Przynajmniej tak oceniał swoje aktualne położenie Nikolai. Była to dla niego poniekąd jakaś nowość — zwykle nawet z tych najtrudniejszych kłopotów wychodził bez większego szwanku. Każdy błąd był wyłącznie lekcją na przyszłość i drogowskazem, czego unikać.
Teraz czuł się boleśnie przyparty do muru. I to nie tak, jakby sobie tego życzył. W każdym razie, miał wrażenie, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Magiczne Różności zostały całkowicie zrujnowane. Nikolaiowi niemal serce pękało na widok walających się po podłodze cennych przedmiotów. Nie mógł patrzeć na porozbijane szkło mikstur, połamane świece i skruszone kadzidła. Prawie żadna z tych rzeczy nie nadawała się do dalszego użytku. Z drugiej jednak strony — jak kadzidełko miałoby mu pomóc w starciu z tajemniczą bestią krążącą po ulicach?
Czarodziej odwrócił się nerwowo, aby zerknąć przez wybitą szybę. Potwór zniknął, ale przeczucie, że czai się on tuż za rogiem, nawet na chwilę nie osłabło. Wyglądało na to, że ani w środku, ani na zewnątrz nie mogli tracić czujności. Jedynym bezpiecznym miejscem, w którym mogliby choć na chwilę odsapnąć, był jego magiczny magazyn. Prawda jednak była taka, że nawet sam Nikolai rzadko tam zaglądał.
Schowek przeznaczył na odkładanie rzeczy, które nigdy się nie sprzedały lub okazały się wadliwe. Czarodziej gromadził je w magazynie latami, więc dzisiaj ledwo pamiętał, co takiego ukrył tam przed wzrokiem postronnych klientów. Mogło tam znajdować się doprawdy wszystko, więc chwilę zajęło mu, aby wyrazić zgodę na wpuszczenie do środka policjanta. Nikolai był bardziej niż pewien, że znajdują się tam rzeczy, które mogłyby zaszkodzić jemu i jego nieskazitelnemu wizerunkowi.
Ostatecznie postanowił wpuścić tam Cynka. Nie tylko dlatego, że jakimś cudem uzdrowił Kokosa, ale przede wszystkim dlatego, że Nikolai, choć nigdy by się do tego nie przyznał, zwyczajnie bał się samotności. Na co dzień otaczał go przecież tłum ludzi odwiedzających Magiczne Różności. W domu zaś czekał na niego ukochany chłopak. Czarodziej rzadko kiedy zostawał sam ze swoimi myślami. Nie przywykł do samotności, a wizja spędzenia niewiadomej ilości czasu bez kogokolwiek u boku przyprawiała go o dreszcze. Wolał siedzieć w mrocznym magazynie z kimś, z kim może pogadać. Nawet, jeśli tą osobą był niestety policjant.
Nikolai zaprowadził Cynka na zaplecze. Za kilkoma kartonami znajdowały się ukryte drzwi. Nie było w nich niczego specjalnego. Ot, najzwyklejsze przejście, które prowadziło na zewnątrz. Przynajmniej w teorii. Wystarczyło jedno proste zaklęcie, aby po drugiej stronie pojawił się magazyn. Czarodziej złapał za klamkę, już chcąc recytować inkantację, kiedy przypomniał sobie o czymś niezwykle istotnym. Odwrócił się pośpiesznie do stojącego za nim policjanta.
— Wpuszczę cię tam pod dwoma warunkami — odezwał się, a na jego usta wpełzł szelmowski uśmiech.
— Pomogłem przecież twojemu krukowi. Już nie pamiętasz? — przypomniał Cynk, zaplatając ręce na piersi. — Zresztą, dobrze wiesz, że nie poradzisz sobie beze mnie.
— Albo ty beze mnie — prychnął czarodziej. — Sam mówiłeś, że potrzebujemy broni. A ja jestem pewien, że w moim magazynie znajdziemy wszystko, co może nam się przydać.
Yangcyn przewrócił oczami.
— No dobra. Mów, czego chcesz.
— Po pierwsze. Przestań mówić do mnie “WC”. To niesmaczne. I nieśmieszne. Nie było śmieszne nawet za pierwszym razem — zażądał z powagą Nikolai. — Po drugie. Nie możesz nikomu powiedzieć o moim magazynie. Nikomu. Ani teraz, ani nigdy.
Kiedy skończył stawiać warunki, wyciągnął dłoń w stronę stojącego naprzeciwko młodego mężczyzny. Cynk przez krótką chwilę wpatrywał się sceptycznie w rękę czarodzieja, ale ostatecznie uścisnął ją niechętnie.
— W porządku. Uznajmy, że jest to wykonalne.
— Wspaniale! — Nikolai klasnął w dłonie, ciesząc się z ubitego targu. — Pamiętaj tylko, że złożyłeś właśnie magiczną obietnicę. Jeśli złamiesz jej warunki, to wyłysiejesz.
Choć na pierwszy rzut oka Cynk nie wydawał się być przekonany groźbą czarodzieja, jego ręka mimowolnie poszybowała w stronę zadbanych kosmyków na jego głowie. Poprawił włosy, odgarniając je nerwowo z czoła.
Nikolai zaśmiał się i ponownie zwrócił twarzą do drzwi. Zacisnął palce na klamce i wyszeptał zaklęcie. Jego rękę niespodziewanie przeszedł dreszcz — niepodobny do niczego, co czuł do tej pory. Czarodziej miał wrażenie, jakby setka igieł wbiła się prosto w jego kość. Nie cofnął jednak dłoni, uparcie ściskając metalowy element przed sobą. Wkrótce ramy drzwi zalśniły, a po uchyleniu ich ukazało się wypełnione po brzegi regałami przestronne pomieszczenie.
Bez słowa weszli do środka. Nikolai pstryknął palcami i na ten gest zawieszone nad ich głowami lampy zalśniły bladym światłem. Tajemniczy dreszcz ponownie przeszedł wzdłuż jego dłoni. Zignorował jednak ten nieznośny ból, powtarzając sobie, że pewnie potłukł się w czasie wybuchu i teraz odczuwa skutki nagłego upadku.
— Witaj w Podziemnych Magicznych Różnościach — przywitał Cynka z uśmiechem na ustach. — Czuj się jak u siebie w domu. Tylko odkładaj rzeczy na miejsce, bo inaczej nie poradzę sobie przy inwentaryzacji.
— Czy to miejsce kiedykolwiek miało inwentaryzację? — zapytał podejrzliwie policjant, rozglądając się wokół.
— Cóż. Zawsze może ją mieć — zaśmiał się Nikolai. Wyminął przy okazji swojego towarzysza i zamknął za nim drzwi. Tak na wszelki wypadek, jakby coś niebezpiecznego miało wpełznąć do środka.
Magazyn, będący jednocześnie czymś w rodzaju piwnicy, składał się z naprawdę wielu równo ustawionych szafek i regałów. Ich półki po brzegi wypełnione były różnościami (bo czym innym?). Połowy z tych rzeczy Nikolai nie potrafiłby nawet nazwać, ale jeśli ktokolwiek by go o to zapytał, na pewno wymyśliłby coś na poczekaniu.
Czarodziej nucąc pod nosem, zaczął snuć się wzdłuż wąskich przejść pomiędzy szafami, rozglądając się za czymś przydatnym. Choć nie wiedział właściwie, czego ma szukać. Liczył, że przy odrobinie szczęścia, coś potrzebnego po prostu wpadnie mu w oko. Tak też się stało, kiedy wypatrzył kilka wełnianych koców. Z metki wyczytał, że zostały one uszyte z runa zodiakalnego Barana. Cóż za bzdura.
Zabrał jednak te koce ze sobą i ułożył je pod ścianą, w miejscu na tyle przestronnym, aby można było rozbić prowizoryczne obozowisko. Cynk poszedł w jego ślady i również zaczął znosić tam rzeczy, które wydały mu się przydatne. Wkrótce w okolicy powstała niemała kupka przedmiotów uznanych za pożyteczne w ich żałosnym położeniu.
W czasie, kiedy policjant zajął się przeglądaniem kolejnego z regałów, Nikolai uznał, że poprawi wizualną stronę ich bazy. Jeden z koców posłużył mu za baldachim, którym zakrył górę obozu. Wprawdzie nie oczekiwał, że ktokolwiek mógłby ich tutaj obserwować, ale czuł, że dzięki temu miejsce to stanie się odrobinę przytulniejsze.
— Mam wrażenie, że cofnąłem się do dzieciństwa, gdy budowałem z dziadkiem fort z poduszek i kocyków — zaśmiał się Nikolai, wiążąc jeden z końców tkaniny do metalowej obręczy pobliskiego regału.
Niespodziewanie na własne słowa posmutniał. Ogarnął go strach. Wcześniej wypierał wszystkie negatywne myśli. Skupił się na sobie i na przetrwaniu. Teraz jednak wątpliwości ogarnęły całe jego ciało. Zacisnął zęby, próbując się skupić na aktualnie wykonywanym zadaniu. Szło mu to jednak marnie.
Kiedy po raz kolejny upuścił trzymany w dłoniach przedmiot, Cynk spostrzegł jego drżące dłonie.
— Wszystko dobrze? — spytał, przyglądając się uważnie czarodziejowi.
Nikolai przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. Spojrzał na Kokosa, który od dłuższego czasu siedział mu na ramieniu, kurczowo wczepiony w swojego opiekuna. Wreszcie westchnął cicho i niechętnie odparł:
— Po prostu martwię się o swoich bliskich.
Wizja tego, że ktokolwiek z jego rodziny mógł ucierpieć, przerażała go cholernie. Jeszcze gorzej czuł się ze świadomością, że choćby pragnął tego najbardziej na świecie, w tej chwili nie był w stanie im pomóc. Nie mógł nawet sprawdzić, czy wszystko z nimi w porządku! Czuł się absolutnie bezsilny. Pozostawało mu jedynie mieć nikłą nadzieję, że jego bliskim udało się znaleźć bezpieczne schronienie. Że wkrótce znów się spotkają.
— Och, rozumiem, ja… — Cynk próbował zebrać odpowiednie słowa, lecz Nikolai nie oczekiwał pocieszenia. Nie chciał współczucia.
— Moi rodzice i dziadek mieszkają w centrum — odezwał się, nim Yangcyn zdążył dokończyć. — Zamierzam udać się tam od razu, gdy sytuacja nieco się uspokoi.
Nikolai zacisnął dłonie i odwrócił wzrok, aby nie patrzeć na policjanta. Wtedy też kątem oka dostrzegł zawieszony na jednym z wieszaków ciemny kapelusz. Irracjonalnie zaśmiał się, gdy tylko go zobaczył.
— Nie martwię się tylko o swojego chłopaka — przyznał, a na samą myśl o Alexie na jego twarzy pojawił się mimowolny uśmiech. — Jestem pewien, że przeżywa teraz jeden ze swoich najlepszych dni życia. Znając go, pewnie już ujeżdża jakąś zmutowaną bestię i nie może doczekać się, aby mi to pokazać. — Wizja ta rozbawiła go, ale na widok zmieszanej miny Yangcyna, spoważniał i zapytał: — A ty? Też martwisz się o swoich bliskich?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz