Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Turysta chciał polać spaghetti ketchupem. Zwołano komisję
Spokojne popołudnie w Luminarii przerodziło się w głośne wydarzenie, gdy przyjezdny turysta ze Zjednoczonych Ziem Północnej Vespy poprosił kelnera o butelkę ketchupu, którym zamierzał polać zamówione spaghetti. Miejscowy restaurator, człowiek z natury łagodny, zareagował oburzeniem graniczącym z rozpaczą, powołując się na świętość przepisu i pamięć przodków. Turysta nie rozumiał problemu. W ciągu godziny nad sprawą pochylił się zaimprowizowany komitet miejscowych kucharzy, który po naradzie trwającej całą sjestę orzekł, że przepis jest nienaruszalny, lecz gościa „można ułaskawić z uwagi na niewiedzę”. Vespanin, szczerze zdumiony całym zamieszaniem, stwierdził tylko, że „u nas leje się to na wszystko”. Tej uwagi już nie skomentowano.

Nagłówek

04 września 2026

Od Yangcyna – Rozdziobią nas kruki i zjedzą psy (III) [AU]

Yangcyn nigdy nie będzie w stanie stwierdzić, co w katastrofach było gorsze – niemal rozrywający bębenki w uszach huk, trzaski i cała chmara innych kakofonicznych dźwięków, czy głucha cisza, jak gdyby powietrze stanęło w miejscu i nie przepuszczało ani śpiewu ptaków, ani szumu aut czy liści drzew; niczego. Wielka fala po pewnie jeszcze większym wybuchu przeszyła najprawdopodobniej całe Stellaire, a potem zmroziło miasto, włącznie z setkami osób, które już nigdy nie wydadzą z siebie żadnego, choćby najcichszego dźwięku.
Zwierzęcy demon, odkąd pamiętał, miał wyczulony słuch. Wiele rzeczy słyszał wyraźniej niż większość, słyszał nadciągające obiekty i istoty o wiele wcześniej, niż je widział. Mógł śmiało konkurować z psami czy wilkołakami. Wbrew pozorom jednak codzienny harmider dużych miast aż tak mu nie przeszkadzał. Uszy przyzwyczaiły się do głośnego życia betonowych dżungli, toteż nie potrzebował nosić zatyczek ani szukać domku na wsi. W zasadzie nawet lubił nasłuchiwać tych wszystkich dźwięków, rozróżniać je, interpretować. Kompletna cisza kojarzyła mu się z czymś... nieprzyjemnym. Jakby już kiedyś przez długi czas tkwił gdzieś, gdzie nie docierały żadne odgłosy. W sumie tak było. Przed przejęciem obecnego ciała tkwił zapieczętowany gdzieś z dala od jakiejkolwiek innej istoty. Nawet jeśli nie pamiętał tamtych czasów (i za bardzo nie chciał ich sobie przypomnieć), trzymał głęboko w umyśle pewne ślady po nich, których nigdy nie chciał wyciągać na wierzch. Nienawidził ciszy.
Ciszy, która teraz panowała w całej okolicy.
Ale nie prosił, by zakłóciło ją...
Właściwie to co?
Stał kompletnie nieruchomy, cały ten czas trzymając rękę na ustach czarodzieja. Nie był skupiony na nim, zwłaszcza że tamten sam zamilkł, a spoglądał w jednym kierunku.
W lokalu po drugiej stronie Magicznych Różności, niemal idealnie naprzeciwko, cisnęło się jakieś nieokreślone stworzenie. Pojedyncze ślepie wpatrywało się w ich dwójkę, wielkie jak talerz, o pionowej źrenicy z nierównymi krawędziami. Istota nie wydawała z siebie żadnych dźwięków, nie ruszała się wcale – ewidentnie im się przyglądała. Yangcyn pobieżnie zmierzył wzrokiem szyld lokalu. Sklep zoologiczny.
Bardzo powoli, bez jakichkolwiek gwałtownych ruchów, zaciągnął czarodzieja w głąb jego sklepu. Tost znalazł się przy białym kruku, szturchnął go nosem, by tamten dołączył do swojego opiekuna. Gdy całą grupką znaleźli się poza zasięgiem wzroku nieokreślonego zwierzęcia, ogoniasty puścił niższego chłopaka. Unikając sprawnie porozwalanych rzeczy, podszedł do leżącego najbliżej ciała policjanta i zaczął je przeszukiwać.
— Co to jest? — usłyszał szept.
— Nie wiem — odparł równie cicho. — Ale wątpię, żebyśmy byli przy tym bezpieczni.
Wygrzebał pałkę i paralizator, zmierzył wzrokiem parę kajdanek z kluczykiem – również od biedy wziął, wrzucił do kieszeni spodni. Niestety akcja nie była na tyle poważna, by ktokolwiek wziął ze sobą broń palną, więc pewnie się jej nie doszuka, zwłaszcza że z tego, co pamiętam, któryś kolega z zespołu Marka był doświadczonym czarodziejem i znał różne zaklęcia na unieszkodliwienie rzezimieszka w razie czego. Hm...
Popatrzył na właściciela Magicznych Różności, przyjrzał mu się dokładnie.
— Znasz może jakieś zaklęcia przydatne w nagłych sytuacjach jak ta? — spytał.
— Proszę cię! — Tamten skończył wytrzepywać z brudu spiczasty kapelusz, który wcześniej podniósł z podłogi. — Jestem specem w swoim fachu!
Jedną ręką podparł się na biodrze, drugą wykonał jakiś szybki gest. Yangcyn spoglądał z wyczekiwaniem, aż dostał mały wybuch i chwilowe drganie powietrza wokół nich.
— Eeee... — Machnął kitką na ogonie. — To znaczy, teoretycznie mógłbyś wybuchnąć ewentualne zagrożenie, ale nie sądzę, żeby to był dobry pomysł, wiesz, wybuchać rzeczy w świecie już wybuchniętym — podkreślił.
Mimo sarkastycznego komentarza zwrócił uwagę, że sam czarodziej był zaskoczony efektem swojego zaklęcia... albo raczej próby jego rzucenia. Smukła dłoń ponowiła gest, trochę ostrożniej, lecz tym razem nic się nie wydarzyło, a tylko pojawiło się kilka drobnych światełek, które momentalnie uciekły, jak gdyby wciągnięte przez niewidzialny odkurzacz. Po minie chłopaka Yangcyn szybko stwierdził, że ta magia, którą po wybuchu czarodziej zaczął wyraźnie wyczuwać, ewidentnie psuła jego własną.
Niedobrze.
— W takim razie musimy unikać walki, dopóki nie znajdziemy jakiejś skutecznej broni — stwierdził demon. — O ile ją znajdziemy. Na razie masz to.
Rzucił mu paralizator, tamten prawie zgrabnie go złapał. Yangcyn pospiesznie wyjaśnił, jak celować i co nacisnąć. Czarodziej obrócił urządzenie w dłoniach.
— Ta, totalnie nam to pomoże z tym czymś, co po drugiej stronie ulicy na nas czyha. — Bez namysłu wycelował w Yangcyna, ale szybko opuścił broń, gdy spotkał spojrzenie czerwonych oczu, ironicznie podobnych do tych tajemniczej bestii.
— Warto mieć to ogólnie przy sobie — odparł krótko tamten.
Sam wziął pałkę policyjną. W starciu z nieznanym zagrożeniem była to, nie ukrywając, gorsza broń, bo paralizator przynajmniej pozwalał zachować jakąkolwiek odległość. Yangcyn jednak był zaprawiony w boju i przy odrobinie szczęścia część przeciwników ogarnie nawet cegłą czy innym obiektem znalezionym po drodze, dlatego powinien dać radę. Wziął jeszcze krótkofalówkę, sprawnie wsunął do wyznaczonej kieszonki na swojej kamizelce. Drugą potem zgarnie.
Zerknął na czarodzieja, który teraz klęczał przed swoim krukiem i dokładnie oglądał jego wyraźnie zranione skrzydło. Demon przyjrzał się uważnie dwójce, koniec ogona nieco opadł.
— Tak w ogóle jestem Yangcyn — zagadał lekko, wręcz niepodobnie do sytuacji, w której właśnie się znaleźli — ale możesz na mnie wołać Cynk.
Wyciągnął rękę, posłał przyjacielski uśmiech.
Czarodziej spojrzał na dłoń, po krótkiej chwili ją uścisnął. Również odwzajemnił uśmiech, jego jednak był bardziej firmowy.
— Nikolai — przedstawił się — ale możesz do mnie mówić Wielki Czarodzieju Nikolaiu.
— Wiesz, to trochę długie, dlatego pozwól, że ze względu na naszą obecną sytuację będę używać skrótu: WC Nikolai. Co ty na to? — Uśmiech przemienił się w bardziej zawadiacki, spomiędzy warg błysnęły nieco dłuższe kły.
— Zapomnijmy o tym, co wcześniej...
Nie dokończył, ponieważ został uciszony przez demona. Yangcyn wytężył słuch, zaczął nasłuchiwać. Z drugiej strony ulicy zaczęły dobiegać jakieś szmery. Stworzenie, które przebywało w sklepie, najprawdopodobniej z niego wyszło. Ogoniasty rozejrzał się, dostrzegł leżące nieopodal rozbite lusterko. Możliwie jak najciszej sięgnął po nie, następnie przyczaił się za rogiem regału. Usiadł na podłodze plecami do półek, nastawił odpowiednio spękaną powierzchnię, zaczął przyglądać się odbiciu. Widząc to, Nikolai przysunął się bliżej, by również móc cokolwiek zobaczyć.
Wielki jaszczur wygrzebał się na zewnątrz przez roztrzaskaną witrynę sklepową i teraz próbował przemierzać gruzy. Nie wydawał się zmierzać w ich kierunku, a raczej błądzić gdziekolwiek. Wyglądał trochę jak znacznie powiększona wersja małej jaszczurki z misternymi, kolorowymi wzorami. Jakiś magiczny gatunek? Może dlatego tak nagle urósł.
Chwila.
Dopiero teraz dotarło do Yangcyna, że sytuacja była znacznie gorsza, niż zakładał. Tajemniczy wybuch napędzany był magią, która większość zabiła, a tych, co przetrwali, mogła kompletnie zmienić. Skoro taka mała jaszczurka nagle przeistoczyła się w wielkiego stwora, to czy...
Spuścił pospiesznie wzrok na swoje dłonie. Przyjrzał im się dokładnie z każdej strony. Nigdzie nie znalazł czarnych przebarwień. Wolną ręką przejechał po włosach, ukradkiem sprawdzając powierzchnię głowy. Nie wyczuł rogów. Jeszcze krótko popatrzył na swoje odbicie w lusterku. Odetchnął cicho z ulgą. Ta cała magia w żaden zauważalny sposób na niego nie wpłynęła. Przynajmniej jeszcze. Oby w razie czego mógł spowolnić proces swoją mocą.
— Wydaje mi się, że ta fala magii mogła przemienić część istot — podzielił się swoim spostrzeżeniem z Nikolaiem.
— Czyli nie tylko wpływa na zaklęcia, ale także ciało? — Tamten uniósł brwi. — Czekaj, ze mną nic nie jest, prawda? Moja twarz nie może zostać oszpecona!
Nim Cynk zdołał cokolwiek odpowiedzieć, lusterko zniknęło z jego ręki, pochwycone przez Nikolaia. Czarodziej zaczął dokładnie badać swoje odbicie, odgarniając przy tym z czoła kosmyki włosów.
Demon posyłał mu minimalnie krytyczne spojrzenie, udając, że wcale sekundy temu nie sprawdzał własnej twarzy.
— Na razie jaszczurka straciła zainteresowanie nami — zaczął — ale dobrze będzie, jeśli poszukamy jakiegoś schronienia.
Przed wyjściem na zewnątrz powinni wpierw ogarnąć sobie jakąś kryjówkę. Nie wiedzieli, co poza gigantyczną jaszczurką na nich czekało, w jakich ilościach ani z jakimi zdolnościami, więc powinni wpierw upewnić się, że w razie czego mieliby jakieś bezpieczne miejsce, najlepiej z zapasami.
— Znam idealną kryjówkę — odezwał się wtem Nikolai.
Yangcyn popatrzył na niego.
— Jeśli powiesz, że masz ukryty magazyn, o którym policja nie wiedziała...
— Mam ukryty magazyn, o którym policja nie wiedziała — jego głos ujawniał swoistą dumę.
Aha, to super. Dobrze wiedzieć, że właściciel sklepu, którego nakaz przeszukania i konfiskaty mieli detektywi, sprawnie ukrył przed nimi część swojego towaru, być może tę bardziej podejrzaną. Bardzo fajnie.
Cynk wiedział jednak, że tego właśnie potrzebowali.
— To prowadź.
— Tak, o? — Skrzyżował ręce na piersi, posłał mu wymowne spojrzenie.
— Tak, bo mamy tu właśnie nagłą sytuację?
— Co nie zmienia faktu, że wcale nie muszę wpuszczać do mojej bezpiecznej kryjówki policjanta, który razem z kolegami jakiś czas temu wynosił mój cenny towar.
Dwójka tak patrzyła na siebie przez kilka sekund, aż Yangcyn wywrócił oczami. Jednym sprawnym ruchem złapał siedzącego koło nogi czarodzieja kruka, co spotkało się z dość sporym oponowaniem zarówno ptaka, jak i samego opiekuna. Demon jednak bez problemu ułożył zwierzaka na skrzyżowanych nogach, jedną ręką przytrzymując jego tułów, drugą zaś prostując ranne skrzydło.
Nikolai niemal zawołał, zapewne w ostatniej chwili przypominając sobie, że jaszczurka na zewnątrz nie mogła ich usłyszeć. Wyciągnął rękę po swojego pupila, lecz szybko ją cofnął, gdy między dwunogów skoczył z cichym warknięciem Tost.
— Twój pies na mnie warczy! — oburzył się czarodziej.
— Daj mi chwilę — rzucił Cynk.
Ignorując drapiące go szpony kruka, położył całą dłoń na skrzydle i bez wahania użył swojej mocy. Nie było żadnego wizualnego efektu, ale gdy tylko puścił, ptak z głośnym krakaniem poderwał się do lotu. Wylądował zgrabnie na zawieszonej wysoko półce.
Nikolai to wszystko obserwował z otwartymi ustami. Gdy zdał sobie sprawę, że Yangcyn się w niego wpatruje, czym prędzej odchrząknął, niezręcznie poprawiając swój kapelusz.
— Ja też bez problemu bym go wyleczył! Przypominam, że jestem Wielkim Czarodziejem...
— W skrócie WC.
— Cichaj, jestem Wielkim Czarodziejem Nikolaiem i leczenie to dla mnie drobnostka!
Wykonał dłonią gest, tym razem z palców wystrzelił fioletowy dym. Nikolai zachłysnął się powietrzem, potem chwilę kaszlał, masując rękę, jak gdyby coś sobie w nią zrobił. Cynk spoglądał na niego cały ten czas z politowaniem, na co tamten rzucił obrażony:
— Nie fair.
— Dobra, prowadź, o WC Nikolaiu, do twojego cudownego magazynu — powiedział demon teatralnym tonem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz