Trochę nie pojmował sposobu, w jaki członkowie obozu składali swoje modły. Wszystkie te gorliwe śpiewy, pieśni i głośne prośby przyprawiały go o dreszcze. Nigdy w całym swoim długim życiu nie spotkał się z czymś podobnym. Cóż, wprawdzie nie spędził w świecie śmiertelników zbyt wiele czasu, stąd nie miał pojęcia, jak tutaj wyraża się uwielbienie bóstwom, to jednak miał porównanie, jak wyglądało to z drugiej strony. Modlitwy do jego mistrza składane były w ciszy. Wierni palili kadzidła i w czasie ich wypalania, błagali bóstwo burzy o to, czego pragnęli najbardziej. Ale to, czy Yunru Lei ich wysłuchał, było znacznie odmienną kwestią.
Song Ana ciekawiła też kwestia tej tajemniczej ofiary. Czy wyznawcy boga czasu również składają mu kadzidła? W końcu wyglądało na to, że całkiem lubił ogień. Brzmiało to więc bardzo prawdopodobnie. Chyba, że ofiarą po części było spalenie połowy obozu. Może właśnie to go radowało. Kto wie. Każde bóstwo ma swoje dziwactwa. Nie Song Anowi było to jednak oceniać.
W każdym razie czuł, że nieważne, jak wyglądają modlitwy śmiertelników, dołączenie do nich byłoby z jego strony dość nielojalne. Chociaż wprawdzie on właściwie nie miał najmniejszego wyboru swojego bóstwa, ponieważ już pojawił się na świecie z określoną wiarą, nigdy nie narzekał, że padło akurat na boga burzy. Podziwiał swojego mistrza i bardzo go cenił, więc nawet nie przeszło mu przez głowę, aby zacząć modlić się do innego nieśmiertelnego. Dlatego też poczuł ulgę, gdy Yonki zaproponował spacer po lesie. Wszyscy byli tacy zaaferowani składaniem hołdu, że na pewno nie zauważą ich zniknięcia!
Nie tracąc więc chwili, przecisnęli się przez pochłonięty modłami tłum wyznawców boga czasu, ominęli nadpalone namioty, a następnie w ciszy opuścili teren obozu. Nikt ich nie zatrzymał, a nawet nie spojrzał w ich kierunku.
Song An i Yonki wspólnie oddalili się w stronę leśnego gąszczu, aż w końcu pieśni modlitewne prawie wcale nie były już przez nich słyszalne. Wkrótce ogarnęła ich cisza budzącego się po nocy lasu. Dopiero jakiś czas później cieszące się porankiem pierwsze ptaki zaczynały wesoło ćwierkać.
Pomysł przyrządzenia dżemu bardzo się Song Anowi podobał. Nigdy wcześniej nie robił czegoś podobnego. Cieszył się więc, że Yonki posiada odpowiednie doświadczenie. Czuł, że dzięki nowemu przyjacielowi da radę nauczyć się wielu wcześniej nieznanych, przydatnych rzeczy! Gdy wróci do swojego mistrza, może pochwali się umiejętność robienia przetworów z owoców? Yunru Lei na pewno ucieszyłby się z domowego dżemu!
Wkrótce ich oczom ukazał się krzak z jagodami. Song An nie mógł uwierzyć w ich szczęście! Właśnie czegoś takiego szukali! Owoce były okrągłe i czerwone, lśniły zroszone poranną rosą. Wyglądały naprawdę smakowicie!
Zdjęli swoje szaty obozowe i zaczęli ochoczo zbierać do nich jagody. Song An chciał zdobyć ich jak najwięcej, więc wytrwale wypychał nimi kieszenie oraz kaptur. I mimo całkowitego zaangażowania, niespodziewanie naszła go pewna refleksja:
— Te owoce wyglądają na smaczne, ale nie jestem pewien czy możemy je zjeść. Słyszałem, że śmiertelnicy nie wszystko mogą jeść. To znaczy, my, śmiertelnicy, my, ja, zwykły człowiek i ty, czarodziej.
Yunru Lei uczył go ziół i owoców. Song An znał właściwości wielu roślin, ale nie kojarzył, czy zbierane przez niego aktualnie jagody są jadalne. Kompletnie nie pamiętał, czy pojawiały się one w księgach, które wertował w czasie wielu godzin nauki. Wolał się więc upewnić, aby przypadkiem nie okazały się one trujące. Wprawdzie nie martwił się o siebie, ponieważ z reguły był dość wytrzymały, ale o wszystkich, których zamierzali tym dżemem poczęstować…
Yonki szybko jednak rozwiał jego wątpliwości i zapewnił, że jagody te są absolutnie bezpieczne do zjedzenia. Naprawdę znał się na rzeczy! Song An odegnał więc wszystkie myśli i niepewności, aby z większym zaangażowaniem zacząć uzupełniać pozostałe pustki w kieszeniach szaty jagodami. Wkrótce wypełnili wszystkie zakamarki ubrań jagodami, a więc byli gotowi do powrotu.
Słońce zdążyło już wznieść się ponad horyzont. Oświetlało wcześniej pogrążone w mroku leśne ścieżki, umilając drogę powrotną. Nim Song An i Yonki się obejrzeli, ich oczom ukazał się znajomy zarys obozowiska, a dźwięki modlitewnych pieśni ponownie rozbrzmiały po okolicy.
— To co teraz? — dopytywał ciekawsko Song An. Nie mógł się już doczekać przyrządzania dżemu!
— Musimy znaleźć jakieś pojemniki — stwierdził Yonki po chwili zastanowienia. — Nie masz przypadkiem przy sobie słoików?
Boski sługa pokręcił głową. Niestety akurat o nich zapomniał. Wpadł jednak na inne rozwiązanie:
— Gdzieś tutaj powinna być kuchnia. Muszą gdzieś przyrządzać posiłki dla całego obozu, prawda? Tam, gdzie jedzenie, tam pewnie są też słoiki!
Odłożyli wypchane jagodami szaty na trawę, aby podczas poszukiwań nie pogubić owoców i zaczęli kręcić się po obozie. Wierni boga czasu wciąż zdawali się być na tyle pochłonięci modlitwą, że całkowicie ich zignorowali. Song Anowi taki układ jak najbardziej odpowiadał. Nie chciał, aby ktokolwiek dowiedział się o niespodziance przed czasem! Zaskoczą wszystkich dżemem, gdy tylko skończą oni swoje modły.
Jak się można było tego spodziewać, polowa kuchnia znajdowała się w jednym z największych namiotów w obozie. Kilka z płóciennych ścian zostało spalonych, ale ta odgradzająca jadalnię od centrum obozowiska pozostała prawie nienaruszona. Szczęście więc im sprzyjało! Mogli w spokoju przyrządzić dżem bez ciekawskich spojrzeń.
Ukradkiem przenieśli jagody do kuchni. Później zaczęli przeszukiwać drewniane skrzynie z zaopatrzeniem, aby znaleźć odpowiednie naczynia na dżem. Udało im się wyciągnąć z nich marynowane przetwory, takie jak ogórki czy grzyby. Wspólnie uznali, że i tak pewnie nikt nie chciałby jeść czegoś takiego, więc wyrzucili zawartość słoików, aby chwilę później napełnić je ponownie jagodami. Wkrótce na trawie pojawiło się ponad tuzin naczyń wypchanych po brzegi czerwonymi owocami.
— Teraz potrzebujemy ognia! — stwierdził Yonki, który od samego początku zarządzał przygotowywaniem dżemu. — Może, gdybyśmy tutaj rozpalili ognisko, nikt by nie zauważył…
— Możemy też skorzystać z tamtej kuchenki — zaproponował Song An, wskazując przedmiot ręką. Choć to urządzenie różniło się trochę od tego, które znajdowało się w jego mieszkaniu, spodziewał się, że będzie dość podobne w obsłudze.
Położył na polowej kuchni garnek, schylił się i przekręcił kurki z gazem. Chwilę syczały, ale wkrótce buchnęły drobnymi płomykami. Wszystko zgodnie z planem! Poszło znacznie łatwiej, niż z ogniskiem.
Wtedy niespodziewanie w namiocie kuchennym pojawił się jakiś mężczyzna. Wszedł pewnym krokiem, ale widząc, co dzieje się w środku, gwałtownie się zatrzymał i rzucił chłopakom pytające spojrzenie.
— Co tutaj się dzieje?!
Song An i Yonki natychmiast przerwali swoją pracę. Zerknęli po sobie, ale nim zdążyli odpowiedzieć, mężczyzna kontynuował:
— Macie dzisiaj dyżur w kuchni?
— Tak — odpowiedział Yonki bez najmniejszego zawahania. Cóż, poniekąd miał rację. Byli przecież w kuchni i gotowali dla wszystkich dżem.
— A, w takim razie nie przeszkadzam.
Mężczyzna opuścił namiot (albo właściwie to, co z niego zostało) bez dalszych pytań.
— Było blisko — westchnął Song An, odgarniając nadgarstkiem włosy z czoła. — Jeszcze chwila i wszyscy dowiedzieliby się o naszej dżemowej niespodziance!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz