Zapewniwszy nieodstępującą go Mavkę o rychło nadchodzącym pożegnaniu z nie do końca chcianym i serdecznym gościem oraz poprosiwszy Spytka, by na moment zajął młodszą siostrę czymkolwiek, co nie wiązałoby się z siedzeniem pod drzwiami sypialni i wyczekiwaniem kolejnej interakcji z Dworakowskim, powlókł wolnym krokiem w stronę łazienki, po drodze zapalając światła w kolejnych mijanych i z wolna pochłanianych przez ciemności nadchodzącego wieczoru, pokojach. Przeszedłszy przez salon i kuchnię, wykręcił w stronę wąskich, niewielkich drzwi, przekroczył nieco nadto wystający, niedbale maźnięty białą farbą próg i wziął głęboki wdech, przy okazji zamykając za sobą drzwi, by w klaustrofobicznej, małej łazience pozostać wyłącznie z własnym odbiciem i krążącymi pod blond czupryną myślami.
W pomieszczeniu zaległa ciężka, nieprzyjemna cisza. Niedbale rzucił wybrane przez Daniela ubrania na emaliowaną pokrywę frani, złapał za materiał siwego podkoszulka. Nim zdążył jednak przełożyć go przez głowę i ułożyć na skraju nigdy niezabudowanej wanny, blask zachodzącego słońca wdarł się do środka przez niewielki lufcik, odbił od powierzchni czerniejącego już lusterka, zwrócił na siebie uwagę lekarza i zmusił go do odwrócenia spojrzenia wprost na swe własne, marne i rozmywające się pod licznymi zarysowaniami, odbicie.
Najpierw zauważył malujące się pod oczami przebarwienia. Głęboki, siny fiolet wżarł się w skórę nad polikami, brutalnie wdarł w pory i rozlał asymetrycznym półokręgiem, składając się na ów pełen, odbijany w lustrze, obraz rozpaczy. Kąciki ust opadały mimowolnie w dół, zupełnie jakby ich niestworzony ciężar nie chciał dopuścić do ułożenia się warg w ciepłym, pełnym czułości uśmiechu, kości twarzy i naciągana na nich skóra eksponowała tworzące się we wklęsłościach cienie, a wgryzająca się w cerę szarość pozbawiała lico kolorów, odbierała mu blask, pozostawiając za sobą jedynie matowy cień porzuconego gdzieś w przeszłości człowieka. Azelan przeklął pod nosem i pomimo wdzierającego się do tęczówek łyskania promieni zachodzącego słońca, odwrócił spojrzenie, zbyt zmęczony odbiciem kogoś, kogo od dawna wydawał się już nie rozpoznawać.
Nie pamiętał dłużej czasu, w którym nie odczuwał obecności osiadającego się na ramionach zmęczenia. Nie pamiętał, kiedy ostatnio pozwolił sobie na osiem godzin nieprzerwanego snu, kiedy mógł się zadowolić pełnoprawnym – nieskładającym się na pozostawione przez dzieciaki ochłapy – posiłkiem i kiedy nie dostrzegał w swoim cieniu rozrastającej się bytności obowiązku, nieustannie nakazującej mu brnąć dalej, dalej ile sił w pozbawionych dłużej werwy nogach, wprost w objęcia kolejnego zadania, wyznaczonego na załamującej się osi czasu celu. Zupełnie jakby nie pozostało już w nim nic z żywego człowieka, obracającej się w swym istnieniu osoby. Wyłącznie wyjedzona przez błędy przeszłości powłoka, po świecie tułająca się dzięki natarczywemu poczuciu winy i wiary, iż kiedyś, w przyszłości bliższej lub dalszej, zdoła ów błędy odkupić.
Jakże naiwny był, myśląc, że po tygodniach walki z wyniszczającą Karymsk oraz własne jego ciało chorobą, zdoła wrócić jeszcze do życia człowieka, którym zdawał się kiedyś być. Do spokojnych wieczorów wśród wysokich traw stepów, przyjemnego ciepła otaczającej go wspólnoty, wzajemnego zrozumienia i towarzystwa tych, którym ufał i za których gotów był w każdej chwili wskoczyć pomiędzy gorejące języki niszczycielskiej siły ognia. Pełzająca po ciemnych, brukowanych uliczkach zaraza nie pozostawiła jednak za sobą nic, do czego mógłby kiedykolwiek obrócić wytęsknione dłonie. Rodzinę oraz przyjaciół wydarła brutalnie z rąk, sumienie splamiła ropą i krwią, nazwisko wymazała z umysłów ocalałych, a miasto – jego mały, zapomniany przez świat kawałek rodzinnego domu – przeżarła na wylot i na wskroś, ulice pozostawiając puste, mieszkania opuszczone, a ludzi zamieniając w pozbawione nadziei i kochania wydmuszki.
Z tyłu azelanowego umysłu zaświtało gdzieś niewyraźne wspomnienie stojącego nad grobem ich wspólnej przyjaciółki Ravida. Nic tu po nas, powiedział, nie odwracając spojrzenia od świeżo usypanej i zbierającej padający deszcz ziemi. Nic, Bashkin. To miasto to wyschnięta skorupa. Bez twojego ojca, bez niej… Nic nas już tu dłużej nie trzyma. Nikt nas tu dłużej nie chce. Dom stał się nagle tak bardzo obcym i odległym miejscem, nie uważasz?
Ravid zmarł dwa dni później. Nie przez chorobę, lecz głodny, wyniszczony zniewoleniem i zmęczony niekompetentną władzą, lud.
Jak więc wrócić do życia sprzed tak wielkiej tragedii, podczas której każdą cząsteczkę siebie – swego marnego, nieodznaczonego niczym szczególnym istnienia i zakończonego na porażce żywota – oddało się innym, nigdy nie otrzymując nic w zamian i samemu pozostając z przeżartymi przez nienawiść i gniew okruszkami?
Azelan pokręcił głową, w budującej się pod żebrami złości złapał gwałtownie za materiał białej koszuli. Nie zasługiwał na taki koniec. Nie zasługiwał na rzucane w jego stronę obelgi, nie zasługiwał na przepełnione wyrzutami spojrzenia i nie zasługiwał na istnienie w cieniu człowieka, któremu nigdy nie potrafił dorównać. Poświęcił temu miastu wszystko, co miał i jeszcze więcej, tylko by trzy lata później zdecydować się na ucieczkę z przykrą świadomością, iż nie ma tam dłużej dla niego miejsca.
Z łazienki wyszedł po chwili znacznie dłuższej, niż wymagałaby tego szybka zmiana ubrań. Mavka, z niezadowoleniem siedząca przy stole i pilnowana przez brata, by zaraz przypadkiem nie wymsknęła się w stronę ojcowskiej sypialni, skrytykowała danielowe wybory, na dłużej zatrzymując się przy krawacie, który nijak miał się do jej własnych estetycznych walorów i dopiero gdy zakończyła otwartą swą naganę, jednym ruchem wyprostowanej ręki posłała Azelana z powrotem do pokoju oraz oczekującego jego powrotu gościa. Próg sypialni przekroczył z dobrze dostrzegalnym w opuszczonych ramionach zmęczeniem i cichą nadzieją, iż cały ten postawiony przez Daniela teatrzyk, dobiegnie wreszcie niedługo końca.
Nie spostrzegł, jak siedzi na skraju jego łóżka. Nie spostrzegł nawet tych kilku, przydługich sekund wyczekiwania, podczas których Daniel wydawał się zawzięcie walczyć z jakąś obcą, niewygodną myślą, nim zdecydował podnieść się wreszcie z miejsca i obdarować Bashkina krytycznym spojrzeniem swych ciemnych, głębokich tęczówek. Zignorował kolejne, stawiane przez Dworakowskiego kroki i wdzierającą się w jego przestrzeń osobistą obecność. Dopiero oschłe brzmienie znajomego głosu wyrwało go z pogoni za kotłującymi się w głowie myślami.
— Ciekawe, brzmisz jakbyś poważnie wiedział, o czym tak naprawdę mówisz. Nie sądziłem, że masz tak wielkie doświadczenie w wychowywaniu dzieci, Danielu. Czyżby coś mnie przez te trzy ostatnie lata ominęło? — mruknął pod nosem i westchnął, pozwalając Danielowi na dalszą walkę z nieposłusznym krawatem. Kiedy dostrzegł jednak malujące się na twarzy Dworakowskiego niezadowolenie, zrezygnował z dalszych zjadliwości. — Myślę o tym każdego dnia, oynon. I każdego dnia boję się, że nie zdążę dać im wszystkiego, na co zasługują.
Powietrze między nimi zgęstniało. Nieznajoma i trudna do uchwycenia siła przesunęła się gdzieś między ich ciałami, brutalnie wpiła w ton i otoczenie, przedzierając się przez stawiane przez nich mury oraz zimne, wykute w lodzie maski, jednemu i drugiemu pozwalając na dostęp do skrzętnie ukrywanego wcześniej wnętrza. Spojrzenie Daniela złagodniało, a Azelan zadrżał pod dotykiem jego dłoni, gdy białe palce chirurga złapały za równie biały kołnierz koszuli, kciukami nieświadomie muskając azelanową szyję. Było w tym coś niemal intymnego – niepokojąco bliskiego i złożonego z cichej, ukrywanej przez lata, zażyłości. Zupełnie jakby w tej jednej, przykrótkiej chwili pozwolili sobie na wzajemne odkrywanie wnętrza siebie. Jakby i Bashkin, i Dworakowski udzielili cichej zgody na zapadnięcie się w cudzą krew i kości, wytęsknione żyły i obolałe mięśnie oraz jakby oboje mogli w każdej chwili zacząć pożerać się w pierwotnym, zwierzęcym, wynaturzonym niemalże głodzie – poczynając od środka; od ogniska wszystkich boleści, utrapień, win i zmęczenia. Od serca.
Azelan wziął głęboki wdech, czując narastające w piersi napięcie. Czy naprawdę był w stanie dostrzec w tych, tak doskonale znajomych, oczach, skrywany pierwiastek współczucia i troski? Czy człowiek, któremu dawniej powierzył dobrobyt swego domu i własne swoje życie, był wciąż w stanie wykrzesać z siebie ten nikły okruszek ciepła mimo wszystkich dzielących ich różnic i skrywanego gdzieś głęboko resentymentu?
Nie zdążył dokładnie przemyśleć kolejnych swoich słów. Pozwolił zwyczajnie im płynąć. Całkowicie rozproszyć atmosferę tęsknoty oraz zatroskania, przesunąć się po niezamkniętych na czas ustach i… płynąć.
— No, proszę. A więc pamiętasz jeszcze, jak mam na imię.
Tyle wystarczyło. Wystarczyło, by banieczka obcego ciepła rozprysła się niemo wokół ich sylwetek, z powrotem osadzając ich w szarej, zimnej rzeczywistości, by luki w murach załatano, a pęknięcia na maskach na powrót wyszlifowano, ukryto pod gęstą warstwą zaschniętej farby, kości i gliny. Daniel cofnął się o krok, Azelana zmierzył krytycznym i chłodnym spojrzeniem. Bashkin z powrotem znalazł się w pokoju z mężczyzną, który darzył go wyłącznie podłym obrzydzeniem i szczerą dozą jadowitej ignorancji.
Zignorował kolejne jego słowa, wzmiankę o pogrzebie wpuścił jednym, a wypuścił drugim uchem. Pochował w swym życiu tak wielu ważnych dla siebie ludzi, iż własny swój koniec uważał jedynie za nieuniknioną w owej tułaczce konieczność.
— Czy to tyle w takim razie? — zapytał po chwili, łapiąc pospiesznie za guziki wpijającej się w ramiona marynarki. Nigdy nie przepadał za krochmalonymi koszulami i sztywnymi kozerkami. — Nie zrozum mnie źle, bardzo cenię sobie twoje towarzystwo, jednak chciałbym również przypomnieć, że mamy już dziś za sobą dwanaście wspólnie spędzonych godzin. I choć tak, wiem, że trudno oprzeć się mojemu urokowi, myślę, że lepiej będzie, gdy wreszcie od siebie nieco odpoczniemy.
Daniel pokręcił głową i pospiesznie złapał za leżący na łóżku płaszcz.
— Mówisz to, jakbym chciał tutaj być, Bashkin. Doprawdy, jesteś nie do zniesienia.
— Dlatego tak bardzo cenisz sobie moje towarzystwo, oynon.
Spiesznym krokiem przemknęli przez salonik i okupowaną przez dzieci kuchnię, do samych drzwi wejściowych odprowadzani niezadowolonymi Mavki komentarzami i spojrzeniem – znacznie cichszego, lecz wyjątkowo spostrzegawczego – Spytka. Azelan złapał za stalową klamkę starych, skrzypiących drzwi, wyprowadził Daniela na betonowy ganek. Nim Dworakowski skierował się w stronę bramy i zniknął za najbliższym zakrętem, zatrzymał się na moment i obrócił w stronę drugiego z lekarzy, ostatni raz dzisiaj obdarowując Bashkina swym oceniającym, zimnym spojrzeniem.
— Po prostu… Nie narób mi wstydu, Bashkin. Błagam — westchnął ciężko, cały czas nie ruszając się z miejsca.
Azelan oparł ramię o framugę drzwi i uniósł brew w niemym pytaniu. Daniel najwyraźniej nie miał zamiaru kończyć ich spotkania bez wyczekiwanej wcześniej riposty, cały ten czas licząc na choćby najdrobniejszą, uszczypliwą ze strony Bashkina uwagę. Jak gdyby obaj od dawna wiedzieli, że żadna ich rozmowa nie potrafi dobiec końca bez niemądrej zaczepki i nerwowego, gniewnego poruszenia. Tym razem Azelan uznał jednak, że być może nadszedł już czas, by odstąpić od owej reguły. Choć raz pożegnać się bez złośliwości, bez podłej gry pozorów – w cichym porozumieniu i zwykłej, ludzkiej serdeczności.
— Dam z siebie wszystko. Przecież wiesz.
— Wiem.
Krótka odpowiedź Daniela długo pobrzmiewała jeszcze w azelanowym umyśle, nawet gdy on sam rozpłynął się już w cieniach nadchodzącego uporczywie wieczoru.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz