Technicy wciąż mielili plik ze zdjęciem, wyłuskując szczegóły z metadanych, dokładną lokalizację, a eksperci wróżyli z pikseli, aż dało się ustalić, na których dokładnie kamieniach brukowych stały stopy pani Wells w momencie wykonywania zdjęcia. Zdjęcie i praca nad nim było jednak kolejnym punktem w kolejce, a że należało do zamkniętej już sprawy, ustępowało priorytetem sprawom ważniejszym, bardziej naglącym, świeższym, gdzie każda godzina była na wagę złota. W toku swej służby Andrea wyzbyła się już frustracji z tego powodu, a przynajmniej nie dawała tego po sobie poznać, bo serce policjantki chciało materiału dowodowego natychmiast, umysł zaś cierpliwie tłumaczył, że życie to nie film, żarna policyjnej machiny mielą powoli i nie ma na to rady. Jedynym, co mogła w takiej sytuacji zrobić, to porządnie wczytać się w akta, które przed rozmową z panią Wells zdążyła tylko pobieżnie przejrzeć. Fakty były na papierze, teraz zaś musiały znaleźć się w jej głowie, co do jednego, ze wszystkimi szczegółami. Analizy, wykresy i zestawienia pomagały, ale najsprawniejszym narzędziem znajdującym luki w zeznaniach, dostrzegającym umykające poszlaki i przeczuwającym, czym kierowała się ta druga strona, nadal pozostawał ludzki mózg.
Andrea nowości uczyła się wolno, to prawda, lecz nauka ta była niczym rycie w kamieniu. Powolna, ciężka, ale przy tym trwała.
Pierwsze promienie słońca wkradały się przez żaluzje, gdy policjantka stała naprzeciwko korkowej tablicy, z dłońmi wspartymi na biodrach, mierząc rozwieszone kartki spojrzeniem, które szukało niewidzialnego. Na tablicy wisiały zdjęcia zaginionego mężczyzny – to, które jego matka wciąż rozwieszała po mieście, oraz odbitka tego, które przyniosła pani Wells – wokół nich zaś falowało barwne morze karteczek pełnych imion, notatek, miejsc, drobiazgów i wszystkich tych szczegółów, które niczym okruchy chleba, prawda zostawiała za sobą, pragnąc być odnalezioną.
Andrea zrobiła więc to, co zawsze robiła, gdy sprawa wydawała się nie ruszać z miejsca: rozpisywała wszystkie wersje wydarzeń i krok po kroku sprawdzała, która z nich się złamie.
Odszedł sam. Wypalenie zawodowe, rozczarowanie własnym życiem, brak poczucia, że coś się zmienia. Nieudana relacja, a może pomysł na siebie, którego nie zaakceptowałby nikt w jego środowisku. Wszystko to mogłoby prowadzić do podjęcia drastycznego kroku, zerwania wszystkich kontaktów i zniknięcia, zostawiwszy rodzinę i znajomych na pastwę najczarniejszych domysłów. To było domyślne założenie pierwotnego śledztwa, lecz w końcu zamknięto je domniemaniem śmierci i niemożnością znalezienia ciała. Andrea popatrzyła na karteczkę i pokręciła głową. Powód wydawał jej się naciągany. Dorosły, który znika z własnej woli, zostawia po sobie ślad tej woli – pobrane oszczędności, czasem na raz, czasem miesiącami, jedną wiadomość, kupione bilety, spakowane rzeczy… Tu zaś nie było nic. Czyżby miał kogoś, kto nie należał do jego najbliższego kręgu i umknął policji, a komu ufał na tyle, by po prostu wyjść z domu i nie wrócić, pozostawiwszy zdruzgotaną matkę i pogrążonych w smutku przyjaciół? Nawet, jeśli przy policyjnym przesłuchaniu wszystkie relacje przedstawiano im przefiltrowane emocjami, wygładzone i upiększone, nadal dziwacznym wydawało się, by mężczyzna po prostu wszystko to porzucił. Andrea ostrożnie postawiła przy tej hipotezie znak zapytania, nie skreślając jej jednak zupełnie.
Ktoś go trzyma. Porwanie, przetrzymywanie, okup. To najsłabiej się trzymało, bo przy porwaniu dla okupu bardzo szybko pojawiłyby się żądania, w tej materii jednak nikt się nie kontaktował, ani z matką, ani z policją. Porwanie i przetrzymywanie przez jakiegoś zwyrodnialca też tutaj nie pasowało, przeczyła mu fotografia pani Wells – mężczyzna wyglądał na niej normalnie, nie był ranny ani wystraszony, w oczach próżno było szukać paniki, na ubraniach plam i dziur, u jego boku nie było też nikogo, kogo milcząca obecność gwarantowałaby, że ofiara szłaby grzecznie na niewidzialnej smyczy, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Ofiary handlu ludźmi Andrea rozpoznawała bezbłędnie.
Zginął, ciało ukryto. Na zdjęciu znalazł się człowiek łudząco podobny do zaginionego. Z tym tylko, że pierwsze, co analiza zdjęcia wykazała, to to, że to jedna i ta sama osoba. Dało się oszukać ludzkie oko, mające nieraz problem z rozróżnieniem bliźniąt, lecz oprogramowanie się w ten sposób nie myliło i z zadowalającą dozą pewności rozpoznało twarze z obu zdjęć jako należące do jednej i tej samej osoby.
Wypadek. Choroba. Dzika magia. Utrata pamięci. To też nie pasowało, Andrea wiedziała to, nim zaczęła roztrząsać problem, mimo to poświęciła temu tyle samo czasu, co i pozostałym kwestiom. Novendia była państwem rozwiniętym, osób zaginionych szukano zawsze w szpitalach i noclegowniach, gdzie trafiali wszyscy poszkodowani oraz ci, którzy reagowali zdezorientowanym milczeniem na najbardziej podstawowe pytania. Gdyby taki los spotkał zaginionego mężczyznę, gdyby niestabilna magia bądź wypadek pozbawiły go pamięci, dowiedzianoby się o tym i jej praca tutaj byłaby skończona. Tak się jednak nie stało, świt rozkwitał złotem za oknem, Andrea zaś westchnęła z przyzwyczajenia.
Na dobrą sprawę została jej tylko jedna prawdopodobna droga, choć i ona słabo się trzymała.
Ukrywał się. To, co zakładało śmierć bądź klatkę rozbijało się o zdjęcie, jawny dowód tego, że mężczyzna żył i miał się względnie dobrze. To zaś prowadziło do pytań, na które pierwotne śledztwo nie znalazło odpowiedzi.
Dlaczego?
Przed czym?
Albo może – przed kim?
Spokojny, młody malarz z niewielkim dorobkiem, wciąż walczący o to, by znaleźć kupca na swe dzieła. Zdawał się znaczyć za mało, by zadrzeć z kimkolwiek, a największa przewina to mogły być co najwyżej seriale oglądane na pirackich stronach, by nie płacić subskrypcji za Netfilms.
Wzrok Andrei jakoś tak sam przepłynął w stronę kubka z kawą, białego, z logiem biura, przypadkiem wyciągniętego z szafki w pokoju socjalnym. Jej myśli mimowolnie uciekły do agenta Fragaracha, znanego głównie z bycia personifikacją chmury burzowej oraz picia kawy wyłącznie z takiego kubka. W głowie pojawiła się nowa myśl.
Kto na tym skorzystał?
Wzrok wrócił do tablicy, ujrzał w niej nowe luki, których wypełnienie mogłoby przynieść odpowiedzi. Andrea gwizdnęła cicho, Szarik przełożył widmowy łeb przez fragment biurka, spojrzał na nią pytająco.
— Chodź. Przejdziemy się.
Mosiężny dzwonek zadźwięczał uprzejmie, gdy Andrea pchnęła szklane skrzydło drzwi. Uderzył ją lekki chłód, suche powietrze pozbawione zapachu, wirujących w nim drobinek. Dobre dla sztuki i płócien, tworzące przestrzeń bez wyraźnych cech, mogącą stać się wszystkim, by podkreślić wartość tego, co się w tej galerii znajdowało. Tylko podążający przy nodze Szarik mógł wywąchać unoszący się wokół zapach kwiatów, dobywający się z dalszej części galerii, tam gdzie za kolejnym parawanem szkła była już tylko cisza, kontemplacja, szeptane rozmowy i nieznacznie skrzypiąca podłoga, gdy ktoś stał długo przed danym obrazem, przenosił ciężar ciała.
Gdzieś z boku zastukały obcasy.
— Przepraszam panią — odezwała się kobieta w garsonce, podchodząc do Andrei. — Bardzo mi przykro, ale nie mogę wpuścić pani z psem. Niestety zwierzęta nie mają wstępu do galerii.
Policjantka odwróciła się, spojrzała i za maską profesjonalizmu dostrzegła to, do czego zdążyła się już przyzwyczaić w zachowaniu osób widzących ją po raz pierwszy. Wzrok kobiety przeskoczył po jej twarzy, tych charakterystycznych elementach mówiących, że coś z Andreą jest nie tak, a niepokój został skrzętnie zapakowany i odstawiony na najbliższą półkę.
Andrea uśmiechnęła się do niej, podeszła, w dłoni pojawiła się odznaka.
— Czy dla funkcjonariusza można zrobić wyjątek?
Kobieta zająknęła się, popatrzyła na Szarika, teraz relatywnie materialnego, akurat tak, by nie przyciągać uwagi tym, że widać przez niego to, co się za nim znajduje.
— Tak, oczywiście, to zmienia postać rzeczy… — Wróciła spojrzeniem do Andrei. — Czy mogę w czymś pomóc…?
— Tak, chciałabym pomówić z panią Wells, jeśli to nie problem.
— Nie, oczywiście że nie, zaraz ją poproszę. — Mała pauza, chwila zawahania. — Czy coś się stało?
— Nie, niczym nie musi się pani martwić.
Nie wyglądała na przekonaną. Gdy odchodziła, jej obcasy wystukiwały pospieszny, zaniepokojony rytm. Andrea odprowadziła ją wzrokiem, nim podeszła bliżej przeszklonych drzwi, spojrzała w głąb jasno oświetlonego pomieszczenia. Ze swojej perspektywy widziała tylko kilka prac oraz te parę osób kontemplujących ich przekaz. Na swej drodze Andrea napotkała już wiele spraw, również i tych związanych ze światem artystycznym, musiała jednak szczerze przed sobą przyznać, że malarstwo nigdy nie było zbyt bliskie jej sercu, a o większości obrazów była w stanie powiedzieć tylko tyle, czy jej się podobają, czy też nie.
Po chwili z trzewi galerii wynurzyła się pani Wells.
— Dzień dobry — wyciągnęła rękę. — Czym zawdzięczam pani wizytę?
— Nie zabiorę pani wiele czasu — Andrea uścisnęła podaną dłoń. — Chciałam tylko powiedzieć, jak stoi sprawa, z którą pani do nas przyszła.
— Ach, oczywiście — twarz pani Wells rozjaśniła się. — Bardzo to miło z pani strony, że pofatygowała się osobiście. Może chciałaby pani przy okazji obejrzeć wystawę?
Andrea nie miała w tym żadnego interesu służbowego, lecz Szarik już siedział przy przeszklonych drzwiach, popatrując do wnętrza, jakby to jego samego interesowały wiszące na ścianach obrazy.
— Chętnie.
Przeszły przez szklany parawan i nie było już nawet słychać tego charakterystycznego szumu z ulicy. Kilkoro zwiedzających przesuwało się wolno od obrazu do obrazu, przystawało, patrzyło. Ktoś zerknął na Szarika.
— Mężczyznę z pani zdjęcia dopasowaliśmy do zaginionego ze stuprocentową pewnością. To jeden i ten sam człowiek, nie mamy co do tego wątpliwości — zaczęła, dopasowując krok do niespiesznego tempa pani Wells. — Sprawa została otwarta na nowo.
Coś opadło z ramion pani Wells.
— Czyli to znaczy, że poszukiwania zostaną wznowione? Co na to jego matka? Wie już, że jest nadzieja?
Andrea splotła dłonie.
— Na razie nie została poinformowana. Lepiej byłoby uzyskać nieco twardsze dowody – nadzieja rozbudzona zbyt wcześnie potrafi głęboko skrzywdzić, a tej kobiecie nie trzeba nowego bólu.
Pani Wells pokiwała powoli głową, westchnęła.
— Tak, to ma sens, prawda…
Szły przez moment w milczeniu.
— Domyślam się, jaką usłyszę odpowiedź, ale i tak muszę zadać pytanie — podjęła Andrea. — Czy udało się pani przejrzeć jakieś inne zdjęcia i znalazła pani na nich zaginionego?
Kobieta zaprzeczyła.
— Nie, przykro mi. Przeglądałam stare zdjęcia, ale na żadnym z nich go nie ma. To było jedyne.
— Tak czułam…
Kolejny moment ciszy, nie wydawał się jednak niewygodny, zupełnie tak, jakby sama atmosfera galerii sprawiała, że milczenie i kontemplacja stawały się czymś naturalnym, jakby słowa nie do końca były potrzebne, a cały świat przystawał na chwilę, nabierał głębszego oddechu. Andrea popatrzyła na jeden z mijanych obrazów. Wydawał się jej ładny w sposób, którego nie potrafiła do końca wyjaśnić.
— Dużo szarości — zauważyła to, co najpierw rzuciło jej się w oczy. — I po jednym kolorze.
— Tak. — Pani Wells przystanęła przy obrazie, górach utopionych w popiołach, między którymi paliło się złotem samotne słońce. — Lubię ten zabieg. Kiedy wszystko dookoła jest monochromatyczne, ten jeden kontrastowy kolor mówi więcej, niż powiedziałby na tle innych barw. Zostawia się na płótnie tylko to, na co naprawdę chce się patrzeć.
— Ja widzę góry i słońce. Pani widzi, dlaczego ktoś je namalował.
— To po prostu wprawa. Człowiek dość długo obraca się w tym świecie i w końcu zaczyna słyszeć, co obrazy próbują powiedzieć. — Ruszyła dalej wzdłuż ściany. — Pełne doświadczenie sztuki składa się z dwóch części – artysty, który chce coś przekazać, oraz odbiorcy, który ten przekaz interpretuje, przefiltrowany przez własną historię i doświadczenia.
Andrea szła obok w milczeniu, ważąc te słowa. Nie spodziewała się, że w galerii sztuki znajdzie opis własnej pracy, a jednak – czyż nie robiła czegoś podobnego? Ktoś zostawiał za sobą ślady, świadomie bądź nie, a ona odczytywała z nich historię, przepuszczając ją przez wszystko, co widziała przez lata służby. Dwie części tej samej całości. Ten, kto zniknął, i ta, która próbowała zrozumieć, dlaczego.
— Wie pani, że to w pewien sposób opisuje i moją pracę? — odezwała się w końcu, a w kąciku jej ust pojawił się cień uśmiechu. — Tyle że u mnie ten, kto zostawia przekaz, zwykle wolałby, żeby nikt go nie odczytał.
Pani Wells spojrzała na nią z zaciekawieniem, więc Andrea podjęła, tym razem już poważniej.
— W mojej pracy nierzadko zdarzają się zaginięcia. Z różnych powodów — zaczęła. — W większości przypadków udaje się jednak ustalić powód i los takiej osoby. Ktoś, kto odchodzi z własnej woli, zostawia po sobie tropy. Pobrane pieniądze, spakowane rzeczy, kwitki z biletów… Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, ile śladów zostawiają nawet próbując zrobić coś anonimowo, i do czego policja może mieć w razie konieczności dostęp. — Zatrzymała się przed płótnem, w którym czerwień przecinała popielate niebo. — Ale w tym przypadku nie znaleźliśmy niczego takiego. Ani jednego śladu, że chciał odejść, żadnej wskazówki, żadnego wspomnienia, że „miło byłoby zmienić otoczenie”. To czyni właśnie sprawę trudną, lecz dzięki pani zdjęciu mamy argument, by nadal szukać. Że szukamy żywego człowieka.
— To brzmi naprawdę niepokojąco — odparła cicho pani Wells. — Jakby po prostu wyparował.
— Albo jakby przed kimś uciekał. — Andrea powiedziała ostrożnie. — Na razie to tylko przypuszczenia, bo, z całym szacunkiem dla zaginionego, nie pasuje on do profilu osoby wystarczająco majętnej bądź uwikłanej, by taka możliwość wydawała się bardzo prawdopodobna, z drugiej strony jednak nie ma niczego, co definitywnie by ją skreślało, pozostaje więc jako jedna z otwartych opcji.
Doszły w ten sposób do końca ściany, gdzie wisiał obraz odróżniający się od reszty. Szczupłe palce zaciśnięte na pęku leśnych kwiatów, kurczowo, jakby spodziewając się, że zaraz przyjdzie ktoś i spróbuje je wyrwać. A między łodygami, drobne i uparte, fioletowe płatki – te same, które wracały z płótna na płótno przez całą salę.
— Ten jest inny — powiedziała Andrea. Nie znała się na malarstwie, ale nie trzeba było się znać, żeby to poczuć.
— Jest, prawda. — Pani Wells zatrzymała się przy nim na dłużej. — W całej serii to jedyny, na którym pojawia się człowiek. I jedyny, który mówi tak bardzo wprost. Pozostałe krajobrazy przemawiają zamkniętym w nich uczuciem, ten jednak wyraźnie pokazuje wolę, niezgodę na coś, może strach, może prośbę. — Przechyliła głowę, patrząc na fiołki. — Ale widać, że coś głęboko go poruszyło, gdy sięgnął po pędzel.
Szarik podszedł do obrazu, usiadł pod nim i uniósł łeb, wpatrzony w płótno tak, jak wpatrywał się w ludzi, którym za chwilę miał przynieść pociechę. Andrea spojrzała na kartkę z tytułem, przypiętą obok w równej odległości od ramy.
— Czyje to prace? — spytała.
— Caspera. — W głosie pani Wells znów pojawiło się to ciepło. — Caspera Coltena, starego znajomego. To jego wystawa indywidualna, wernisaż mieliśmy jakieś dwa tygodnie temu. Rzadko wystawia się w tak małym miejscu, mógłby spokojnie mierzyć wyżej, więc tym bardziej mnie cieszy, że wybrał akurat mnie.
Casper Colten.
Imię zaczepiło się o coś w pamięci Andrei, zadrapało o ryt w kamieniu. Znała je, lecz wydawało się drobnym szczegółem, czymś co łatwo było pominąć. Może po prostu było popularne?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz