Liście złociły drzewa. Brak przymrozków sprawił, że trzymały się one jeszcze całkiem dobrze. Chociaż była już późna jesień, pogoda wciąż dopisywała: wiatr nie wiał, deszcz nie padał, a słońce przyjemnie przygrzewało. Wprost idealne warunki na spacer.
Vaeril myślał o tym już od samego rana. Czuł się wyczerpany minionym tygodniem spędzonym na uczelni. Od rana do wieczora siedział na nudnych wykładach. Miał wrażenie, że marnuje ostatnie dni ładnej pogody na wysłuchiwaniu niekończących się opowieści o teoretykach literatury. Chciał odpocząć od codziennego życia, przynajmniej na krótką chwilę. Zamarzyła mu się wycieczka. Chociażby taka najkrótsza, gdzieś blisko, byleby na łono natury, z dala od miejskiego zgiełku, męczącej uczelni i tego przeklętego akademika.
Napisał do Sorena, proponując mu wspólne wyjście. Miał nadzieję, że znajdzie chwilę, aby wybrać się razem na spacer do lasu. Nie oczekiwał, że zgodzi się on od razu. Że w ogóle się zgodzi. Vaeril doskonale wiedział, że Soren ma wiele spraw na głowie. Jego praca wymagała dużo zaangażowania i poświęcenia, stąd pochłaniała naprawdę ogrom jego czasu. Dlatego też elf zdziwił się, gdy już kilkanaście minut później otrzymał wiadomość o treści „Czekam na Ciebie pod akademikiem”.
Objęli się na przywitanie. Vaeril naprawdę cieszył się, że udało im się dzisiaj zobaczyć.
— Wyszło trochę spontanicznie, więc dziękuję, że znalazłeś dla mnie czas — powiedział z uśmiechem na ustach. — Mam nadzieję, że nie pokrzyżowałem ci to żadnych planów.
— Oczywiście, że nie! — zapewnił Soren. — Gwarantuję, że nie miałem niczego ważnego do zrobienia, więc nie przejmuj się.
Vaeril bardzo chciał mu wierzyć, ale znał go jednak zbyt dobrze. Mimo gorliwego potwierdzenia wciąż istniała szansa, że gdy tylko Soren dostał zaproszenie, zmienił wszystkie swoje plany w ostatniej chwili. Elf mógł mieć tylko nadzieję, że nie odwołał on niczego bardzo ważnego. Inaczej czułby się naprawdę winy.
Przed planowaną wycieczką zaszli jeszcze do pobliskiego sklepu. Vaeril zaproponował, aby zakończyć ich spacer kameralnym ogniskiem. Kupili (a tak naprawdę to Soren kupił) kilka rzeczy do jedzenia i picia. W tym wszystkim znalazły się także pianki (Vaeril o nie poprosił), które mieli zamiar przygotować nad płomieniami. Tak przygotowani, ruszyli na swoją małą przygodę.
Wyjechali poza miasto.
Łono natury nie wydawało się być środowiskiem Sorena. Mimo tego Vaeril widział, że cieszy się on na wspólny spacer po lesie. Było to ich pierwsze spotkanie tego typu. Zwykle wolne chwile spędzali w mieście, najczęściej w swoich mieszkaniach ( w przypadku elfa — jego żałosnym pokoju w akademiku). Teraz mieli jednak czas, aby odetchnąć od zgiełku miasta i męczącej, szczególnie dla Vaeril’a, pracy. Czas tylko dla siebie.
Spacerowali wydeptaną leśną ścieżką. Wokół nich gęsto rosły drzewa. Ich korony pokryte były czerwonymi, pomarańczowymi i złotymi liśćmi. Kołysały się one delikatnie na wietrze. Raz po raz zdarzało się, że spadały one i powoli sunęły w dół, tuż pod nogi idących mężczyzn. Zdeptane, wydawały z siebie satysfakcjonujący, szeleszczący dźwięk. Wybrzmiewał on rytm rozmowy Sorena i Vaeril’a.
Opowiadali sobie o minionym tygodniu. Wspominali te mniej lub bardziej przyjemne rzeczy, które im się ostatnio przydarzyły. Mimo że przez ostatnie kilka dni pozostawali ze sobą w kontakcie tekstowym i już zdążyli podzielić się wszystkim, co tylko leżało im na sercu, zawsze milej było porozmawiać o tym twarzą w twarz.
Pochłonięci rozmową, dotarli pod stary kasztanowiec. Tam Vaeril zatrzymał się i podniósł z ziemi kasztana.
— Dawno ich nie widziałem — odparł, przyglądając się uważnie brązowemu orzechowi. — Ostatni raz lata temu. Wraz z bratem robiliśmy z nich ludziki.
— Ludziki? Z kasztanów? — Soren wydawał się być zdziwienia.
— Nigdy w dzieciństwie ich nie robiłeś? — zapytał Vaeril. Teraz on nie krył swojego zaskoczenia. Kasztanowe ludziki zdobiły jego półki od najmłodszych lat. Nie miał zbyt wielu zabawek. Brat często więc zabierał go do lasu, gdzie wspólnie przygotowywali figurki, którymi elf mógł bawić się przynajmniej w czasie jesieni, bo niestety szybko się psuły. Było to jedno z milszych wspomnień Vaeril’a. Mimowolnie nawet się uśmiechnął.
Soren pokręcił przecząco głową.
— Pierwsze słyszę.
Vaeril naprzemiennie spoglądał na niego, a później na trzymany w dłoni obiekt.
— Możemy to zaraz zmienić — stwierdził po chwili namysłu, a następnie bez tłumaczenia zaczął zbierać pobliskie kasztany. Na szczęście było ich tutaj wiele, więc już minutę później miał przepełnione nimi ręce. Udało mu się też zdobyć kilka odpowiednio wąskich patyków.
Wkrótce usiedli na ziemi w cieniu kasztanowca. Vaeril zaczął tłumaczyć Sorenowi, jak powinny wyglądać ludziki. Wyciągnął nożyk (miał go w plecaku na wypadek, gdyby mieli coś pokroić przy ognisku) i zaczął dłubać dziurki w pierwszym lepszym kasztanie.
— Nie mogą być ani za małe, ani za duże, inaczej główka będzie mu spadała — tłumaczył powoli elf. — Musisz być ostrożny, aby nie wbić sobie noża w palce. Kasztany bywają naprawdę zdradliwe.
Chwilę później obydwaj zajęli się składaniem swoich ludzików. Vaeril nie robił tego od bardzo, bardzo dawna. Zadziałała jednak swego rodzaju pamięć mięśniowa — bez większego problemu zrobił swoją figurkę. Na dużym kasztanie wyskrobał dwoje oczu i uśmiechniętą buźkę. Założył na niego zieloną łupinkę, która miała przypominać modną czapeczkę. Główkę połączył patykiem z tułowiem, a do tak powstałego korpusu dołączył rączki i nóżki. Na te ostatnie nabił jeszcze dwa mniejsze kasztany dla zachowania równowagi. Ludzik musiał przecież jakoś stać. Na sam koniec, Vaeril dodał człowieczkowi pelerynkę ze złotego liścia.
Trzymał go na otwartej dłoni. Już sam widok kasztanowej figurki przypominał mu o dzieciństwie. Były to dla Vaeril’a dość słodko-gorzkie chwile. Ale w tym momencie nie miało dla niego znaczenia. Nadszedł czas, aby stworzyć nowe, bliższe jemu sercu wspomnienia. Z Sorenem u boku.
— Zobacz, to ty — powiedział Vaeril, prezentując swojego kasztanowego ludzika. — Jest tak samo dobrze ubrany.
Nieważne, gdzie umawiali się na spotkanie, Soren zawsze wyglądał tak zjawiskowo. Nawet dzisiaj, na najzwyklejszy spacer po lesie, ubrał się jak na pokaz mody. Vaeril bardzo go podziwiał, a czasem wprost nie potrafił oderwać od niego wzroku. Tak jak w tej chwili — elf z uśmiechem na ustach przyglądał się, jak Soren w wielkim skupieniu składa ludzika.
I wtedy spojrzenie Vaerila padło na tworzone przez niego dzieło. Elf zaniemówił. Ludzik Sorena właściwie nie przypominał… ludzika. Jego główka kiwała się na prawo i lewo, a gdzieś w środkowej części tułowia figurki wbita była dodatkowa kończyna (prawdopodobnie dla utrzymania równowagi).
— Ostrzegam, że jeśli powiesz, że to ja, to się obrażę — zapowiedział Vaeril.
Soren łypnął na niego spod przymrużonych oczu. Wziął swojego ludzika i przysunął go do twarzy swojego kompana. Figurka zakołysała się niestabilnie. Jej główka przechyliła się na drugi bok.
— Ja widzę pewne podobieństwo — stwierdził Soren, nie kryjąc swojego rozbawienia. Potrząsnął swoim dziełem. Patyki łączące kasztany zakołysały się delikatnie.
Vaeril przewrócił oczami, ale przyjął ludzika i położył go sobie na dłoni. Przyglądał mu się przez kilka sekund intensywnie. Wyglądał… jak wyglądał.
— Im dłużej patrzę, tym chyba bardziej pojmuję twoją wizję. — Ostatecznie jednak zgodził się z Sorenem. — Będę z dumą prezentować go na swojej szafce nocnej. Będzie to pierwsza rzecz, jaką będę widzieć codziennie rano.
Przekomarzali się słownie jeszcze przez chwilę, ale niedługo później zabrali swoje rzeczy, otrzepali się z liści oraz suchej trawy i kontynuowali swój spacer. Wkrótce dotarli do leśnej polany. Vaeril trzykrotnie sprawdził to miejsce pod kątem rozpalania ognisk. Nie zasnąłby spokojnie, gdyby tego nie zweryfikował wcześniej. Dlatego też wybrał lokalizację, której właściciele zezwalali na zabawy przy ogniu. W tym celu w centralnej części polany, z dala od wszystkich drzew, zbudowane zostało palenisko. Była to bezpieczna przestrzeń na wzniecenie ognia.
I to właśnie tam (po mniejszych i większych komplikacjach) udało się im w końcu rozpalić ognisko. Niedługo później polanę ogarnął ciepły blask płomieni. Zbliżał się wieczór. Chociaż do tej pogoda dopisywała, a Vaeril nie mógł narzekać na zimno, teraz powoli zaczął odczuwać spadek temperatury. Jesienne noce nie były łaskawe. Z tego też powodu, rozłożyli koc jak najbliżej ogniska, gdzie usiedli tuż obok siebie.
Vaeril zadrżał pod wpływem zimnego powiewu wiatru. Otulił się szczelniej swoim płaszczem i szalikiem. Przysunął się też do Sorena. Oparł się o niego, położył głowę na jego ramiu. Czuł się naprawdę dobrze, wyjątkowo bezpiecznie. Od bardzo dawna brakowało mu bliskości drugiej osoby. Tego rozgrzewającego ciepła, od którego serce zaczyna bić odrobinę szybciej…
— Dziękuję, że jesteś tutaj dzisiaj ze mną — wyszeptał Vaeril. Wpatrywał się w tańczące tuż przed jego oczami płomienie ogniska. To był naprawdę wspaniały dzień. Elf nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł się tak szczęśliwy.
Soren bez słowa objął go ramieniem. Na ten gest Vaeril odprężył się jeszcze bardziej. Chłód jesiennego wieczoru nagle przestał mu przeszkadzać. Las wokół przestał istnieć. Liczyli się tylko oni.
I wtedy Vaeril poczuł dziwny zapach. Wyrwał go on z błogości i odprężenia. Elf wyprostował się i odwrócił głowę, aby zlokalizować źródło nieprzyjemnej woni. Spalenizna? Jej swąd z każdą chwilą stawał się intensywniejszy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz