31 stycznia 2026

Od Virgila – Nowy Rok (II)

Na tle podobnych sobie budowli w dzielnicy rodzinna pieczara Moerisowej watahy odznaczała się niemożliwym do podrobienia, wilczym ciepłem wylewającym się z przystrojonych bogato okien, oświetlonych krzaczków, z wieńca obwiązanego wstążeczką z życzeniami, z mieniących się lodowym błękitem sopli i sięgających kolan lasek cukrowych prowadzących wzdłuż ścieżki pod same drzwi, niczym drogowskaz do krainy wiecznego, zimowego świętowania. Nie tylko oni wystawiali przeróżne ozdoby, uwielbiając przepych grudniowych obchodów, lecz Vi zawsze uważał, że jego rodzina opanowała do perfekcji przystrajanie domu w sposób, który nie chełpił się jedynie ilością migoczących lampek, tylko zapraszał do środka tego zbłąkanego wędrowca, obiecując radość i spokój, bo te długie zęby były do odstraszania złych duchów, a miękkie łapy do witania nieoczekiwanych przyjaciół. Przed wejściem czuło się jak w miejscu pozbawionym nieprzystępnych barier, bo do wilczego legowiska wkroczyć mógł każdy o czystym sercu.
Virgil zerknął na Seymoura i jego dobrą minę idącą w parze z sercem bijącymi nerwowymi spazmami, gdy były czarodziej zerkał przelotnie w najbliższe okno i liczył raz jeszcze ilość przeciwników na mapie.
Było coś rozczulającego w jego zdenerwowaniu, w tym, jak bardzo pragnął wpasować się to specyficzne towarzystwo, zostać jego częścią, bo rodzinę Vi zapisaną miał w sercu grubymi literami, a Seymour nigdy nie wybierał półśrodków, gdy chodziło o owo serce. Poznał najbliższych mu rodziców oraz brata, a potem z godną podziwu odwagą zgodził się za jednym razem przyjąć na siebie pozostały wilkołaczy pakiet. Oczywiście, że Virgil wolałby w ogóle nie widzieć obawy na swojej ulubionej twarzy, lecz zarazem doceniał połączone z nią emocje.
Ścisnął mocniej dłoń Seymoura, ściągnął na siebie szafirowy wzrok, spoglądający na niego zza szkła akademickich, cienkich oprawek, po czym uśmiechnął się najcieplej, jak potrafił.
— Hej — powiedział cicho. Kącik ust Seymoura drgnął.
— Hej.
— Jesteś śliczny — zamruczał Vi, widząc, jak chwilowo napięcie gdzieś odpływa, zastąpione prychnięciem i łobuzerską iskrą.
Zanim jednak ta zdążyła na dobre się rozżarzyć, wilkołak pochylił się, łącząc ich usta na ciepły moment pośród zimowego wiatru, krótki i zaraz przerwany przez niepowstrzymaną brygadę, lecz niezmiennie warty każdej sekundy.
— Fuuuj! — zakrzyknęła z progu Bonifacia. — Oni wymieniają ze sobą zarazki!
— Robią to jak tata z tatą? — zainteresował się Bertolfo.
— Też chcę zobaczyć! — pisnął Basileo.
Virgil oderwał się od Seymoura i ujrzał trzy ciemne głowy wsadzone między framugę a drzwi, przyglądające im się z mieszanką zainteresowania, podekscytowania i młodzieńczej rozwagi, z jaką wilk trafia łapą w jeża, żeby zobaczyć, co się stanie.
— Cześć, urwisy — parsknął w ich stronę, zbierając zaraz szerokie, wyszczerzone uśmiechy. — Może się poznacie z naszym gościem?
Zmiana była natychmiastowa – trojaczki przeniosły zgodnie spojrzenie na Seymoura, a ich miny stężały w nieprzenikniony mur surowej, dziecięcej oceny.
— Myślałam, że będzie wyższy.
— I będzie miał ciemne włosy.
— I gitarę!
— Mam latającą miotłę — odpowiedział Seymour zaskakująco błyskawicznie, ani trochę nie speszony bezlitosnym wystrzałem komentarzy.
Oczy trojaczków zabłysły wilczym głodem zogniskowanym na kiju trzymanym przez byłego czarodzieja. Vi uśmiechnął się pod nosem. Punkt dla niego.
— Dzieci! — ostry głos, zdolny pokonać najdłuższy korytarz w szkole niczym wystrzał z bicza, rozległ się za plecami dzieciarni, aż włosy na karku samego Virgila się zjeżyły. — Zmykać mi stąd!
Po trojaczkach nie został nawet kurz, a w progu stanęła Magia, kręcąc głową i coś mrucząc na niesforne dzieciaki, lecz jej słowom brakowało poważnej nagany. W końcu obdarzyła ich uśmiechem, zamaszystym gestem pani domu zaprosiła do środka, bo chociaż w progu mogła mieć więcej władzy od babci w święta.
— Dobrze cię widzieć, Seymour.
W coś pomiędzy uśmiech a próbę powstrzymania westchnienia ułożyły się usta muzyka, gdy przekraczał granicę zewnętrznego świata i wilczej jaskini.
Virgil obiecał, że będzie wśród tego chaosu razem z nim, niewiele jednak wilkołak mógł poradzić na to, że własna rodzina zaraz wypchnęła go z orbity Seymoura, gdy te czułe, wilcze uszy i nosy wychwytujące zmianę w przepływie świątecznych zapachów przyciągnęły wszystkich z najdalszych zakątków domu do przedpokoju w mniej, niż trwa przemiana w wilka.
Tata miał najbliżej z kuchni, toteż jako pierwszy uścisnął dłoń Seymoura, wytarłszy ją pospiesznie w szmatkę wiszącą mu na ramieniu.
— Seymour, rozgość się, napijesz się czegoś? — zapytał łagodnie, zanim jednak były czarodziej zdołał odpowiedzieć, znikąd wyrósł szczeniak, to jest, Valerius, ściągając z ramion muzyka płaszcz i odrzucając go gdzieś na wieszak.
— Seymour, jesteś gotowy na ten armage… — zaczął, lecz wzrok przelotnie uciekł mu ponad barkiem Seymoura, wprost na mamę. Vi wręcz widział, jak gula formuje się w gardle Valeriusa, zmieniając jego słowa — …na tę wyjątkowe święta w gronie naszej cudownej rodziny?
I znów pół obrót, gdy z piętra zdążyli w międzyczasie zbiec wujkowie i pochwycić za dłonie muzyka, jeden na rękę.
— Seymour! — zawołał pogodnie Dorian, ani trochę subtelnie lustrując wzrokiem byłego czarodzieja, mimo iż obiecał powstrzymać swoją niedyskretną manierę w ocenianiu innych. — Wprost nie mogliśmy się doczekać, aż Virgil cię przyprowadzi, całą drogę z Aleandro o tobie rozmawialiśmy…
— Oczywiście w pozytywach — dodał szybko Aleandro, starając się wprowadzić równowagę tak w słowach swojego męża, jak i w sile jego uścisku potrząsającego prawicą Seymoura, samemu machając jego lewicą.
Muzyk spróbował odnaleźć wzrokiem Vi, wilkołak daremnie szukał go pomiędzy barkami wujków, a potem odezwała się babcia.
— Seymour już przyszedł?! Dlaczego nikt mi nie mówi! — Jej okrzyk przypominał wycie wilka wybiegającego na polowanie. — Gdzie on jest…
— Ciebie też dobrze widzieć, babciu — westchnął Virgil, doskonale wiedząc, że teraz to babcia nawet na niego nie spojrzy, gdy jej bystry wzrok wreszcie sięgnął sylwetki jego drogiego chłopaka, zakręconego jak zabawkowy bączek między wilczymi łapami.
Babcia Helojza przystanęła w wejściu do salonu, a Moerisowie instynktowi rozstąpili się na boki niczym drzewa uginające się posłusznie pod siłą wichru przetaczającego się przez las. Seymour pozostał z zupełnie odsłoniętymi flankami, obrócił się na pięcie, znalazł twarzą w twarz z najstarszą wilczycą obdarzającą go uśmiechem, który wcale Virgilowi się nie spodobał.
— Seymour. Seymour, Seymour… — westchnęła dziwnie rozmarzona, spoglądając na byłego czarodzieja trzymającego ramiona prościej, niż to było konieczne. — No i dlaczego nasz Virgilek bał się przyznać, że jesteś piętnastką w skali na dziesięć?
— Babciu!
Oblane purpurą policzki Vi zostały zupełnie zignorowane, usta Seymoura poruszyły się wraz z jakimiś niemymi słowami, a babcia nagle zgarbiła się, przyłożyła dłoń to krzyża.
— Chodź tu, Seymour, pomóż starszej kobiecie wrócić do stołu, zanim się przewróci — rzuciła, tak jakby przed chwilą nie popędziła w paru raźnych krokach od salonu do przedpokoju. Seymour zerknął gdzieś za siebie, szukając pomocy, niepewny, co to ma właściwie znaczyć, ale babcia sama rozwiała jego wątpliwości, wyciągając swój zgięty łokieć do niego. — No ruchy, nie chcesz chyba, żebym upadła? — Vi mrugnął, a muzyk już stał przy babci, prowadząc, a raczej dając się prowadzić jej do tego stołu. — Tak, dobrze, to skoro tutaj przy mnie jesteś, to teraz musisz opowiedzieć mi wszystko o tej swojej muzyce, bo widzisz, ja się zupełnie na tym nie znam, więc powiesz mi wszystko, a potem posłucham o waszym mieszkaniu, to znaczy twoim i Virgila…
Wreszcie udało się Vi pochwycić spojrzenie Seymoura. Uśmiechnął się pokrzepiająco, bo tam, gdzie właśnie zmierzał były czarodziej, wilkołak nie miał wstępu, babcia zaraz by na niego naszczekała, że ma go zostawić samą z Seymourem. Były czarodziej spróbował mu jakoś odpowiedzieć, ale jego zaciśnięte wargi na niewiele mu pozwalały.
— Nie jestem pewna, czy go jeszcze dzisiaj odzyskasz — mruknęła mama.
— Nie może go przepytywać przez wieczność, prawda? — westchnął ciężko Vi, nawet nie patrząc na Bonifacię, gdy kładł jej dłoń na twarzy i odpychał ją i jej lepkie łapki od miotły Seymoura postawionej gdzieś w tym całym zamieszaniu przy wieszaku. — Prawda? — powtórzył, gdy mama nie odpowiedziała.


Yule trwało w najlepsze, bogato pachnące spieczonym pytaniami czarodziejem i nastroszonym wilczym futrem, gdy Virgil dawał radę wcisnąć się jakoś między swoją rodzinę a Seymoura, by pomóc muzykowi udźwignąć ciężar wystrzelonej w niego artylerii. Tata z mamą walczyli w kuchni, babcia trzymała swojego zakładnika na kanapie, Valerius stroił stół w rodzinną porcelanę i iglaste gałązki, wujkowie lawirowali między pomaganiem w gotowaniu a przynoszeniem herbaty babci, jakby zupełnym przypadkiem podchodzili do Seymoura i nagle wymyślali nowy temat do rozmowy, a Vi dostał bojowe zadanie zabawiania trojaczków, żeby nie dorwały się przedwcześnie do góry prezentów pod choinką. Gdy wreszcie można było usiąść i zjeść wyczekiwaną kolację, Virgil klapnął nieskładnie na swoje miejsce, a Seymour tuż obok, obaj opierając się o siebie ramionami.
Jednak pomimo wcześniejszych przebojów Seymour wcisnął na usta przyjemny uśmiech ułożonego studenta i ciągnął dalej rozmowy nad miskami barszczu, nawet Vi nie musiał tyle przerywać, zaskoczony, jak spokojnie zachowywała się przy jedzeniu babcia.
Do czasu.
— Doskonałe to wino od Seymoura i Virgila — skomentowała zupełnie naturalnie, miło, kręcąc cudownie kuszącą czerwienią w swoim kieliszku. Seymour uśmiechnął się w jej stronę.
— Cieszę się, że…
— Ile kosztowało?
Uśmiech muzyka nawet nie drgnął, ale Vi nauczył się rozpoznawać w Seymourze te momenty, gdy jego umysł mierzył się z pędzącym wprost na niego tirem. Wujkowie ciekawsko patrzyli, Magia udawała, że wcale nie dba o odpowiedź, ale zdecydowanie jej wyczekiwała, Virgil zaś nie wątpił, że Seymour nie ma pojęcia, ile powinien wyciąć z czterocyfrowej liczby. Wilkołak rzucił ratunkowe koło.
— Odkryliśmy ostatnio z Seymourem bardzo fajny park…
— Rzuca ci piłki? — wciął się od razu Valerius, zbierając kopa pod stołem i wcale nie przestając się szczerzyć.
— Oczywiście — podjął temat Seymour, bo przecież jego ulubiony, związany z dużym pluszakiem. — Vi musi się wybiegać.
Wujkowe spojrzeli po sobie, a Vi gdzieś kątem oka dostrzegł, jak mama uśmiecha się pod nosem, bo ona już od dawna wiedziała, co za wyjątkowy czarodziej i wielbiciel wilków jest z Seymoura. Jedyny taki.
— Nie przeszkadza ci przemiana Virgila? — zapytał Aleandro.
— Nie wiem, dlaczego w ogóle by miała. Vi jest świetny jako wilk.
— A ile krzaków w młodości połamał w ogrodzie, jak w nie wbiegał, bo gonił piłkę… — mruknął Lorenzo ku udręce Virgila.
— Czy możemy przestać rozmawiać o moim gonieniu piłki?
— Jeśli ci, Seymour, nie przeszkadza wilcza forma, to nie widziałeś jeszcze, co się dzieje, jak trojaczki się zmieniają — parsknął Dorian.
— Mogę się pobawić z nimi jako wilkami. — Seymour zaoferował się za szybko, żeby Vi zdołał go w porę zatrzymać.
Trojaczki podniosły głowy znad rozgrzebanych w talerzach grzybów i już wiadomym było, że żadne spokojne pomysły nie rodzą się pod ich czuprynami.
— Słyszałeś, tato?! — Bertoflo szarpnął Doriana za rękaw. — Seymour powiedział, że może się z nami pobawić!
— Może później, Bercik. Chcielibyśmy się jeszcze trochę Seymourem nacieszyć.
— Ale tak tylko na chwilę!
— On będzie latał na miotle, a my będziemy go gonić! — podrzuciła Bonifacia zdecydowanie zbyt entuzjastycznie na wizję ścigania sobie ofiary.
— Dzieci, nie teraz…
— Teraz! — zapiszczały wszystkie trzy wilczki, odpychając się z mocą od stołu.
Niektóre wilkołaki miały w ludzkiej postaci więcej siły od innych, los zaś obdarzył nią szczodrze swoich trzech wysłanników chaosu. Gdy trojaczki pchnęły, kieliszki się zatrzęsły, noże zjechały z talerzy, a nieopatrznie ustawiona blisko krawędzi cukierniczka drgnęła niebezpiecznie i poleciała na podłogę.
Tatuaże Seymoura zabłysły chwilę przed tragedią, otulając porcelanę bezpiecznym całunem szafirowej magii. Cukierniczka zawisła w połowie drogi, lecz część cukru zdążyła się wysypać.
— Kurwa — rzucił siarczyście Seymour.
Vi złapał jego nadgarstek, ścisnął, były czarodziej wpierw spojrzał na niego lekko zaskoczony, a potem jego wzrok potoczył po reszcie rodziny. Po zaskakującym uśmiechu babci Helojzy, po Lorenzo próbującym udawać, że nic nie usłyszał, po Dorianie wycierającym opluty rękaw koszuli i rozdziawionych buziach trojaczków.
— Kurwa — powtórzył bezwiednie, a Vi próbował nie myśleć o tym, jak dużo głośniej w nagłej ciszy zabrzmiało to drugiego przekleństwo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz