Daniel od samego początku nie był w stanie pozbyć się narastającego rozdrażnienia, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy miał okazję przyjrzeć się życiu Azelana z bliska. Wystarczyło jedno spojrzenie na otwartą szafę, by poczuł, jak gdzieś w środku zaczyna gromadzić się znajoma irytacja. Koszule wisiały tam niedbale, jedne wygniecione, inne pozbawione guzików, marynarki zdawały się pamiętać lepsze czasy, a wypłowiałe krawaty zwisały z wieszaków, jakby rzucono je tam przypadkiem i nigdy nie zebrano wystarczająco chęci, żeby je sprzątnąć. Był w tym wszystkim jakiś szczególny rodzaj żałości, który Daniel potrafił dostrzec niemal natychmiast, ponieważ znał młodszego lekarza aż nazbyt dobrze. Bardziej niż by tego chciał. Człowiek nie doprowadzał swojego otoczenia do takiego stanu z lenistwa. Nie, Daniel mógł powiedzieć o Azelanie wiele nieprzychylnych rzeczy, ale nigdy nie nazwałby go leniwym. Taki nieład rodził się z wyczerpania. Z miesięcy i lat poświęcania własnych sił innym ludziom. Z nieustannego przekonywania samego siebie, że można jeszcze choćby chwilę dłużej zacisnąć zęby, jeszcze jeden dzień nie zjeść porządnego posiłku, nie przespać jeszcze jednej nocy, jeszcze raz odłożyć własne potrzeby na później. Daniel wiedział aż za dobrze, że Azelan prędzej sam padłby z wyczerpania, niż pozwolił, by ludziom wokół niego czegokolwiek zabrakło.
Pokój wyglądał równie źle. Na biurku piętrzyły się papiery, rupiecie leżały wszędzie tam, gdzie akurat zostały odłożone, a na oparciu krzesła wisiały nieprane od dłuższego czasu ubrania. Daniel miał wrażenie, że gdyby podniósł którykolwiek z tych przedmiotów, spod niego wysypałaby się chmura kurzu i zmęczenie nagromadzone przez ostatnie lata. Daniel w myślach zaczął przeklinać Azelana z całą zawziętością, na jaką tylko było go stać. Przeklinał jego upór, jego bezmyślną ofiarność i ten irytujący zwyczaj traktowania własnego zdrowia jak czegoś całkowicie nieważnego. Było w tym coś niemal obraźliwego. Po cichu wyzywał go więc z coraz większą zawziętością, nazywając idiotą, upartym osłem i każdym innym określeniem, jakie przychodziło mu do głowy. Dobrze wiedział jednak, że pod tą złością kryje się coś znacznie bardziej niepokojącego i odrażającego. Strach. Zwykły, ludzki strach przed utratą kolejnej osoby, którą los zdołał pozostawić przy jego boku. Daniel, pomimo ich różnic, na swój własny, wypaczony sposób martwił się o Azelana na tyle, by nie być w stanie spokojnie patrzeć, jak ten świadomie i dobrowolnie wyniszcza samego siebie. Ostatnie trzy lata spędził bowiem przekonany, że Azelan zginął w Karymsku. Trzy lata winił się i nienawidził za to, jak wyglądały ich ostatnie wspólne chwile. A mimo to teraz, gdy miał go znów przed sobą, zdrowego i żywego, nie potrafił wykrzesać z siebie tego łączącego ich niegdyś ciepła. Zgniło ono wraz z resztą umierających, trawionych zarazą mieszkańców Karymska.
Z tych rozmyślań wyrwał go niespodziewanie widok Azelana zdejmującego sweter. Była to sytuacja całkowicie zwyczajna, pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia, a jednak Daniel poczuł, jak wszystkie wcześniejsze myśli urywają się gwałtownie. Jego spojrzenie zatrzymało się na sylwetce lekarza o ułamek sekundy za długo. Dostrzegł blizny pozostawione przez lata pracy i tragedii, ślady miesięcy spędzonych w piekle, przez które obaj przeszli. W tej jednej chwili poczuł nieprzyjemne ciepło rozlewające się po karku i policzkach, a świadomość własnej reakcji zirytowała go na tyle, by fuknął w złości na towarzysza. Natychmiast odwrócił głowę, zaciskając ze złością szczękę. Nie chciał się przyglądać. Nie powinien się przyglądać. A jednak obraz zdążył już zapisać się w pamięci z niepokojącą dokładnością. Widział blizny przecinające skórę, widział każde zagięcie, wypukłość i wgłębienie jego sylwetki. Widział zmęczenie wpisane w każde napięcie mięśni, w każdą linię ciała. Najbardziej irytowało go jednak to, że nie potrafił wyrzucić tego obrazu z głowy.
Pod pierwszym lepszym pretekstem wysłał Azelana do łazienki, a gdy tylko drzwi zamknęły się za nim, opadł ciężko na łóżko i przycisnął dłonie do rozgrzanych policzków. Próbował uspokoić oddech, opanować drżące dłonie i raz jeszcze przywołać na twarz tę kamienną oschłość, która tak irytowała drugiego z lekarzy. Jednak na próżno.
Siedząc samotnie pośród nieporządku, zaczął rozglądać się po pomieszczeniu. Pokój Azelana miał w sobie coś niepokojąco znajomego. Nie chodziło jedynie o jego wygląd, lecz o atmosferę. Daniel nagle i niespodziewanie przypomniał sobie dom rodzinny i niemal natychmiast za tym wspomnieniem pojawiła się twarz matki. Z początku widział ją taką, jaką była dawniej, lecz pamięć szybko wypaczyła i ośmieszyła jej odbicie. Zdrowe rysy ustąpiły miejsca twarzy wyniszczonej przez chorobę. Poczuł znajomy ciężar osiadający na klatce piersiowej. Daniel odnosił wrażenie, że pamiętał chorobę matki lepiej, niż pamiętał samą matkę. Ta świadomość prześladowała go od lat. Nie potrafił już przywołać dokładnego brzmienia jej śmiechu ani wszystkich szczegółów jej twarzy, lecz pamiętał każdy etap jej przeciągającej się kaźni. Widział ciało stopniowo poddające się rozkładowi, widział ból wykrzywiający rysy. Pamiętał oczy zapadające się coraz głębiej w oczodoły, pamiętał głos słabnący do szeptu.
Twarz matki zaczęła jednak stopniowo rozmywać się w jego wspomnieniach. Rysy stawały się mniej wyraźne. Obraz falował niczym odbicie na wodzie poruszone nagłym podmuchem wiatru. A potem jej miejsce zajęła inna twarz. Twarz, którą pamiętał z jeszcze większą dokładnością. Twarz Eweliny. Daniel poczuł, jak żołądek ściska się boleśnie, a twarz wykrzywia w grymasie. W jednej chwili przestał siedzieć w pokoju Azelana. Znów znajdował się w Karymsku.
Miasto wróciło do niego w całej swojej ponurej okazałości. Pamiętał szare niebo wiszące nad ulicami niczym ciężkie sklepienie grobowca. Pamiętał budynki wyglądające tak, jakby same zostały dotknięte chorobą, ich ściany pokryte wilgocią i pęknięciami przypominały skórę wyniszczoną gorączką. Pamiętał ludzi wyglądających, jakby sam Bóg odwrócił od nich wzrok. Najlepiej pamiętał jednak zapach miasta. Nie pojedynczą woń, lecz całą mieszaninę zapachów tak głęboko związanych ze śmiercią, że po latach wystarczał jeden impuls, aby wróciły do niego z całą mocą. Czuł środki odkażające zmywające rozpaczliwie z narzędzi coś, czego nie mogły pokonać. Czuł zapach krwi, leków, potu i ludzkiego cierpienia. W swych wspomnieniach widział również Ewelinę leżącą nieruchomo pośród białej pościeli. Jej długie blond włosy rozsypywały się na poduszce. Była tak młoda. Tak absurdalnie młoda. I tak niewiarygodnie dobra, że nawet teraz Daniel nie potrafił pogodzić się z tym, w jak okrutny i niesprawiedliwy sposób przyszło jej odejść. Choroba wyżerała ją od środka. Pod skórą formowały się bolesne wybrzuszenia, gorączka zamieniała ciało w rozgrzane palenisko, a cuchnąca i gnijąca ropa przyklejała materiał ubrania do skóry. Przy ustach niezmiennie zalegała zaschnięta krew, pozostałość po godzinach krwawych wymiotów. Każdy oddech przychodził jej z wysiłkiem, jakby samo powietrze stało się ciężarem nie do uniesienia. Choroba odbierała jej siły dzień po dniu. Daniel obserwował ją dokładnie i wiedział. Wiedział wcześniej niż inni. Wiedział wcześniej niż wyniki badań. Daniel znał tę chorobę, na własne oczy widział, jak jego matka powoli jej ulegała. Potrafił rozpoznać moment, w którym organizm zaczyna przegrywać, widział tę cichą granicę, po przekroczeniu której medycyna staje się jedynie próbą opóźnienia nieuniknionego.
Dokładnie pamiętał moment, gdy wbijał igłę w jej ramię. Pamiętał, że jego dłonie drżały tak samo jak teraz. Pamiętał także, że dawka leku była zbyt duża. Robił to celowo. Ktoś z jego wiedzą nie popełniłby tak karygodnego błędu nieświadomie. W tamtej chwili nie myślał o niczym innym, niż o tym, by zapewnić przyjaciółce godną śmierć. Nie zasługiwała na konanie w męczarniach. Wystarczyło jedynie pojedyncze wbicie igły, lekkie pchnięcie, by odeszła spokojnie i bezboleśnie. I choć łzy wzbierały w kącikach jego oczu, choć nienawiść do samego siebie rosła z każdą kolejną sekundą, była to ostatnia przysługa, którą Daniel mógł jej wyświadczyć. Ewelina zacisnęła palce wokół jego dłoni i przez krótką chwilę patrzyła na niego ze słabym uśmiechem wymalowanym na twarzy. Podświadomie wiedziała, co lekarz zamierzał zrobić i w głębi duszy była mu za to wdzięczna. Uścisk stopniowo słabł, a Daniel o niczym nie marzył wówczas bardziej, niż o tym, by on również zgnił w agonii z powodu zarazy.
Gdy drzwi pokoju otworzyły się ponownie, Daniel potrzebował kilku sekund, by się otrząsnąć. Schował dłonie za plecami, by ukryć ich drżenie, i zmusił twarz do przybrania znajomego, chłodnego wyrazu. Nie chciał dać Azelanowi nawet najmniejszego powodu do zadawania pytań. Przez lata nauczył się zamykać emocje za grubym murem obojętności, a każde pęknięcie w tym murze budziło w nim instynktowny niepokój. Dopiero po chwili odważył się spojrzeć na Azelana, kiwając głową z wymuszoną aprobatą.
— No, w końcu jakoś wyglądasz, Bashkin
Dopiero wtedy zauważył źle zawiązany krawat. Przez moment patrzył na niego z niedowierzaniem, po czym skrzywił się i bez słowa podszedł bliżej. Jego palce sprawnie poprawiły materiał.
— Nic nie potrafisz zrobić sam — mruknął, poprawiając węzeł. — Nawet zawiązać krawata.
Przysunął się jeszcze bliżej, czując od Azelana delikatny zapach ziół i jagód. Ulubiony dżem Mavki. Daniel prychnął na samą myśl o tym, że wciąż o tym pamięta.
— Pomyślałeś kiedyś o tym, jaki przykład dajesz swoim dzieciom? Na kogo wyrosną po tym, jak całe swoje dzieciństwo, a raczej to, co z niego zostało, spędzą na obserwowaniu swojego żałosnego ojca, który nie potrafi sam o siebie zadbać?
Mocno pociągnął za grubszy koniec krawata. Daniel nie znosił tego, jak bardzo przyzwyczaił się do obecności Azelana. Nie znosił świadomości, że choć nie byli już sobie bliscy, odruchowo sprawdzał wzrokiem, czy wszystko z nim w porządku. Nie znosił faktu, że po tylu latach wciąż reagował niepokojem na każdy ślad przemęczenia, na każdy nowy cień pod jego oczami, na każdą oznakę zaniedbania. Było w tym coś upokarzającego. Ta mieszanka troski i gniewu była tak intensywna, że sam nie potrafił już oddzielić jednego od drugiego. Chciał zabrzmieć oschle. Naprawdę chciał. Chciał, żeby każde słowo było kolejnym przytykiem, kolejną uszczypliwością, kolejnym sposobem ukrycia tego, co naprawdę myślał. Ale pod całą tą irytacją kryło się szczere zmartwienie, którego nie potrafił ukryć. Nie było ono spowodowane nagłym przypływem sympatii, nagłym ociepleniem ich relacji. Wynikało raczej ze wspólnej przeszłości, z zaufania i troski, którymi niegdyś się darzyli.
Kiedy skończył poprawiać krawat, jego dłonie zatrzymały się na moment przy kołnierzyku koszuli. Stał tak przez krótką chwilę, nie cofając się od razu. Jakby nie potrafił. Jakby nagle przypomniał sobie wszystkie te noce spędzone w Karymsku, podczas których siedzieli naprzeciwko siebie wyczerpani do granic możliwości. Noce, podczas których jedyną rzeczą podtrzymującą ich przy zdrowych zmysłach była świadomość, że nie są tam sami. Przez chwilę raz jeszcze dojrzał w nim człowieka, który wyciągał go z kolejnych załamań, nawet wtedy, gdy sam ledwo stał na nogach. I nagle cała jego złość wydała mu się nieznośnie krucha.
— Dbaj o siebie, Azelan.
Słowa wymknęły się zanim zdążył je zatrzymać. Nie Bashkin. Azelan. Imię zabrzmiało cicho, niemal łagodnie, a Daniel natychmiast poczuł, jakby odsłonił zbyt wiele. Jakby na krótką chwilę pękła skorupa, którą budował wokół siebie przez lata, ukazując człowieka zmęczonego stratami, wspomnieniami i nieustannym lękiem przed kolejną śmiercią. Daniel poczuł niemal fizyczny dyskomfort. Przez jedną krótką chwilę miał wrażenie, że spod wszystkich warstw cynizmu, chłodu, gniewu i zmęczenia wychyla się człowiek, którego od dawna uważał za martwego. Człowiek zdolny jeszcze do przywiązania. Do troski. Do zwykłego ludzkiego lęku przed stratą. To właśnie przestraszyło go najbardziej. Dlatego natychmiast cofnął ręce, odsuwając się o krok. Dlatego znów przywdział swoją chłodną maskę.
— Dbaj o siebie, bo chyba nie chciałbyś, żeby ta dwójka musiała grzebać kolejnego rodzica. — słowa wypowiedział niemal automatycznie, jakby starał się zatuszować wcześniejszą chwilę słabości. — Jesteś idiotą, Bashkin. I nie omieszkałbym wspomnieć o tym na twoim pogrzebie. O tym, jak bezmyślnie stąpasz przez życie.
Raz jeszcze omiótł Azelana wzrokiem.
— Przynajmniej teraz jakoś się prezentujesz. Może nawet dałbyś radę kogoś oszukać, że nie brakuje ci piątej klepki. — przewrócił oczami. — Babka i tak już ledwo widzi, może nawet nam uwierzy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz