Były w życiu Merlina takie momenty, w których czas zdawał się na ułamek sekundy zwolnić, dając mu jedną, jedyną szansę na podjęcie słusznej decyzji. Merlin zwykle i tak podejmował złą – ale, jak się miało zaraz okazać, nie tym razem.
Bo oto w drzwiach domku numer siedem stała Guinevere, znieruchomiała w pół kroku, z Bernadette wychylającą się zza jej ramienia, a obie wpatrywały się w to samo: w leżącą pośrodku pokoju kukłę z kołdry i poduszki, ubraną w koszulkę Johna, z namalowanym markerem upiornym uśmiechem, ociekającą czymś, co przy kiepskim oświetleniu i odrobinie złej woli wyglądało dokładnie jak krew. Wokół niej krzątała się czwórka spoconych, przyłapanych na gorącym uczynku chłopaków. Podłoga wyglądała jak miejsce zbrodni. Powietrze pachniało truskawkami.
Tego nie dało się w żaden sposób wytłumaczyć.
A jednak Merlin usłyszał, jak jego własne usta mówią:
— To zajęcia powtórkowe. Z pierwszej pomocy.
Zapadła cisza. Merlin był równie zaskoczony tym, co wyszło z jego ust, jak wszyscy pozostali, włączając w to usmarowaną kisielem kukłę.
— …słucham? — powiedziała Guinevere.
I wtedy Merlin, sam nie do końca wiedząc, skąd to się w nim bierze, poczuł, jak jego mózg – ten sam, który zawodził go regularnie na każdym sprawdzianie z transmutacji – nagle rusza z kopyta i zaczyna produkować kłamstwa tak gładkie, tak logiczne i wewnętrznie spójne, że sam zaczął w nie po drodze wierzyć.
— No bo… John podsłuchał — ciągnął, wskazując na Johna, który drgnął, usłyszawszy swoje imię — że nauczycielki planują nam zrobić niezapowiedziany test z pierwszej pomocy. W trakcie wycieczki. Wiecie, żeby sprawdzić, czy umiemy reagować w terenie. No i… no i postanowiliśmy się przygotować. Żeby nas nie zaskoczyli! Powtórkę taką robimy.
Gdzieś z tyłu głowy Merlina jakiś zdumiony głosik pytał, kim jest osoba, która właśnie to wymyśliła, i czy dałoby się ją zatrudnić na stałe przed egzaminami.
Guinevere, słysząc słowa „niezapowiedziany test”, przeszła płynnie z trybu „co wy tu, na litość bogów, tym razem wyprawiacie” w tryb naukowego komandosa, który Merlin znał aż za dobrze. Guinevere nie zamierzała dać się zaskoczyć nikomu i niczemu, choćby nauczyciel spytał o symbolikę koloru firanek w opowiadaniu.
— Niezapowiedziany test — powtórzyła cicho, a jej oczy zdawały się rozpalić czymś, co Merlina trochę przerażało. — I wy się przygotowujecie beze mnie?
— No… teraz już z tobą — wtrącił szybko Merlin.
— Dlaczego nikt mi nie powiedział wcześniej? — Guinevere weszła do środka, odstawiła torbę i zaczęła podwijać rękawy z determinacją generała obejmującego dowództwo nad chaotyczną armią. — Dobrze. Pokażcie, co macie. Od początku.
I tak, w ciągu jednej minuty, operacja „udobruchać górskie bóstwo” zyskała nowego, znacznie kompetentniejszego dowódcę, który był święcie przekonany, że chodzi o coś zupełnie innego.
Na szczęście reszta domku numer siedem załapała, o co chodzi, i kłamstwo Merlina zdawało się wcale nie mieć takich krótkich nóg.
— To bardzo dobrze, że będziemy ćwiczyć — oświadczył Song An z powagą, kiwając głową. — Zawsze słyszałem od… Znaczy, czytałem w książce, że najlepiej robić ćwiczenia trudniejsze niż sam test. Wtedy prawdziwy test wydaje się już całkiem prosty. — Co, jak Merlin z podziwem zauważył, było nie tylko zgodne z prawdą, ale i wybitnie pomocne dla ich prawdziwego celu.
— Właśnie — podchwycił natychmiast Hawthorn, mrużąc oczy. — Bo jeśli nauczycielom się wydaje, że ot tak nas podejdą i zagną jakimś testem, to się grubo, ale to bardzo grubo mylą. — Powiedział to z takim naciskiem, że przez chwilę nie było do końca jasne, czy mówi jeszcze o wyimaginowanym teście, czy już o rytualnym mordzie, ale ponieważ w jego głowie rzeczy prawdziwe i wyimaginowane były jednym i tym samym, nie miało to większego znaczenia.
— No właśnie — dodał John słabo, ewidentnie uznawszy, że skoro i tak nie ma pojęcia, co się dzieje, to najbezpieczniej będzie po prostu ze wszystkim się zgadzać. — Nie zagną nas. Nie tym razem.
Guinevere tymczasem obeszła kukłę dookoła, przyglądając się jej z profesjonalnym niesmakiem.
— To niby ma być poszkodowany? — spytała, wskazując na ich artystyczny twór. — Wygląda, jakby już nikt mu nie mógł pomóc. I dlaczego jest cały w truskawkach?
— To krew — wyjaśnił Hawthorn.
— To kisiel — poprawił Merlin.
— To kisiel udający krew — dokończył Song An dyplomatycznie. — Dla realizmu.
Guinevere westchnęła głęboko, zupełnie jak nauczycielka od biologii, co oznaczało, że nie pochwala metody, ale docenia intencję, po czym stwierdziła, że jeśli już mają ćwiczyć, to poszkodowany musi przynajmniej wyglądać jak coś humanoidalnego, bo na czymś, co przypomina zawiniętą w kołdrę zjawę, niczego się nie nauczą. I tu, ku zaskoczeniu Merlina, do akcji wkroczyła Bernadette.
— O, to ja się tym zajmę — oznajmiła, wyciągając znikąd kosmetyczkę wielkości niewielkiej walizki. — Zaraz zrobię z niego prawdziwego przystojniaka.
Kolejne wypadki Merlin obserwował z mieszaniną fascynacji i lekkiej grozy. Bernadette rozłożyła się z kosmetykami niczym malarz ze sztalugami. Nawywijała pędzelkami, beauty blenderami, pojawiły się nawet sztuczne rzęsy, brokat i parę innych sprzętów, które pozbawieni gromady sióstr chłopcy obserwowali z prawdziwą fascynacją, Merlin zaś w myślach liczył koszty tego wszystkiego i doszedł do wniosku, że potrzebowałby ku temu kalkulatora. W kilka minut Bernadette nadała poduszkowej twarzy coś na kształt rysów – podkreśliła policzki, domalowała brwi, dorobiła cienie tam, gdzie u człowieka byłyby zagłębienia, tuszem dodała rzęsy wokół czarnych, markerowych oczu. Efekt był, delikatnie mówiąc, niepokojący, bo kukła przestała już wyglądać jak sterta pościel, a zaczęła wyglądać jak coś, co pościel tylko udaje i czeka, aż zgasną światła. Ale trzeba było przyznać, że z pewnej odległości, po zmroku, mogła kogoś naprawdę zmylić.
— No dobra — przyznał Merlin z ostrożnym podziwem. — To już wygląda jak człowiek. Jak człowiek, który miał trzy godziny metamagii pod rząd, ale cudem przeżył.
Pozostał jeszcze jeden, dość istotny problem, i Merlin dobrze wiedział, jak delikatnie trzeba będzie do niego podejść. Bo dopóki ćwiczyli w domku, wszystko było okej – problem w tym, że kukła musiała ostatecznie wylądować w lesie, na skromnym ołtarzyku, a nie było łatwo wyjaśnić rzeczowej osobie, jaką bez wątpienia była Guinevere, czemu trening pierwszej pomocy miałby się odbywać w nocy, między drzewami.
I wtedy Merlinowi po raz drugi tego wieczoru przydarzyła się rzecz zupełnie do niego niepodobna: wpadł na naprawdę dobry pomysł.
— Wiecie co — zaczął ostrożnie — myślę, że nie powinniśmy ćwiczyć tutaj. Bo pomyślcie: jeśli ten test ma być w terenie, w górach, to co z tego, że nauczymy się ratować poszkodowanego w ciepłym, jasnym domku? Na prawdziwym teście będzie ciemno. Będzie las. Będzie stres. — Rozejrzał się po zasłuchanych twarzach. — Musimy poćwiczyć w warunkach jak najbardziej zbliżonych do prawdziwych, co nie? Wynieść poszkodowanego kawałek za domki, do lasu, w nocy, i tam odegrać całą akcję. Wtedy żaden test nas nie zaskoczy, normalnie nie będą mieć na nas żadnego haka.
Zapadła cisza pełna podziwu, i Merlin, po raz kolejny tego dnia, nie mógł uwierzyć, że to naprawdę wyszło z jego ust. Na dodatek wszyscy to kupili. Kolejne Nat 20 na Perswazję.
— To… ma sens — przyznała powoli Guinevere, a Merlin niemal usłyszał, jak w jej głowie ten pomysł zostaje zatwierdzony, opieczętowany i wpisany do grafiku. — To naprawdę ma sens.
— Bo ćwiczenie musi być trudniejsze niż test — przypomniał Song An.
— A jak przećwiczymy to po ciemku, w lesie, to na teście będzie z górki — dorzucił Hawthorn, po czym dodał ciszej, już wyłącznie do swoich: — No i przy okazji załatwimy tę drugą sprawę.
— Właśnie, tę dru… — John urwał w pół słowa, bo Merlin nadepnął mu dyskretnie na stopę. — …znaczy, no, będzie z górki.
Guinevere niczego nie zauważyła. Była już myślami przy organizacji, podziale ról, przy liście rzeczy, które trzeba zabrać, i wyglądała na szczęśliwszą, niż Merlin widział ją od początku wyjazdu – oto trafił jej się nie tylko test, na który mogła się przygotować, ale i test, na który mogła się przygotować lepiej niż ktokolwiek inny.
— Dobrze — oznajmiła, klasnąwszy w dłonie. — Bierzcie poszkodowanego. Idziemy ćwiczyć.
I Merlin, dźwigając razem z Johnem ociekającą kisielem kukłę w stronę drzwi, pomyślał tylko, że oto jego genialny plan złożenia bóstwu góry fałszywej ofiary pod przykrywką ćwiczeń z pierwszej pomocy właśnie się rozpoczął – i że po raz pierwszy w życiu wszystko szło nawet zbyt gładko, co, jak dobrze wiedział, nigdy, przenigdy nie wróżyło niczego dobrego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz