31 stycznia 2026

Od Dantego – Nowy Rok (II)

Bashar chciał wrócić do mieszkania i odłożyć zakupy, ale Dante już miał lepszy pomysł, ze swoją drapieżną naturą pobudzoną zobaczeniem najładniejszej choinki na pobliskim bazarze, pewny, że chwila zwłoki pozbawi ich tego doskonałego drzewka. Rąk mu brakło na niesienie zdobyczy z targów, choinki oraz trzymanie dłoni Bashara, więc po długiej dyskusji i próbach zagięcia praw fizyki w końcu zgodził się oddać zakupy lekarzowi, by samemu nieść drzewko na barku i mieć możliwość nie puszczania swojego ulubionego doktora.
Choinka, rzecz jasna, była najlepsza – ciężka nawet dla niego, więc solidna i wysoka, z równo rozłożonym gąszczem gałęzi gotowych przyjąć na siebie wszystkie ozdoby, o grubym pniu i tym wyjątkowym, iglastym zapachu, który błyskawicznie wsiąkał w całe pomieszczenie, magicznie przeobrażając ją niemagicznym sposobem w serce yulowych obchodów. Przy pomocy wskazówek Bashara Dante zdołał dokręcić śruby w podstawce, by drzewko stanęło prosto i wdzięcznie pośrodku ich salonu. Syren westchnął, wygramolił się spod choinki, postąpiły krok w tył, dmuchając na niesforny lok, gdy oglądał dzieło wspólnego wysiłku. Sięgało prawie samego sufitu, obfite, intensywnie ciemnozielone, jedyne tak idealne w całej kamienicy, ba, dzielnicy.
Już chciał obrócić się po zasłużony całus dla świątecznego pomocnika, lecz Bashar go wyprzedził. Oparł się o jego ramię, wpierw lekko, potem mocniej, składając głowę gdzieś na jego barku, przekręcając twarz, by ciepłym oddechem łaskotać rozgrzaną skórę. Dante zamruczał, instynktownie wyciągając ramię, by opleść je wokół wąskiej talii, gdy Bashar przybliżył się jeszcze bardziej, wspierając się teraz na jego piersi, wtulając twarz w syrenią szyję i potargane wiatrem włosy.
— Czy wyczuwasz coś niepokojącego, panie doktorze? — zażartował cicho. Głęboki, jakże błogi oddech Bashara owiał jego kark.
— Nie, po prostu… — Lekarz znów odetchnął pełną piersią, łagodnie i na oślep gładząc opuszkami pobliźniony policzek, ustami muskając ciało przy mówieniu. — Od zapachu samej choinki wolę jej zapach na tobie. Święta pachną piękniej, gdy są z tobą.
Dante poczuł to charakterystyczne przeskoczenie własnego serca, zagubionego w swoim rytmie przez słowa Bashara. Czasami wystarczyło, że nazywał go „Kochaniem”, że prosił, by ubrał się ciepło na rower, a czasami jego głos trafiał głębiej i w syrenim sercu rezonował ze strunami czułego instrumentu, który Dante obawiał się, że nigdy nie podniesie z obawy, że nie będzie potrafił na nim zagrać, nie kalecząc innych. Teraz zaś melodia odpowiadała na miłość Bashara równie naturalnie, tak jakby została do tego stworzona wieku temu.
Usta wygięły się w rozkochanym uśmiechu, Dante przyciągnął lekarza zupełnie do swojej piersi, miękki pocałunek zatonął w fali czarnych włosów.
— Moja Miłości… — zamruczał, samemu czując wciąż powiew pierniczkowych wyrobów w ciemnych pasmach. — Wszystko jest lepsze, gdy jest z tobą. — Bashar uniósł głowę, ich spojrzenia się spotkały, roziskrzone w ciepłym świetle lampy. Kolejny całus spoczął na czubku bladego nosa. — Zajmijmy się dekorowaniem.
Przynieśli pudła schowane w dodatkowej szafie, Dante wcale nie popisywał się ustawianiem jednej wieży na swoim ramieniu, Bashar wcale się nie śmiał, gdy próbował ostrzegać go przed ewentualnym wypadkiem. Szklane, ręcznie malowane bombki zrzuciły swoje wiosenne wylinki złożone z papieru i folii bąbelkowej, lśniąc w całej okazałości łagodnymi kształtami oraz zimowymi barwami, a puszyste łańcuchy przelewały się w dłoniach Bashara, gdy mężczyzna budził je z całorocznego snu.
— Zaczniemy od łańcuchów, prawda? — podsunął, składając przy swoich kolanach całą górę szeleszczących ozdób.
Głowa prawie drgnęła mu do przytaknięcia, lecz wtem w syrenich oczach zaświeciło, zawirowało, błysnęło bystro niczym promień słońca odbijający się od lodowej tafli. Dante posłał Basharowi swój charakterystyczny półuśmiech, lekarz rzucił mu zaciekawione spojrzenie, nawet nie pytając, co tym razem ten wymyślił, a raczej czekając, aż sam się przekona.
— Już ja wiem, jak zaczniemy od łańcuchów — odparł Dante, przysuwając się do drugiego mężczyzny, by opleść go ramionami, znaleźć ostoję dla myśli w zagłębieniu jego szyi i w znajomym cieple jego ciała, w dźwięku jego serca.
— Dante? — mruknął Bashar, wyciągając dłoń, by pogładzić szerokie plecy. Zdążył przejechać po nich może raz, nim mocno zbudowane mięśnie boksera przeobraziły się w niewielkie ciałko piszczące mu na kolanach.
Zmiana w nietoperza wywracała cały jego świat do góry nogami, czyniła małym i pozbawionym nadnaturalnej siły, wrażliwym na dużo więcej dźwięków i wciąż niepewnym, co może zrobić, a czego nie ze swoim skrzydłami. Najważniejszy jednak był ten uśmiech Bashara, zupełnie rozczulony, rozbrojony w obliczu niewielkiej mordki i piszczącego głosiku.
— Mój słodki Dante — zamruczał do niego lekarz, mierzwiąc delikatne jasne futerko na karku. Dante pisnął raz, drugi, przymknął na moment oczy, aż nie przypomniał sobie o swoim zadaniu, które wcale nie opierało się na leżeniu na nogach Bashara przez resztę wieczora. Pyszczek rozwarł się, chwycił najbliższy koniec łańcucha i półwampir spojrzał wyczekująco na lekarza. Ten był bardziej niż chętny, by parsknąć, unieść rękę, pozwolić z niej wybić się i polecieć nietoperzowi wprost w gęste gałęzie choinki, z ciągnącym się za plecami srebrnym łańcuchem.
W akompaniamencie bojowych popiskiwań i trzepoczących skrzydeł Dante zdołał owinąć zupełnie dół choinki jednym łańcuchem, nim wrócił do Bashara i zgarnął kolejny, podrygując uszami w stronę lekarza, słuchając jego śmiechu, gdy przyglądał się poczynaniom swojego uszatego szczęścia. Dante, naturalnie, był bardzo dumny ze swojego miana, a jeszcze dumniejszy był z nabierającej kolorów choinki.
Dopóki nie wydał gdzieś z jej wnętrza absolutnie pozbawiony dumy i przepełniony oburzeniem pisk. Pojedyncze gałęzie zachwiały się lekko, igły wpiły się w drobne łapki, Dante znów zawołał, przelewając w ten dźwięk całe swoje niezadowolenie.
— Skarbie, czy ty się zaczepiłeś w gałęziach? — parsknął Bashar, przytrzymując zieleń dłońmi i szukając gdzieś tej pary błyszczących, niebieskich ślepi. Dante szarpnął się, tylko pogarszając swoją sytuację. Prawe skrzydło zaczepiło się pomiędzy dwoma gałązkami, przy próbach uwolnienia się łańcuch oplótł ciasno tułów. Jego plan był idealny, to to głupie drzewo wszystko popsuło. Lekarz w końcu go namierzył, uśmiechnął się pobłażliwie. — Oczywiście, że się zaczepiłeś w gałęziach.
Dante pisnął głośno. To nie on się zaczepił, to gałęzie go złapały.
Wystarczyła chwila, by znalazł się na ramieniu Bashara, zmęczony swoimi choinkowymi bojami, zdecydowanie przeceniwszy swoje zdolności w starciu z bezlitosnym gąszczem. Nie to, żeby mu to przeszkadzało, gdy złapał się mocno łapkami koszuli, pozwalając lekarzowi się pochylić i porozwieszać parę bombek w czasie odpoczynku wojowniczego, świątecznego elfa. Elf piszczał raz, zgadzając się na miejsce dla ozdoby, i dwa, zdecydowanie mając inne zdanie.
— Brakuje mi gwiazdy na samą górę — rzucił gdzieś w międzyczasie Bashar, przeglądając pootwierane pudła. Łagodnie zdjął nietoperza z ramienia, posadził go na poduszce od kanapy. — Musiała zostać w szafie. Poczekaj tu na mnie.
Dante, czując się znów na siłach na odważny lot, poczekał. Akurat tyle, by się upewnić, że Bashar zniknął za drzwiami szafy.
Niedługo później w korytarzu zaszurały filcowe kapcie, w dłoni lekarz ściskał gwiazdę owiniętą starannie papierem.
— Dante, mam… — odezwał się, a rubinowy wzrok spoczął akurat na poduszce bez nietoperza. — Dante?
Bashar przyjrzał się całej kanapie, fotelowi, stolikowi, obrócił się na pięcie, zerknął w pudła. Dużo drobin brokatu z bombek, lecz półwampira brak. Przeszedł się w jedną stronę, w drugą, ale salon pozbawiony był śladu jasnego futerka i małych łapek.
— Dante, jesteś zaskakująco… — Bashar westchnął, po czym spojrzał wreszcie w górę — cicho.
Z samego czubka choinki spoglądały na niego dwa mroźnobłękitne guziczki, a Dante w końcu zawołał głośno, zbyt długo powstrzymując się przed wydaniem dźwięku.
— Masz zupełną rację, Słońce. Jesteś najjaśniejszą gwiazdą na niebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz