Bashar niespecjalnie miał ochotę widzieć pana Giordano – to był ciężki tydzień, pacjentów było po horyzont, a los nie układał się tak, jak doktor Karim by sobie tego życzył. Jego ostatni pacjent radośnie zlekceważył sobie terapię, cyrograf pyknął siarkowym dymem, nie uczyniwszy niczego, zaś mężczyzna, zamiast przyznać się, że nie zastosował się do zaleceń swojego lekarza, indyczył się w gabinecie, mówiąc, że wszystko to wina Bashara. Demon bez wysiłku obrócił oskarżenia przeciwko niemu – byłby w stanie to zrobić, nawet gdyby oskarżenia okazały się prawdziwe, ale skoro były totalnie wyssanymi z palca bzdurami, po prostu zbiorem nieuzasadnionych kalumnii, które pacjent radośnie rzucał, nie patrząc nawet gdzie lecą? Nie było łatwiejszego zadania. Z argumentacji przeciwnika i logiki wypowiedzi Bashar robił origami, i to takie zdolne wygrać międzynarodowy konkurs.
Pan Giordano od momentu przekroczenia progu zachowywał się… może nie dziwnie. Ale inaczej, niż Bashar przywykł. Pacjent powinien był trzasnąć mu wynikami na stół, rozsiąść się na krześle, z wyniosłą miną zażądać, by lekarz wziął się w końcu do roboty i wyleczył go z jego przypadłości, a tu nic – sławny krytyk nie dość, że zachowywał się dość kulturalnie i bez pretensji, to jeszcze… Bashar zmarszczył brwi.

