— Nie, nie płacz, kheerkhen. Już nie boli. Już nie.
Łzy, których nie zdążył w porę powstrzymać, a które zbierały się w siwej tęczówce, odkąd złapał za zimny metal skalpela, spłynęły po zaczerwienionych polikach haruspika, wydrążyły w skórze wilgotne, skrzące w świetle łuczywa rowki i zakończyły swą wędrówkę – ten przykrótki, pozbawiony celu żywot – na chropowatej powierzchni kamienia, tuż przy świeżych plamach krwi, rozkrajanych mięśniach i odkrytym, z wolna tracącym swe kolory, biodrze. Unosząca się w powietrzu dłoń – drżąca, blada i nieustannie pozbawiana sił, zakołysała się niepewnie nad jego twarzą, zatoczyła koło wokół dobrze znanych sobie rys i spoczęła nieopodal prawej skroni, opuszkami palców próbując pozbyć się wciąż napływających do jasnoszarych oczu łez. Azelanowy uścisk wokół skalpela złagodniał, a gorąc plamiącej skórę krwi wydawał się zelżeć, z nagła mrozić, wpijać w palce nieprzyjemne igiełki zimna, jakby wszystko już dawno umarło, pożegnało ciepło życia, spoczęło pod ziemią i poddało się nieuchronnie nadchodzącemu z czasem rozkładowi. A przecież wciąż słyszał jej głos. Wciąż spoglądał w walczące z bólem oczy, wciąż czuł pod palcami gasnący powoli puls i cały czas, echem odbijający się od kamiennych ścian ubojni, słyszał jej ciepły, pozbawiony strachu głos.
— Dlaczego oni to robią? — załkała w półszepcie, czując, jak ostrze lancetu przecina kolejne tkanki jej ciała. — Dlaczego budują tak nieznośne miasta? Ziemia nie chce tego miasta. Ono ją zabija, emshen. Zabija ją i nas.
Wolną, lecz wciąż pokrytą grubą warstwą krzepnącej krwi, dłonią, przesunął po własnym gardle, pewien, iż ugrzęzły weń oddech pozbawi go przytomności, ugnie kolana pod ciężarem reszty ciała, pchnie w stronę kamienia i ułoży tam, tuż obok niej, zabierając ze sobą nie tylko życie drgającej w ostatnich spazmach swego istnienia kobiety, ale również to jego – przebrzydłe, pozbawione miłości, splamione krwią. Gdyby tylko mógł wyrwać ze swej piersi serce, gdyby był tylko pewien, że trafi ono pod jej żebra, rozciętą skórę i raz jeszcze ociepli jej skórę kolorem.
Nie, twoje serce dawno przegniło, yargachinie. Przesiąknęło chorobą, wchłonęło arogancję i zimno kamiennych murów miast. Dlaczego nas nie obronisz, yargachinie? Dlaczego nas porzuciłeś i pozwoliłeś, by wydzierali nam z rąk to, co zawsze do nas należało? Nie, nigdy nie będziesz jak swój ojciec, yargachinie. I nigdy już nie będziesz jednym z nas. Nie zaznasz ciepła, miłości, nie zaznasz łaski stepów i łąk. Nie pozostało już z ciebie nic. Jedyna wyzuta, pozbawiona uczucia powłoka. Rzeźnik, rozpruwacz. Tak, wiesz jedynie, jak niszczyć, jak rozrywać. Już nigdy nie uleczysz siebie ani nas. I nie uleczysz tego miasta. To właśnie jej gniew, yargachinie. Poczuj jej gniew.
Boddho, błagam, nie. Nigdy nie chciałem zabijać. Nie pozwól, bym zabił ją też.
— Nie martw się, już nic nie czuję, kheerkhen. Jesteś yargachinem. To, co rozcina twoje ostrze, nie jest ciałem. Nie, kreślisz jedynie pustkę, Przeznaczoną Linię. A wszystko, co czynisz, czynisz właściwie. Jesteś już blisko... Wkrótce staniemy się z tobą całością. Kharanghe. Kochamy cię, yargachinie. I ja cię kocham. Zawsze kochałam.
Ciężar jej słów zatoczył się wokół sylwetki haruspika, wchłonął w powietrze niczym miazmaty śmiertelnej choroby i ułożył na umęczonych chirurga ramionach, objął powstrzymującą wydech gardziel, wraz ze sobą ściągając go w dół, ku zimnej, twardej posadzce i spływającej w wydrążonych w kamieniu ścieżkach posoki. Ostrze zakrwawionego narzędzia opuściło jej ciało, dłoń mężczyzny wylądowała na chropowatej powierzchni głazu, tuż przy umalowanym brunatną glinką poliku. Poczuł, jak nieprzyjemny dreszcz wspina się po wystających kosteczkach jego własnego kręgosłupa, jak gęste powietrze ciemnego pomieszczenia mami jego zmysły, jak pogrywa z pozbawionym snu umysłem i jak zapach rozcinanych mięśni przedziera się przez jego skórę i niepokoi pusty żołądek, przyprawiając haruspika o mdłości. A przecież nigdy wcześniej nie obawiał się widoku krwi.
Nie, nie mogę, pomyślał, łapiąc za jej dłoń, wciąż nie mogąc zdobyć się na to, by wydobyć z siebie tych kilka, nic nieznaczących słów. Nie mogę dalej. Nie potrafię. Przykro mi, Narana. Tak bardzo mi przykro. Zawiodłem cię. Zawiodłem was. Mieliście rację, mówiąc, że nigdy nie będę moim ojcem. On by do tego nie dopuścił. Nie pozwoliłby, byś umierała na marne. Nie pozwoliłby, byś cierpiała. Tak bardzo nie chcę, żebyś cierpiała. Przepraszam, że nigdy nie byłem wystarczająco dobry, by cię uratować. Przepraszam, że mi zaufałaś. Przepraszam, że kiedykolwiek mnie pokochałaś. Przepraszam, że się o nas dowiedzieli. Przepraszam, tak bardzo przepraszam.
Był pewien, że powinna go nienawidzić. Tak, byłoby znacznie łatwiej, gdyby teraz, w ciemnym zaułku pomieszczenia i w otoczeniu obserwujących ich z cieni sylwetek nieznajomych, w jej spojrzeniu dostrzegał wyłącznie złość. Narana jednak nigdy nie wydawała się zaznajomiona z pojęciem gniewu. Umierając pod dotykiem swego kochanka, w zgodzie z narzuconym jej losem i konsekwencjami własnych czynów, do końca promieniała ciepłem i życzliwością, których nigdy nie był w stanie odnaleźć w samym sobie. Resztkami sił muskając jego polik, dotykiem wątłych paluszków zapamiętując wszystkie rysy i niedoskonałości, które postanowiła zabrać ze sobą do grobu. Przecież zawsze była od niego lepsza. Jak wschodzące nad linią stepów słońce.
Yamar berkhe basaghan bai, powiedział, gdy po latach w stolicy raz jeszcze ujrzał cień jej, odznaczającego się na tle ogniska, tańca. Nawet gdybym chciał, nigdy nie potrafiłbym o tobie zapomnieć.
— Nie smuć się, proszę. Nie boję się śmierci. Tiimel daa, kheerkhen. Tiimel daa.
Światło łuczyw zatańczyło w brązowych tęczówkach kobiety, zakołysało się niebezpiecznie w utkwionych pod powiekami łzach i zgasło nagle, gwałtownie, pozostawiając za sobą jedynie czarną, ziejącą zimnem pustkę oraz matową powierzchnię pozbawionych życia oczu. Dopiero teraz, gdy jej ciało zamarło, a skórę objął chłód, usłyszał, jak z jego gardła wydziera się niekontrolowany, głośny szloch. Świat wokół zastygł w bezruchu, cienie urosły i zjadły przestrzeń pomiędzy nimi, zaczęły pożerać również go, odbierając czucie w nogach, w dłoniach, wpijając się w serce i ciężkim uściskiem oplatając się wokół pozbawionych powietrza płuc. Zimny metal bistru wypadł spomiędzy palców haruspika, odbił się od twardej powierzchni kamiennego ołtarza i upadł na ziemię – wprost do kałuży krwi, którą przed chwilą upuścił.
Ona jest Córką Boddho. Ty jesteś tylko rzeźnikiem. Przecież wiesz, co to oznacza.
— Tato! — pisk Mavki rozniósł się na wszystkie kąty ciasno umeblowanej kuchni, wreszcie zwracając na siebie uwagę nie tylko starszego brata, ale również stojącego przy kuchennym blacie Azelana. Spojrzenie Bashkina pospiesznie powędrowało w stronę zaczerwienionej ze złości twarzy dziewczynki, by po chwili, w lekkiej ostateczności i zrezygnowaniu, zatrzymało się na własnych jego, pozbawionych odpowiedniego narzędzia, dłoniach. Nóż, którym jeszcze przed chwilą kroił rzodkiewkę na kanapki dla dzieciaków i wokół którego wydawał się twardo splatać palce, leżał teraz na starej, wydłubanej płycie szafek. Nie pamiętał, kiedy wypuścił go z rąk. — Nie słuchasz, co się do ciebie mówi!
— Stary niedźwiedź mocno śpi — mruknął Spytko, po czym ciężko westchnął, przewrócił oczami i wziął do buzi masywny kęs suchej bułki. Bashkin zmierzył go niezadowolonym spojrzeniem.
— Wcale, że nie śpię, młody mądralo. — Talerz ze schludnie pokrojonymi warzywami oraz plasterkami sera wylądował w dłoniach Azelana, by po chwili znaleźć się wreszcie na wyłożonym gumową matą stole. Lekarz przysunął półmisek w stronę, trzymającego w dłoni pieczywo, chłopca, Spytko uniósł w niemym pytaniu brew. — I nie jedz suchej bułki. Przecież możesz chwilę poczekać, aż wszystko będzie gotowe. Potem będziecie opowiadać w szkole, że ojciec was gołymi skibkami karmi.
Chłopiec wzruszył ramionami.
— Gdyby to była chwila, to byłoby dobrze.
— I nic nie słuchałeś!
Ignorowana nieustannie Mavka zacisnęła mocno rączki wokół trzymanych właśnie sztućców i próbując przebić się przez dyskusję starszych od niej domowników, wdrapała się gołymi stopami na krzesło, a znalazłszy się wreszcie na wysokości oczu swego opiekuna, wypięła dumnie pierś. Azelan powstrzymał budujące się gdzieś pod żebrami rozbawienie, wziął głęboki wdech i usadowiwszy się przy stole z całą resztą domostwa, posłał swojej podopiecznej ciepły, pełen ojcowskiej czułości uśmiech.
— Masz rację, Mavka, nie słuchałem. Przepraszam. Co takiego chciałaś mi powiedzieć?
— Że chcę ci wybrać krawat — odparła w tonie przesiąkniętym teatralnym oburzeniem, po czym zsunęła się wreszcie po oparciu drewnianego siedziska, wygodnie rozsiadając się przy kuchennym, dzielonym z bratem i ojczulkiem, stole. Uniosła wysoko podbródek niczym zasiadająca do kolacji księżniczka. Nie przejmując się jednak całą resztą konwenansów, sięgnęła po plasterek sera gołymi, nieumytymi paluszkami. — Na tę imprezę. Musisz się dobrze prezentować, żebyś przypadkiem wstydu nam nie narobił. No, i sobie. I koledze. A ja wybiorę najpiękniejszy krawat. A jak będą nudne, to sama jakiś udekoruję, dobrze? Żeby był ładny, elegancki i w ogóle.
Danielowi się to nie spodoba, pomyślał, nie odwracając spojrzenia od zajadającej się kanapkami Maveczki, cały czas obdarowując dziewczynkę szerokim, serdecznym uśmiechem. Z aprobatą pokiwał jednak głową, oparł podbródek o otwartą dłoń.
— Nie widzę żadnych przeszkód, maludo. I myślę też, że to bardzo dobry pomysł. Wtedy będę miał chociaż pewność, że nikt nie będzie miał takiego krawata, jak ja.
— Właśnie — Mavka kiwnęła głową, wsadziła do buzi resztkę trzymanego w rączkach chleba. — Będzie w takim razie bardzo kolorowy i wesoły. Jak tatko miś.
Wyprostowany jak strzała Spytko rzucił siostrze wścibskie i pełne niezgody spojrzenie. To wystarczyło, by Azelan domyślił się, iż tę dwójkę czeka właśnie bardzo zawzięta i ciągnącą się całą kolację, dyskusja.
— Chyba coś ci się pomyliło. Jeśli chcesz, żeby był jak on, to powinien być duży, zmechacony, szary i smutny, przetyrany przez życie. A jeśli planujesz dokleić do niego ruchome oczy, to nie zapomnij przypadkiem o podkówkach!
— No, chyba w ogóle tatka nie znasz…
— Jestem tutaj.
— …bo wymyślasz głupio. I jesteś niemiły, jak zawsze! Shudkher en tenegh!
Azelan wtrącił się na moment, lecz słowa jego puszczono mimo uszu.
— Hej, przy stole tak nie mówimy. W ogóle tak brzydko nie mówimy.
— I co się popisujesz, smarkulo! Co, myślisz, że wrócimy jeszcze kiedyś na stepy i że nas przyjmą, a z ciebie zrobią kolejną tancereczkę? Nie udawaj kogoś, kim nigdy nie byłaś i nigdy nie będziesz. Zresztą, to jest niepo… niepoprawne kulturowo. Prawda, Bashkin?
— Nie słuchaj go! On kłamie, Spytko mnie nienawidzi! I śmierdzi. Tato, powiedz mu coś!
Azelan westchnął i wzruszył ramionami, pomimo próśb Mavki o odpowiednim się wstawieniu, nie mogąc przebić się przez ścianę padających nad stołem obelg. Nawet jednak narastający w pomieszczeniu harmider oraz coraz to głupsze i wymyślane przez dwójkę pociech odzywki, nie były w stanie spłoszyć z azelanowej twarzy utrzymującego się wciąż na swoim miejscu uśmiechu.
Kłótnia rodzeństwa, choć wydawała się wypełniać każdy kąt ich niewielkiego mieszkania, zamieniła się wreszcie w grubą ścianę niezrozumiałego szumu i zaległa gdzieś na tyle umysłu Bashkina, tworząc jedynie pogłos dla ciepła domowego ogniska – miejsca pełnego życia i pełnego miłości; miejsca, które wydawał się dawno już utracić. Starszy Bashkin, choć nie zdołał pożegnać się z synem, zanim tocząca Karymsk choroba zabrała również i go, nie pozwolił, by Azelan pozostał z niczym. I choć spadek w postaci zmiętolonej kartki ze starannie zapisaną listą imion w pierwszej chwili wydawał się nie mieć dla lekarza sensu, potrzebował czasu, by zrozumieć, że to, co pozostawił mu ojciec to miłość. Ludzie i miłość.
Wiedziałem, że nie mają racji, pomyślał, odcinając się od otaczającego go harmideru, a chłonąc obecność siedzącej nieopodal dwójki. Nigdy nie zapomniałem, jak to jest kochać.
Dziewczynka zeskoczyła sprawnie z drewnianego ganku, przebiegła boso przez zarośnięte długą trawą podwórko i gdy Bashkin wraz z gościem przedarli się przez starą, rdzewiejącą bramę, wpadła pospiesznie w azelanowe ramiona, drobną buźkę chowając w ramieniu opiekuna, a dłonie zaciskając na cienkim materiale sztruksowej kurtki. Nie od razu spostrzegła kryjącą się za jej ojcem sylwetkę i nie od razu odczuła, jak przeszywający, surowy wzrok wdziera się niemal w jej duszę, wprost do umysłu, zupełnie jakby zechciał jak najszybciej pozbawić jej tej krótkiej chwili radości i ciepła. Zbyt zajęta czułym powitaniem, pochłonięta szczęściem związanym z powrotu Azelana do domu, przez krótki moment nie interesowało ją nic, co nie było związane z nią i resztą, tak dobrze znanych jej, domowników.
Od Azelana oderwała się dopiero po zawsze wymaganym całusie w czółko i poklepaniu po ramieniu. Gdy zrobiła krok w tył i euforia krótkiego przywitania opuściła przestrzeń między ojcem a córką, zwróciła spojrzenie swych małych, zimnych oczek na tego, który od chwili wyraźnie oczekiwał po dwójce obecnych dzieciaków odnotowania jego obecności. Bashkin nie zdążył nawet całkowicie podnieść się z kucek, a malutka dłoń dziewczynki zacisnęła się mocno na nogawce jego spodni, nie odwracając uniesionej głowy od bladej twarzy azelanowego towarzysza.
— Kto to jest? — wysyczała przez zęby tonem tak zimnym, iż jej słowa zdawały się nie tylko przebić się ostrzem przez twardą powłokę Dworakowskiego, ale i stojących nieopodal Spytka i jej nieocenionego opiekuna.
Azelana przeszedł nieprzyjemny dreszcz.
Daniel zaś, nie do końca Mavki słowami poruszony, uniósł w zaciekawieniu brew.
— A więc nie pamiętasz, jak trzy lata temu twój ojciec kazał mi się na moment wami zająć i jak w tym właśnie czasie postanowiłaś zniknąć i wdrapać się na stojącą nieopodal wieżę ciśnień, tak? Jak musiałem opowiadać ci niestworzone historie, byś pozwoliła mi wreszcie zobaczyć się z waszym, jak wy go wtedy nazywaliście, Niedźwiedziem? — Bashkin poczuł na swojej sylwetce nieprzyjemny chłód danielowego spojrzenia. — Cóż, trudno. Lekarz medycyny ogólnej i chirurg Daniel Dworakowski, do usług.
— Naprawdę będziesz wypominać dziecku, że nie pamięta osoby z czasów, o których zupełnie wolałoby zapomnieć? — Siwe tęczówki Azelana łysnęły niebezpiecznie pod popołudniowym słońcem, gdy w obronnym geście ułożył na czarnej czuprynie Mavki dłoń, a Daniela potraktował dzikim łypnięciem. Stąpasz po cienkim lodzie, Dworakowski, pomyślał, na krok nie odstępując równie niezadowolonej dziewczynki. — Pamiętaj, że jesteś w moim domu, erdem. Nie zmuszaj mnie do tego, bym cię stąd wyrzucał.
Daniel przewrócił jedynie oczami, od niechcenia minął stojącą przed nim dwójkę. Jak wielkie pokłady arogancji i wybujałego ego mogły mieścić się w tym niewysokim dość ciałku oraz przesiąkniętej sobą głowie, mógł wiedzieć tylko ten, który ów ciała i głowy miał się okazać właścicielem.
— Nie jestem tutaj, żeby się z tobą kłócić, Bashkin. Wiesz, że jedyne, na czym mi zależy, to wybór odpowiednich dla ciebie ubrań. Nic więcej. Dlatego zróbmy to, co do nas należy i miejmy to już z głowy. Prowadź.
Westchnąwszy głęboko i poprawiwszy na ramieniu wpijający się w skórę pasek rzemiennej teczki, ruszył wreszcie przed siebie i pewnym krokiem wspiął się na ganek, przy okazji zaprowadzając Maveczkę do domu i witając się w zalęgłym w otwartych szeroko drzwiach Spytkiem. Spytko odpowiedział bez entuzjazmu. Wciąż uchowany w cieniu, wyraźnie bardziej zainteresowany był obserwowaniem niezapowiedzianego wcześniej gościa, niżeli zbędnymi konwenansami i zwykłą, rodzinną życzliwością.
Skromna sypialnia Bashkina była przedostatnim pomieszczeniem w ciągu zamykających się w nieskończoną pętlę i tworzących ów niewielkie, swojskie domostwo, pokoi. Nim więc przekroczyli próg odpowiedniego alkierzu, wolnym krokiem przedarli się przez wyklejony starą, zieloną tapetą wiatrołap, połączoną z jadalnią kuchnię i, zagracony przestarzałymi witrynkami oraz meblościanką, dzienny pokój, do którego – dzięki wysuniętemu na zachód okienku – wdzierała się właśnie pomarańczowa poświata zachodzącego z wolna słońca. Mavka zatrzymała się w skrzypiącej framudze drzwi, odmawiając wejścia do pokoju swojego opiekuna, a Spytko, ostrożnie śledzący spojrzeniem niespodziewanego ich gościa, zerkał w stronę Dworakowskiego i Bashkina, niechętnie wychylając się zza odrapanej ściany głównego saloniku.
— Tutaj — Azelan wskazał wyprostowaną ręką na ustawioną w kącie szafę, samemu pozbywając się wreszcie z ramion ciężaru pękającej w szwach torby i, w doskonale dostrzegalnym w jego spojrzeniu zrezygnowaniu, usiadł na skraju łóżka, obserwując, jak Daniel pewnym krokiem przedostaje się przez zalegający na podłodze bałagan, by zaraz sprawnie poradzić sobie z drewnianymi drzwiczkami i zatrzymać wzrok na obfitującej w szarości garderobę. Bashkin westchnął ciężko, oparł głowę o twardy, płytowy zagłówek. Wiedział bowiem, że jakiekolwiek dyskusje i próby wtrącenia własnych trzech groszy w przypadku Dworakowskiego nie miały żadnego, najmniejszego sensu. — Nie krępuj się.
Na krótką chwilę w pokoju zapanowała ciężka, nieprzyjemna cisza.
— Bogowie, Bashkin — Daniel pokręcił głową, łypnął rozczarowaną tęczówką w stronę Azelana. — Czy ty kiedykolwiek chodzisz na zakupy? Czy kiedykolwiek ubierasz na siebie coś, co nie jest tymi wymiętolonymi, zmechaconymi swetrami? Wiedziałem, że nie powinienem za wiele się po tobie spodziewać, jednak to — wskazał palcem na zapchane ubraniami półeczki — przechodzi ludzkie pojęcie. Jeśli faktycznie zależy ci na zostaniu pełnoprawnym lekarzem, powinieneś nauczyć się wreszcie jako tako prezentować.
Nie mam na to dzisiaj cierpliwości, pomyślał Azelan i pokręcił obojętnie głową.
— Miałeś przyjść, zobaczyć i ocenić. O komentowaniu nie było mowy. Im szybciej zrobisz to, co do ciebie należy, tym szybciej będziemy mogli się wreszcie dzisiaj rozejść.
Azelan dostrzegł na twarzy swojego gościa niepohamowaną chęć dalszego dyskutowania, pchania naprzód swoich racji, nieznośnego przekomarzania się i rzucania w jego stronę dalszych, degradujących zwrotów oraz pojęć, lecz nim jakakolwiek złośliwa formułka wepchnęła się na danielowe usta, ten w porę zdołał ugryźć się w język i powstrzymać słowa, które szybko mogły doprowadzić do bardzo głośnej i burzliwej kłótni. Daniel machnął od niechcenia dłonią, znów obrócił się w stronę szafy i w wyraźnym poddenerwowaniu zaczął wyrzucać z niej ubrania, które jakkolwiek mogły nadawać się na ważną, rodzinną uroczystość. Wszystkie jakimś cudem lądowały w rękach Azelana.
— Obawiam się, że nic lepszego nie uda nam się z tego sklecić. — Pęk związanych w mało schludny węzeł krawatów wylądował w dłoniach Dworakowskiego, wyblakłym materiałem spływając pomiędzy jego palcami. Daniel złapał za bordowe, przyozdobione delikatną, nierzucająca się w oczy kratą, ostrze, silnym szarpnięciem wyrwał je z plątaniny reszty materiałów i rzucił je w stronę drugiego lekarza. — Ten. Powinienem u siebie w szafie znaleźć coś wystarczająco podobnego i pasującego.
— Ten jest brzydki — niezadowolony głos stojącej wciąż w drzwiach Mavki rozniósł się na wszystkie strony pokoju, tym samym zwracając na siebie uwagę ojca i nieodstępującego szafy gościa. Daniel zmierzył dziewczynkę ponurym spojrzeniem. — Tata powiedział, że sama mogę wybrać krawat, a ten mi się nie podoba.
— Na całe szczęście ja nie jestem twoim ojcem i niczego ci nie obiecywałem — Dworakowski odszczeknął z typową dla siebie jadowitością, zamykając wreszcie przestarzałe drzwi szafy i zrobił kilka kroków w stronę Mavki, cały czas nie ściągając z córki Bashkina swego zimnego, przenikliwego spojrzenia. Blada dłoń Daniela złapała wreszcie za emaliowaną klamkę, palce lekarza zacisnęły się mocno wokół pokreślonego niedoskonałościami metalu. — A teraz przepraszam, ale nie potrzebuję komentarzy osób trzecich.
Huk zamykanych drzwi przebił się przez wszystkie ściany domostwa, wydostając się również na zewnątrz, a Mavka, wpatrzona w zaskoczeniu w odrapaną powierzchnię zamkniętych drzwi, wydobyła z siebie głośny, pełen niezadowolenia, pisk. Bashkin westchnął, zerknął w bezsilności na Daniela. Mógł mieć jedynie nadzieję, iż aktualna wrzawa nie dotarła również do uszu otaczających jego dom sąsiadów.
— Masz okropnie niewychowane dzieci, Bashkin.
Azelan przewrócił oczami.
— Być może to dlatego, że wychowuję je od trzech lat, nie trzynastu. I dlatego, że przede mną nie miały nikogo, kto mógłby im pokazać, jak właściwie powinny się zachowywać.
Oczy Daniela zalśniły niebezpiecznie pod światłem wpadającego przez okno słońca, zupełnie jakby słowa Azelana ten jeden, jedyny raz, przebiły się przez mieszaninę kotłujących się myśli i twardą ścianę wybujałego ego, uruchamiając w głowie drugiego z doktorów trybiki, o których istnieniu on sam nie miał wcześniej pojęcia. Ułuda ów obrazu zniknęła jednak równie szybko, jak się pojawiła, gdy Daniel wzruszył wreszcie ramionami i pokręcił głową. Ewidentnie sam nie miał zamiaru dłużej ciągnąć tego tematu. Azelan był mu za to niewiarygodnie wdzięczny.
— Nieważne. Przymierz to, co ci wybrałem, proszę. Muszę wiedzieć, jak w tym wyglądasz i czy jakkolwiek dobrze się prezentujesz.
Bez dalszych protestów dłonie Azelana powędrowały do materiału siwego swetra, razem z nim łapiąc również za znajdujący się pod spodem podkoszulek. Nim jednak zdołał całkowicie pozbyć się z siebie górnej partii ubrań, Daniel wrzasnął i schował się w ciemnym kącie azelanowego pokoju.
— Bogowie, czyś ty oszalał?! — krzyknął, cały czas nie odwracając spojrzenia w stronę Bashkina. — Do reszty postradałeś zmysły?!
Azelan z powrotem wciągnął na siebie szarą koszulkę, w niepewności zmierzył sylwetkę Dworakowskiego.
— O co znów ci chodzi, oynon?
— O co- O co mi chodzi?! To nie ja wpadłem na pomysł, by rozbierać się przy ludziach, których ledwo znam i których jeszcze gorzej znoszę. Idź, błagam, do łazienki. W tej chwili! I skorzystaj z niej jak każdy wychowany i cywilizowany człowiek. Po prostu nie wierzę, nie mam słów. Naprawdę testujesz moją cierpliwość, Bashkin. Beznadziejny z ciebie przypadek.
Azelan wstał bez słowa z łóżka, zgarniając przy okazji wybraną przez Daniela koszulę, marynarkę, krawat oraz spodnie i ruszył w stronę zamkniętych drzwi własnej sypialni. Jak cywilizowany człowiek, khonzonne, pomyślał, łapiąc za rdzewiejącą klamkę. Czy ten pomyleniec nigdy nie słyszał o zamyśle męskiej szatni?
Bashkin zniknął za drzwiami, do łazienki odprowadzany niezadowolonymi komentarzami Mavki.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz