Jedna z jarzeniówek zasnęła snem wiecznym, potęgując zalegające w korytarzu poczucie beznadziei i nieuchronności. Dębowe drzwi, ciemne i dwuskrzydłowe, ciężkie niczym wrota piekieł, zamilkły i znieruchomiały, pochłonąwszy kolejnego, przerażonego studenta. Reszta ofiar kuliła się na rozstawionych pod ścianami krzesełkach. Niektórzy wciąż jeszcze powtarzali ostatnie zagadnienia, mając nadzieję, że te parę minut z notatkami ich uratuje, a mamrotane pod nosem skomplikowane, medyczne nazwy, brzmiały niczym rozpaczliwe modlitwy. Inni pogodzili się już z losem, siedzieli bezczynnie na swoich miejscach, patrząc przed siebie, albo zerkając na coś w telefonie, próbując zająć mózg jakąś przypadkową papką bodźców, choć na trochę oddalić od siebie stres. Czas nieubłaganie mijał.
Bashar wkroczył w sam środek tej posępnej ciszy, burząc bezruch i marazm. Ciepła pogoda rozpoczynającego się właśnie lata sprawiła, że mógł założyć ten jasny, lniany komplet, uszyty dla niego przez Dantego akurat na sesję, i dopełnić go butami, które ten dla niego wybrał w swym ulubionym sklepie. Bashar nie mógł już bardziej odróżniać się od swoich czekających na egzamin rówieśników, bez wyjątku odzianych w elegancko trumienną czerń.
— Jest duże opóźnienie? — spytał Bashar, patrząc po twarzach, rozpoznając wśród nich osoby, które miały wejść długo przed nim, ale najwyraźniej wciąż czekały.
— Ze dwie godziny? Więcej? — odparła mu jedna ze studentek. — Będziemy tu siedzieć do nocy.
Mężczyzna zmarszczył brwi, zerknął na zegarek.
— Niedopuszczalne — mruknął do siebie. — Spóźnię się.
Jakiś student westchnął głęboko, cierpiętniczo.
— I tak prawie wszystkich uwala, to mógłby przynajmniej tyle nie trzymać…
— Nienawidzę farmakologi…
Bashar nie słuchał tego narzekania. Zamiast tego podszedł do studenta, który był następny w kolejce i miał zaraz wejść do sali.
— Czy mógłbym wejść przed tobą? Zależy mi na czasie, mam potem inne zobowiązania…
— Jak my wszyscy — odburknął student. — Siedzę tu tyle czasu, czemu niby ty masz sobie trochę nie poczekać?
Głębszy oddech był niemal niezauważalny, Bashar powściągnął irytację.
— Proszę, to dla mnie ważne — zaczął ponownie, a gdy jego rozmówca obdarzył go lekceważącym prychnięciem, spróbował innej taktyki. — Farmakologia dobrze mi idzie. Wprawię go w dobry nastrój i może będzie łaskawszy.
— Nie tacy próbowali.
— Mnie się uda.
— Niby dlaczego?
Coś rozbłysło w tych oczach o dziwnej, niepokojącej barwie.
— Mam pewne zobowiązanie. Ten egzamin nie powstrzyma mnie przed wypełnieniem go — powiedział twardo. — Mogę wejść przed tobą?
Student wywrócił oczami, w końcu machnął dłonią. Reszta skazańców coś jeszcze burczała, lecz nikt nie miał siły ani nastroju na stawianie większego oporu. Gdy drzwi się otworzyły, a wraz z ich posępnym jękiem z wnętrza sali wytoczył się przemaglowany pytaniami student, Bashar nie czekał. Złapał za klamkę, otworzył szerzej drzwi i wkroczył prosto w paszczę lwa.
— Wprawi go w dobry nastrój — mruknął student z przekąsem. — Farmakologia rozjebie go jak każdego, tylko patrzcie…
Cisza ponownie zaległa pod salą, nikomu nie chciało się odezwać, jakakolwiek rozmowa zamarła. Któreś krzesełko zaskrzypiało, gdy siedzący na nim skazaniec spróbował rozprostować nogi. Wskazówki wiszącego na ścianie, starego zegara, przesuwały się jednostajnie, lecz nikt już nawet nie pilnował czasu, pozwalając mu po prostu płynąć w tym przepełnionym marazmem limbo.
Wrota otworzyły się z metalicznym skrzypnięciem. Z kryjącej się za nimi jasności sali wykładowej wyszedł Bashar, trzymając w dłoni indeks. Zamknął drzwi, podszedł do wolnego krzesełka, postawił na nim swoją skórzaną torbę i zaczął chować indeks.
— Następna osoba może już wejść — rzucił po chwili, widząc, że nikt nie kwapi się do bitwy z farmakologią.
— Nie mów mi, że ci zaliczył — odezwał się tamten student.
Bashar zamknął torbę, przewiesił pasek przez ramię.
— Wymagało to trochę więcej dyskusji, niż zakładałem, ale owszem. — Zerknął na zegarek, poprawił klapę marynarki. — A teraz wybaczcie, spieszę się. Powodzenia na egzaminie i nie każcie prowadzącemu czekać, bo się znowu zirytuje.
To powiedziawszy, Bashar ruszył w dół korytarza, zostawiając za plecami piekielne wrota i otaczających je skazańców.
Obiecał, że będzie na czas i tak też zrobił.
Na Turniej o Tęczową Rękawicę zjechało się mnóstwo widzów, hala już się napełniała, ludzie próbowali zająć sobie najlepsze miejsca, choć do momentu rozpoczęcia zawodów zostało jeszcze sporo czasu. W korytarzach otaczających główną halę rozprawiano o boksie, zawodnikach, o zaopatrzeniu bistro i tym, że na pewno będą kolejki, że wystawcy sprzętu i żywności dla sportowców to już naprawdę przesadzają, a za moich czasów…
Bashar sprawnie lawirował między grupkami ludzi, szybko przecinając część dla widzów i kibiców, docierając do zamkniętej części dla zawodników. Nie kłopotał się tym, by zająć dla siebie dobre miejsce, ufając niezachwianie w to, że Virgil na pewno już się o to postarał, a znalezienie młodego wilkołaka, wraz z ekipą wschodzących gwiazd novendyjskiej sceny muzycznej, nie będzie dla niego wyzwaniem. Wystarczyło mu powiedzieć, do kogo idzie, profesjonalny wygląd załatwił resztę, i już po chwili Bashar lawirował w dużo bardziej kameralnej przestrzeni wąskich korytarzy i mniejszych szatni, przeznaczonych dla czempionów tego dnia.
Dantego znalazł niemal od razu. Intensywny róż, do tego grzywa jasnych loków i postawna sylwetka, odznaczająca się nawet tu, pośród również ciężko trenujących zawodników, były niczym latarnia morska wskazująca drogę. Gdy tylko ich spojrzenia się skrzyżowały, ten napięty, wyczekujący wyraz na twarzy Dantego ustąpił szerokiemu uśmiechowi, syren w paru susach przebiegł korytarz, zamknął Bashara w uścisku.
— W końcu jesteś! — powiedział, odsuwając się tylko na moment, by spojrzeć na Bashara. — Zdałeś?
Ten odpowiedział mu enigmatycznym uśmiechem. Dante prychnął, nim znów przyciągnął Bashara bliżej.
— Zdałeś. Oczywiście, że zdałeś.
— Zdałem — odparł Bashar, zapadając się już kompletnie w uścisku. — Na piątkę.
— Mój pan doktor.
Świat wokół przestał istnieć, a zawody zdawały się jakimś odległym wydarzeniem, gdy tak stali razem, ciesząc się swoją obecnością, ciesząc się tym, że po prostu było dobrze, a los nie postanowił postawić na ich drodze żadnej trudnej przeszkody, żadnego przeciwnika, z którym trzeba było się mierzyć. Turniej jednak nie czekał i głos trenera zaraz przywołał ich obu do rzeczywistości.
— Dante!
Cangrande della Scala, były bokser, obecnie szanowany trener, a także ojciec Dantego, choć to nie krew ich łączyła, stał przy wejściu do szatni, skrzyżowawszy na piersi węźlaste ramiona. Na widok Bashara, jego skupione spojrzenie nieco złagodniało.
— Dobrze, że już jesteś. Dante był gotów wybiec i szukać cię na uczelni.
— Trenerze!
Bashar parsknął śmiechem.
— Wyobrażam to sobie — powiedział, sięgnął dłonią, by pogłaskać policzek syrena. — Skoro już jestem, mogę pomóc ci przygotować się do zawodów.
Uśmiech Dantego jeszcze się poszerzył.
— Pewnie!
Bashar splótł palce z silnymi, wyrobionymi walką palcami Dantego.
— Chodź, moje Słońce, pójdziemy do szatni i cię uczeszę.
— A owijki?
— Owijki też ci pomogę założyć. — To powiedziawszy, Bashar pociągnął Dantego w stronę szatni, odezwał się jeszcze do Scali. — Przypilnuję, żeby przyszedł o czasie tam, gdzie trzeba.
Starszy bokser niby prychnął, niby machnął dłonią, lecz spojrzenie miał pogodne, spokojne, na jego dnie mieszkała radość, gdy odprowadzał wzrokiem zakochaną dwójkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz