Zmierzył wzrokiem zbudowany naprędce fort z koców i szpargałów. Nikolai porównał go do czasów, gdy za dzieciaka budował coś takiego z dziadkiem. Yangcyn przyjrzał się wszystkiemu z góry na dół, z lewej do prawej. Chwilę później spojrzał na własną dłoń.
Jakiekolwiek wspomnienia przejął wraz z tym ciałem, dawno już zniknęły. Kiedyś tylko one znajdowały się w jego umyśle, to przez nie kurczowo trzymał się wersji siebie, która wydawała mu się słuszna. Myślał, że wiedział, kim był i co chciał od życia. Jak bardzo się jednak mylił.
Ponieważ wspomnienia oryginalnego Yangcyna nigdy nie były jego, stopniowo uciekały, spływały spomiędzy jego palców wolno, acz nieubłaganie. Obecnie nie pamiętał już praktycznie nic. Kojarzył matkę i siostrę chłopaka tylko z tego, co sam przeżył, a cała służba w wojsku należała już do jego własnych przeżyć. Choć to były bardzo bliskie mu wspomnienia, choć starał się je trzymać w sercu mimo związanego z tym bólu, nie były one w żaden sposób powiązane z dzieciństwem, które pozostawiło niewinne, beztroskie wspomnienia, takie jak chociażby budowanie bazy z poduszek.
Nie wiedział, czy to efekt tego całego wybuchu, czy inna zależność, ale poczuł ogromną nostalgię wobec tego, czego nigdy tak naprawdę nie doświadczył. Czy to w ogóle było możliwe?
— A ty? Też martwisz się o swoich bliskich?
Uniósł jedną brew, gdy popatrzył na niższego Nikolaia. Czarodziej chwilę temu powiedział, że planuje odnaleźć swoją rodzinę, która mieszka w centrum. Musiał naprawdę się o nich martwić. To wszystko wydarzyło się tak nagle, praktycznie nikt nie był w stanie tego przewidzieć. Zarówno chłopak w kapeluszu, jak i jego nowy, ogoniasty kolega martwili się o ich zdrowie i bezpieczeństwo.
Co do swojej rodziny, Yangcyn starał się być pozytywny. Tosta miał przy sobie, a Fienna na pewno zdołała się uchronić przed najgorszym. Niejedno przetrwała ta kobieta, tak łatwo nie dało się jej złamać. Szefostwo pozwoliło jej pilnować „niezwykle groźnego, krwiożerczego demona”, więc bez najmniejszych wątpliwości wciąż żyła. Być może miała zaraz wyruszyć w poszukiwaniu tej „niebezpiecznej bestii”, która przebywała na wolności pośród tego całego chaosu. Powinna móc go znaleźć wcześniej czy później dzięki bransoletom.
Spuścił wzrok na srebrne kółka okalające jego nadgarstki, swego rodzaju kajdanki bez ograniczającego ruch łańcuszka. Ich lśniące powierzchnie były zabrudzone pyłem i kurzem, w pewnych miejscach chyba nawet porysowane, ale demon wolał nie przyglądać się uważniej. Aczkolwiek, szczerze mówiąc, może by się przydało przynajmniej je zdjąć ze względu na zaistniałą sytuację. Udało mu się tego wcale nie okazać, ale wcześniej, lecząc kruka Nikolaia, poczuł nieco wyraźniej upływ energii, niż powinien. Czyżby wybuch i obecność dziwnej, wykrywalnej przez czarodzieja energii na niego także wpływała?
— Yangcyn?
Dopiero wypowiedzenie imienia wyrwało go z zamyślenia. Zamrugał parę razy, spojrzał na Nikolaia, który przyglądał mu się badawczo. No tak, dostał pytanie czy też się martwił o bliskich. Przywołał na twarz lekki, acz uspokajający uśmiech.
— Tost jest tuż przy mnie. — Schylił się, żeby pogłaskać siedzącego obok nogi psa. — A moja opiekunka jest zaradna i z pewnością nic jej nie jest. Spotkanie z nią nadejdzie wcześniej czy później.
A przynajmniej mam taką nadzieję, pomyślał, naciągając bardziej rękawy koszuli na bransoletki.
Nikolai przyglądał mu się chwilę; zdecydowanie nie zaraził się optymizmem. Cynk przyglądał mu się, aż postanowił poklepać go po wolnym ramieniu (na drugim siedział kruk) i powiedzieć:
— Wiem, że to nie takie proste, zmienić swoje emocje, ale będąc dobrej myśli bardziej pomożesz sobie i rodzinie aniżeli smutkiem. Wiara doda ci pewności siebie, a w dodatku nie zasłoni zdrowego rozsądku, który teraz będzie nam potrzebny bardziej niż kiedykolwiek. Poza tym masz mnie! — Zapozował dumnie. — Niespodzianka, ale stojący przed tobą, niezwykle dobrze wyglądający osobnik z mega poczuciem stylu kiedyś służył w wojsku! Z różnymi niebezpieczeństwami miałem do czynienia, przerośnięta jaszczurka czy dwie to nie wyzwanie!
— O, czyli nie jesteś tylko gliną kradnącym towar niewinnym właścicielom lokalnych biznesów, jak dobrze — większego sarkazmu nie dało się wyczuć w głosie czarodzieja.
Yangcyn sprawnie pominął zostanie nazwanym gliną, mimo że odznaki żadnej przy sobie nie miał. Niech młody wierzy, przynajmniej na razie.
— Hej, gdyby pewien niewinny właściciel lokalnego biznesu prowadził swój sklep jak należy, nie miałbym potrzeby się tu zjawiać. — Skrzyżował ręce na piersi. — Ale z drugiej strony nie byłoby mnie tu do zapewnienia ci bezpieczeństwa, więc powinieneś być wdzięczny.
— Dziękuję bardzo, ale aż tak nie jest mi potrzebny pies stróżujący.
— Pies! — powtórzył za nim jego kruk, o dziwo nie spoglądając na Tosta, tylko mierząc swym kruczym spojrzeniem Yangcyna.
Nikolai ton miał wyniosły niczym szlachcic, któremu przyszło dzielić dach nad głową z pospólstwem. Pstryknął palcami, które wypuściły z siebie iskry, a tuż po tym zaczęły naprzemiennie wyginać się i prostować, jak gdyby chwycił je nagły skurcz. Widząc to, Yangcyn jedynie wywrócił oczami. Już zdołał zakodować, że rzucanie zaklęć sprawiało towarzyszowi niedoli pewne cierpienie i trudności – najchętniej wypominałby mu, że ma uważać na siebie, ale wiedział, że na tym etapie relacji jegomość W... Wielkokapeluszy Czarodziej Nikolai go nie posłucha.
No nic. Oby nie doszło z tego powodu do kolejnej katastrofy.
— Ja jestem ze specjalnej jednostki, ty jesteś specjalnej troski, więc myślę, że się dobierzemy idealnie. — Podparł się rękami na biodrach, usta wykrzywiły się w zawadiackim uśmieszku.
— Specjalnej troski?! — zachłysnął się tamten powietrzem. — Wypraszam sobie!
— Dobra — przerwał mu — myślę, że na początek powinniśmy znaleźć sobie prowiant. Twoje mieszkanie jest blisko? — zapytał Yangcyn.
Niektóre lokale miały taką zaletę, że były połączone z mieszkaniem, dzięki czemu właściciele mogli bez problemu kursować między miejscem pracy a miejscem odpoczynku. Yangcyn w duchu miał nadzieję, że tak było w przypadku Magicznych Różności i Nikolai zaraz otworzy kolejne tajne przejście, które policja tak samo przegapiła, jak ukryty magazyn.
Czarodziej bez słowa zgodził się na zakończenie dyskusji na temat ich specjalności. Wykonał nieco głębszy wdech, na moment uciekł wzrokiem gdzieś w tylko sobie znany punkt.
— Noooo — zaczął odrobinę niepewnie — to blisko. Praktycznie rzut beretem.
Słysząc to, Cynk zmarszczył brwi.
Czyli nie tak blisko.
Nie mieli wyboru – musieli wyjść. Wiele rzeczy związanych z wybuchem nie mogli zrozumieć, ale jedno było pewne: tak szybko rzeczywistość nie wróci do momentu przed katastrofą. Tydzień to najlepsze, o co mogli prosić, nim uda im się wydostać z pola zagrożenia, a i tak Yangcyn szczerze w to wątpił.
Wyciągnął z kieszeni telefon, włączył ekran. Zero zasięgu, nie wspominając o internecie. Fale radiowe pewnie nie dochodziły do magazynu, więc to kolejny powód do wyjścia.
Widząc kątem oka ruch, zabrał uwagę z telefonu, który szybko wrócił do kieszeni, by skupić ją na Nikolaiu. Czarodziej stał kawałek dalej, ostrożnie wykonywał jakieś gesty, zapewne próbując rzucać zaklęcia. Szło mu to dość marnie, jak gdyby jakaś siła go skutecznie blokowała. Gdy ich spojrzenia przypadkiem się spotkały, niższy chłopak zaczął pospiesznie rozciągać dłonie, udając, że to właśnie to robił cały ten czas.
Wtedy olśniło Yangcyna.
— Weźmy stąd, co się przyda i udajmy się do najbliższego sklepu — zarządził, podchodząc bliżej. — Potem ruszymy do centrum.
Słowa te niezbyt spodobały się Nikolaiowi.
— Chwila, mamy wyjść? — Wewnętrzne końce jego brwi powędrowały nieco ku górze. — Mówiłem, że chcę szukać rodziny, ale idziemy teraz? Dopiero co doszło do tego wybuchu! To nie tak, że tak jak z wybuchem zwykłej bomby trzeba trochę odczekać, aż się otoczenie nieco uspokoi? Mówiłeś, że byłeś w wojsku, to powinieneś wiedzieć coś na ten temat.
Skrzyżował ręce na piersi, posłał tamtemu wymowne spojrzenie. Yangcyn cicho westchnął, mimowolnie machnął końcówką ogona.
— Ten wybuch jest inny — szybko skontrował, ale nie brzmiał ani trochę, jakby mówił to dla samego udowodnienia Nikolaiowi, że się mylił. — Powiedziałeś, że wyczuwasz w powietrzu dziwną magię. Co, jeśli cokolwiek wybuchło, wyrzuciło z siebie ogromne pokłady energii magicznej? Mogła to być jakaś wielka bomba albo reaktor. Wtedy im więcej czasu upływa, tym więcej tej magii się rozprzestrzenia.
Cała ta teoria wpadła mu do głowy w zasadzie teraz. Z początku myślał o schowaniu się w magazynie, ale co, jeśli nie tędy droga? Może tak naprawdę powinni szybciej opuścić to miejsce i udać się w kierunku przeciwnym do tego, skąd doszło do wybuchu.
Nikolai podparł palcem wskazującym oraz kciukiem podbródek, wzrokiem błądząc po różnych punktach na podłodze. Poruszył ustami, ale dopiero po kilku sekundach odpowiedział:
— Czyli to tak jak wtedy, gdy wybuchnie gotujący się w kociołku eliksir? Czasami jest tak, że wysadza część zawartości, a potem jeszcze przez moment wypływa wrząca reszta.
— Taaaa, nie znam się na magii, ale chyba do tego możemy to porównać. — Pominąć, że nie znał się ani na magii, ani na wybuchach bomb czy reaktorów. — Przetrwaliśmy wybuch, ale może do nas jeszcze dopłynąć reszta kociołka.
— Ale chyba nie tak szybko, co? Magia często wędruje z wiatrem, a jak tego nie ma, to trochę jej zajmie podróż.
— Czyli i tak musimy wyjść, żeby sprawdzić, czy jest wiatr i w którą stronę wieje.
Podobnie jak Nikolai wcześniej, demon skrzyżował ręce na piersi i również posłał mu wymowne spojrzenie, tyle że z jednym kącikiem pełnych ust uniesionym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz