie widzieli. A tęskniłem bardzo, bardzo, baaardzo…
Uśmiechnął się zachęcająco, a Antkowi z tej zachęty jakby aż oczy zaświeciły.
— O nie, nie! — zachichotał w odpowiedzi na tę reakcję. Bardzo miłą reakcję, swoją drogą – i sam nie pozostał wobec niej obojętny. Policzki zapiekły przyjemnie, pragnąc być już wzdłuż i wszerz wycałowanymi przez mięciutkie, antosiowe usteczka. — Ja już wiem, o czym ty myślisz. A mnie od tego smrodu smaru strasznie mdli, zaraz ci tu zrzędził będę, że mi źle i źle. Nie mówiąc o tym, że mi ubrania pobrudzisz. Te kilkanaście minut jeszcze wytrzymasz, no już już! — Wyciągnął dłoń w stronę wyższego chłopaka i kiedy on – niechętnie, bo niechętnie – mu ją podał, zachichotał jeszcze raz i poprowadził go do wyjścia. — Leć. Ja poczekam na polu, pogoda ładna. Ino migusiem!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz