Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Turysta chciał polać spaghetti ketchupem. Zwołano komisję
Spokojne popołudnie w Luminarii przerodziło się w głośne wydarzenie, gdy przyjezdny turysta ze Zjednoczonych Ziem Północnej Vespy poprosił kelnera o butelkę ketchupu, którym zamierzał polać zamówione spaghetti. Miejscowy restaurator, człowiek z natury łagodny, zareagował oburzeniem graniczącym z rozpaczą, powołując się na świętość przepisu i pamięć przodków. Turysta nie rozumiał problemu. W ciągu godziny nad sprawą pochylił się zaimprowizowany komitet miejscowych kucharzy, który po naradzie trwającej całą sjestę orzekł, że przepis jest nienaruszalny, lecz gościa „można ułaskawić z uwagi na niewiedzę”. Vespanin, szczerze zdumiony całym zamieszaniem, stwierdził tylko, że „u nas leje się to na wszystko”. Tej uwagi już nie skomentowano.

Nagłówek

06 września 2026

Od Nikolaia — Rozdziobią nas kruki i zjedzą psy (VI)

W pierwszej chwili idea opuszczenia bezpiecznej kryjówki i udania się w podróż absolutnie nie przypadła mu do gustu. Czuł się bezpiecznie w znajomych czterech ścianach. Otaczając się toną niezbędnych rzeczy, które od lat sam gromadził i pieczołowicie układał na półce, był gotów przetrwać wszystko. Jak więc miał porzucić to wszystko? Ot tak? Wydawało mu się to doprawdy absurdalne.
Szybko jednak dał się przekonać. Nikolai, wbrew wszelkim pozorom, nie był głupi. Znał się na czarach. Doskonale więc wiedział, że magia, którą wyczuł na zewnątrz, była naprawdę groźna. Dreszcze przeszły go już po zetknięciu z zaledwie kilkoma jej drobinkami, niesionymi przez wątły powiew wiatru. Co więc, jeśli faktycznie była to jedynie zapowiedź prawdziwego, nadchodzącego zagrożenia? Przedsmak grozy, która dopiero mogła spaść im prosto na głowę — wtedy, gdy nie będzie już ratunku. Gdy będzie za późno.
— Ale nie możemy też tak po prostu odejść — stwierdził z powagą Nikolai. — Wiem, że w takich chwilach każda minuta jest na wagę złota, ale na pewno wiele z tych rzeczy jeszcze się nam przyda.
— Nie damy rady zabrać wszystkiego — odparł Yangcyn, rozglądając się wokół. — Zbyt wiele bagażu sprawi, że będzie trudniej nam się poruszać. Spakujmy jedynie to, co najważniejsze i ruszajmy.
Czarodziej zmarszczył brwi. Nie po to przez tak długi czas odkładał te rzeczy, aby teraz je zostawić. Nie, gdy wszystko mogło się przydać. Z żalem przyglądał się fortowi, który zbudował. Dawał mu on namiastkę utraconego bezpieczeństwa. Nie chciał jeszcze się z nim rozstawać.
Wpatrując się w rozłożone koce, niespodziewanie przypomniał sobie o jednym z zaklęć, które poznał bardzo dawno temu. Wcześniej wypadło mu ono z głowy — wprawdzie nigdy go nie potrzebował. Teraz, recytując je w głowie, czuł, że jest ono rozwiązaniem wszystkich ich problemów.
— Wiem, co robić — zawołał z pewnością w głosie do Cynka. — Tylko musimy stąd wyjść.
Drugi mężczyzna rzucił mu pytające spojrzenie. Nie wyglądał na wcale przekonanego.
— Jesteś pewien? — zapytał, nie kryjąc swojej niepewności. — Bo wiesz, pewnie część z tych rzeczy na pewno nam się przyda…
— Oczywiście, że jestem pewien — oburzył się czarodziej. — Jestem specjalistą od magii, jeszcze tego nie załapałeś?
Nikolai, z Kokosem na ramieniu, niemal wypchnął Cynka i Tosta z pomieszczenia i zatrzasnął za nimi drzwi. Następnie stanął tuż przed nimi i chwycił za klamkę. Drugą dłoń przyłożył do ust, szepcząc zaklęcie.
Fala ciepła przeszła wzdłuż jego ciała. Stopniowo od głowy do nóg i rąk pochłaniała go w całości. Czuł, jak magia przepływa do ściśniętych na klamce palców.
Trwało to jednak krótko. Niemal ułamek sekundy, nim znajomy ból pojawił się na miejscu kojącego ciepła magii. Nikolai jednak nie poddał się, wciąż niezłomnie wypowiadając słowa inkantacji. Wreszcie drzwi zaczęły się kurczyć, nim po chwili przybrały komicznie małe rozmiary, aby następnie zamienić się w lśniący kluczyk. Opadł on na ziemię z charakterystycznym dźwiękiem. Za nim na zimną posadzkę osunął się pozbawiony sił Nikolai.
Nie czuł się dobrze. Z trudem łapał oddech, a wzrok na chwilę przysłoniły ciemne plamy. Kilka kropel krwi spłynęło po jego brodzie. Nie przejął się tym jednak. Wytarł policzek i z dumą podniósł z ziemi srebrny kluczyk.
— Wszystko w porządku? — Cynk pojawił się tuż przy jego boku, pomagając mu wstać.
— Oczywiście, że tak — wysapał Nikolai, gdy tylko zdołał utrzymać równowagę. — I nawet mi się udało.
— Udało się? — Cynk nawet na chwilę nie ukrywał swoich wątpliwości. Intensywnie wpatrywał się w lśniący kluczyk, który Nikolai wesoło obracał w palcach.
— Zawsze mi się udaje. — Czarodziej puścił mu oczko, zupełnie ignorując ból pulsujący w prawej ręce. To nie był czas, żeby się nim przejmować. — Dzięki niemu — przysunął Cynkowi klucz pod nos — zawsze będziemy mieć magazyn pod ręką. Wystarczy wsadzić klucz do pierwszych lepszych drzwi, a po drugiej stronie znajdziemy wszystko, czego potrzebujemy. Więc nie musimy się z niczym rozstawać. Plan idealny, co nie?
— Przenośny schowek i schronienie? — dopytywał Yangcyn, zdradzając swoje zainteresowanie. — To wcale nie takie głupie.
— Przecież mówiłem ci już wiele razy, że jestem genialny.
Żeby nie zgubić klucza, przypiął go do jednego z łańcuszków i zawiesił na swojej szyi. Chciał mieć pewność, że zawsze będzie mieć go przy sobie. Swoje kochane Magiczne Różności.
Nadszedł więc czas, aby wyruszyć w drogę. Udało im się wydostać na zgliszcza sklepu. Nikolai z żalem po raz ostatni spojrzał na pozostałości tego, co niegdyś nazywał swoim drugim domem. Spędzał tutaj większość swojego dnia. Więcej, niż we własnym mieszkaniu, gdzie wprawdzie jedynie spał i spędzał miło czas z Alexem. Magiczne Różności od najmłodszych lat stanowiły zasadniczą część jego życia. Część, z którą nigdy nie miał zamiaru się rozstawać.
Yangcyn pozostawał niezwykle ostrożny. Kazał Nikolaiowi zostać, a sam wyjrzał na ulicę, by przekonać się, czy mogą bezpiecznie opuścić schronienie. Po tajemniczej bestii nie było ani śladu. A właściwie całe miasto zdawało się opustoszałe. Nie dostrzegli żadnej żywej duszy. Żadnego człowieka — choć właściwie — żywego człowieka.
Minęli parę trupów. Nieszczęśliwców, którzy nie znaleźli w porę schronienia. Nikolai nie chciał patrzeć na zmarłych. Zbyt bardzo bał się śmierci, aby spojrzeć jej teraz w oczy.
Nie mógł jednak nie zauważyć zmian, jakie pojawiły się na bezwładnych ciałach. Na odkrytych częściach ciała dało się dostrzec przebarwienia. Cóż, ktoś mógłby powiedzieć, że są to zwyczajne plamy pośmiertne, lecz przybierały one nietypową barwę ciemnego, niemal czarnego fioletu. Oznaczenia te przebiegały wzdłuż kończyn i twarzy niczym ślady powstałe po uderzeniu pioruna. Choć w tym przypadku było to raczej uderzenie magii.
Mimowolnie Nikolai zerknął na swoją obolałą rękę. Na koniuszkach palców i kłykciach dostrzegł podobne odbarwienia. Zmarszczył brwi. To nie wróżyło niczego dobrego.
— Powinieneś ograniczyć używanie magii — usłyszał za sobą głos Cynka. Mężczyzna podszedł bliżej, aby przyjrzeć się zmianom.
— Mam przestać używać magii? — Nikolai zakpił. — Magia to część mojego życia. Nie mogę po prostu się jej wyrzec.
Tak naprawdę nie wyobrażał sobie, jak mógłby przetrwać bez czarów. Przyzwyczaił się, że na każdy problem istnieje zaklęcie, które potrafi go rozwiązać. Nie musiał więc martwić się niemal niczym, bo magia zawsze dawała mu nieskończoną ilość możliwości. Przywykł do niej. Stała się nieodłączną częścią jego życia. Bez niej czułby się wybrakowany. Po prostu niepotrzebny.
Wielki Czarodziej Nikolai bez możliwości używania czarów? Niedoczekanie.
— To pewnie nic groźnego — mówiąc to, próbował przekonać raczej siebie, niż swojego towarzysza. — Ale będę bardziej uważny. Magia tylko w ostateczności.
Zacisnął dłoń na zawieszonym na szyi kluczu. Wykonanie tego zaklęcia i tak wyczerpało zbyt wiele maany z jego zapasów. Odzyskanie jej na pewno potrwa chwilę. Do tego czasu będzie musiał polegać na swoich innych zaletach i talentach.
Nie rozmawiając wcale, bardzo uważnie przemierzali kolejne ulice. Całe miasto wyglądało na doszczętnie zniszczone. Szkło walało się po ulicach, podobnie jak cegłówki i pozostałości dachówek. Samochody wywrócone zostały do góry kołami, a z ich wnętrza wyciekało drażniące nos swoim zapachem paliwo. Oprócz rytmicznego kapania benzyny wokół panowała niepokojąca cisza. Ulice nigdy nie było takie ciche.
Wkrótce dotarli do sklepu. Jeden z supermarketów znajdował się kilka przecznic od Magicznych Różności, ale wyglądał na równie zniszczony, co one. Wewnątrz jednak wciąż znajdowały się produkty nadające się do spożycia. Po krótkiej naradzie Nikolai i Cynk zaczęli gromadzić najpotrzebniejsze rzeczy: wodę, jedzenie w puszkach, suchary. Wszystko z długą datą przydatności.
— To jest techniczne kradzież, wiesz? — zaśmiał się czarodziej. — Jak twoja policyjna moralność sobie z tym poradzi?
Cynk nie zdążył odpowiedzieć, bowiem przerwał mu dźwięk kroków. Zamilkł od razu, kiedy je usłyszał. Ktoś ewidentnie zbliżał się w ich kierunku. Próbowali schować się za pobliskimi regałami, lecz w tej samej chwili w drzwiach supermarketu pojawił się obcy mężczyzna.
— Widziałem was! — krzyknął wściekle w stronę Nikolaia i Yangcyna. — To mój rewir, więc wypad! Jeszcze chwila, a pożałujecie!
Dopiero wtedy czarodziej dostrzegł, że mężczyzna trzyma w dłoni wiatrówkę. Co gorsza, wyglądało na to, że ani przez chwilę nie zawaha się jej użyć!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz