— …i teraz uważaj – furgonetka praktycznie zwisa z wiaduktu, normalnie trzyma się na resztkach barierki, a kierowca jest jak „Bóg Raoun już się zbliii-żaaa, już puka do mych drzwiii” i speedrunuje rachunek sumienia. I wtedy wkraczamy my, cali na czarno. Ale z odblaskami! — Tarik wyszczerzył zęby w uśmiechu, wrócił do żywej gestykulacji. — Janek jak zwykle jest pierwszy do roboty. Łapie tę furgonetkę za kuper i jak nie zacznie ciągnąć!
— I co, wyciągnął ją?
— No gdzie! — wykrzyknął, kompletnie zagłuszając „Prawie” wypowiedziane przez Gulma. — Tu potrzeba czegoś więcej, niż mięśnie! Tu potrzeba potężnego sprzętu! — głos gnoma przeszedł w sugestywne mruczenie, gdy pochylił się w stronę siedzącej obok pielęgniarki. — I prawdziwego mężczyzny, który potrafi go obsługiwać.
Yeldan wywróciła oczami, prychnęła pod nosem, sięgając po kufel, Tarik zaś całkowicie oddał się pełnemu pasji relacjonowaniu ich akcji z furgonetką, z każdym kolejnym zdaniem coraz bardziej odbiegając od tego, co sam napisał w raporcie i coraz bardziej upodabniając swą opowieść do fabuły filmu akcji, w którym sam był głównym bohaterem. Porozumiewawcze spojrzenia rzucone między sobą przez resztę ekipy strażackiej wyraziły jednogłośną zgodę, by pozwolić Tarikowi szybować na skrzydłach własnej fantazji.
Janek siedział przy stole we względnym milczeniu, bo choć biesiadować lubił, to gadatliwy z natury nie był i wolał przysłuchiwać się rozmowom, śmiać z dowcipów i po prostu być, dzielić ten spokojny czas z innymi, niż wymądrzać się nawet na tematy, o których miał jakieś większe pojęcie. Od czasu do czasu sięgał po kąsek kurczaka, ogryzał do czysta i kość lądowała w przeznaczonym na to koszyku. Częstował się też i frytkami, bo ziemniaki zawsze lubił, a ten tutejszy wynalazek, żeby je w słupki kroić i na głębokim tłuszczu smażyć, bardzo przypadł mu do gustu. Piwo powoli znikało z kufli, pojawiały się nowe i nikt już właściwie nie liczył, ile czego poszło – liczyło się tylko towarzystwo, rozmowy, wspólne śmiechy i czas, który spędzali bez stresu i zmartwień.
Bar o tej porze nabierał cieplejszej barwy – żółtawe światło lamp mieszało się z gwarnym szczękiem szkła, przypadkowy szuraniem i tonącym w tym wszystkim głosie komentatora sportowego, gdy na wciśniętym w róg sali telewizorze leciał właśnie mecz hokeja. Paru jegomości z barwnymi szalikami wlepiało spojrzenia w przemykający po lodzie krążek, udzielając zawodnikom bezcennych porad, burcząc i marszcząc brwi, gdy ci ich za nic nie słuchali.
Janek sięgnął po kolejne skrzydełko, gdy wtem jego instynkt zerwał się jak oparzony, wyszczerzył kły i zjeżył tak, że aż strażak sam drgnął na ławie. Rozłożone przed nim mięso nagle przestało być takie atrakcyjne, frytki też się już nie liczyły, piwo odeszło w zapomnienie, cała jego uwaga mimowolnie skupiła się na nowej zdobyczy, która właśnie weszła do baru. Janek spojrzał, westchnął, spróbował się uśmiechnąć, czując w kościach, że ten spokojny wieczór właśnie przestał być spokojny.
Młody doktor, jakby przez złośliwe fata prowadzony, przycupnął mu pod bokiem, niczym ta zagubiona ptaszyna, Janek zaś splótł dłonie na blacie, starając się nie spinać mięśni, gdy robocza koszula musnęła jego łokieć. Na oddziale ratunkowym było mu trochę łatwiej – wszedł gotów na to, że jego natura spróbuje zerwać się z łańcucha, że będzie wokół niego pełno łatwych celów, choć ten jeden wołał do niego z niespotykaną mocą. Tutaj jednak niczego takiego nie oczekiwał, spodziewając się wyłącznie spokoju i pikantnych skrzydełek. Znów westchnął, nieznacznie się przechylił, lecz wciąż nie wyczuł wokół drugiego mężczyzny woni śmiertelnej choroby – jedynego, co mogłoby aż tak go drażnić. Doprawdy, dziwna to była sprawa i Janek wolałby ją sobie przemyśleć w spokoju, a tymczasem dziwny doktorek siedział mu na wyciągnięcie ręki, i instynkt strażaka nie dawał mu chwili wytchnienia.
Rozmowa na powrót popłynęła, wijąc się wśród przypadkowych meandrów, rozbijając się od tematu do tematu, co jakiś czas brzmiąc salwą śmiechu, by rozpaść się na odrębne nurty, gdy jeden koniec stołu dyskutował o nadchodzących wyborach, drugi zaś dzielił się najlepszymi przepisami na air fryera. Janek na polityce się nie znał, z frajerami się nie zadawał, poczuł za to czyjeś szare oczy wpatrujące się w niego nieco dłużej, niż stosowne. Zabębnił palcami po kuflu, odwrócił się do swej wyjątkowej zdobyczy, tylko po to, by unieść brwi na usłyszane pytanie. Przebiegł wzrokiem po twarzy Sammy'ego, szukając w niej sam nie wiedział czego, znalazł jednak tylko zaróżowione alkoholem policzki i niepewność w spojrzeniu, skaczącym po nim niczym pasikonik. Nie odezwał się od razu, aż drugi mężczyzna chrząknął lekko, zaczerwienił się jeszcze bardziej.
— Za dzieciaka to kurdupel byłem — odpowiedział w końcu Janek, pytanie biorąc dosłownie, jak niemal wszystko w żywocie. — Ale to jak każdy dzieciak, co małym się rodzi i potem rośnie. Jak mi na młodzieńcze lata szło, to jak ta sosna wystrzeliłem, chudy taki, ale łeb pod powałę.
— A teraz chłop jak dąb — wtrąciła się siedząca kawałek dalej doktor Renard, Katniss, ta sama, która obdzwaniała centralę by wyjaśnić sprawę zawartości cysterny te dwa tygodnie temu. Sprzedała przyjacielskiego kuksańca Sammy'emu, młody doktor tylko trochę wpadł na Janka.
Janek poczuł, jak ramię Sammy'ego przez ułamek sekundy przylega do jego własnego. Nic więcej, ledwie muśnięcie, a instynkt aż szarpnął się w piersi, głodny i natarczywy. Strażak wypił łyk piwa, dłuższy niż potrzebował, nawet gdyby miało mu to w jakiejkolwiek materii pomóc.
— Rodzice dbali, żebym głodny nie chodził, to i parę w garści mam — dodał strażak, popatrując na własną rękę. Bezwiednie rozwarł i zacisnął pięść, silną i wyrobioną, szorstką i upstrzoną piegami. — Karmili mnie zaś tym, co i sami jedli, niczym tam specjalnym. Pierogi to były, bigos, gulasze przeróżne, rosół czy inne zupy…
— Janek to nasz kucharz — odezwał się nagle Gulm, przelotnie dołączając do rozmowy i pochylając się przez stół, by dokonać taktycznego przejęcia ostatniego kawałka pikantnego kurczaka. — Na jego potrawach to każdy urośnie.
— Więcej mi zasług przypisujesz, niż to warte albo sprawiedliwe — odparł Janek, uśmiechając się ciepło, nim powrócił uwagą do Sammy'ego. — Myśmy się dwaj niewiele na oddziale widzieli. Długo już pracujesz? Ze Stellaire jesteś, czy gdzieś z daleka cię los przywiódł?
Może mu się wydawało, że mężczyzna trochę się odsunął.
— Dopiero miesiąc — Sammy zająknął się, przysunął sobie bliżej kufel, jakby szukał w zimnym szkle jakiegoś oparcia. — I jestem z Vespy. Z rancza, takiego nie za dużego. Tam się wychowałem.
Janek skinął głową. Coś mu tak mówiło, że z tego doktorka to podobna dusza jest, chociaż owa Vespa zdawała mu się krajem cudacznym i odległym. Widać jednak zwierząt piastowanie i o zbiory dbanie było podobne bez względu na odłamek.
— A szczęście tu znalazłeś?
Cisza zapadła, kufel Sammy'ego zamarł w pół drogi.
— Co takiego?
— Szczęście. Czy tu szczęśliwy z nami jesteś — powiedział Janek.
— To będzie dobre — mruknęła Katniss, nim wgryzła się w nóżkę.
— Jak człowiek wie, po co rankiem wstaje, i jak ma kogoś, kto go na wieczór wypatruje, żeby do domu cały i zdrów wrócił, to szczęśliwym go można nazwać — zauważył filozoficznie strażak. — I o to też pytałem.
Medyk patrzył przez chwilę w kufel, jakby nie normalne pytanie, ale problem z egzaminu na studia dostał, nim postanowił się odezwać.
— To ja… — Sammy zaczął, urwał, pociągnął łyk piwa. — Chyba mojemu współlokatorowi zależy, żebym na wieczór trafił z powrotem. Tak myślę. Że zależy mu na moim bezpieczeństwie — przyznał ostrożnie. — I no… kredyty się same nie spłacą — dodał ciszej — więc wiem, po co rano wstaję.
— No to zajmujące — skwitował Janek — ale brzmi, że to szczęście w żywocie faktycznie jest. Cel jest i bliscy są.
— A ty? — spytał wtedy Sammy.
— Co ja?
Kufel Sammy'ego prosił się o dolewkę.
— Długo tu już jesteś? W sensie strażakiem w remizie? I uh… też chyba nie jesteś tutejszy?
— Ano nie jestem. — Janek skinął głową, wiedząc dobrze, że nie miał co udawać, skoro wystarczyło mu ledwie gębę otworzyć, by wszyscy wokół wiedzieli, skąd pochodził. — Większość żywota spędziłem w Medwi, na północy, tam trochę zimno…
— Piździ złem — wtrącił nagle Tarik, bez pardonu kradnąc dwa przyniesione właśnie przez kelnera kufle. Jeden postawił przed sobą, drugi pchnął w stronę Yeldan. Pielęgniarka ponownie wywróciła oczami, skinęła w stronę skrzydełek, które Tarik zaraz dla niej upolował.
— …no a tu, w Stellaire, to już ze cztery lata będą, jak mieszkam i z ekipą do pożarów i nieszczęść jeżdżę. Dobry to żywot, zbożny i godny, a i zajmujący, bo żaden dzień innemu niepodobny. Cały czas się coś dzieje.
Sammy pokiwał głową, dopiwszy swoje piwo i rzucił Katniss nieokreślone spojrzenie, gdy kobieta podsunęła mu nowy kufel, uśmiechając się uroczo.
— Z ciebie to rodzice muszą być dumni — zagaił wtem Janek z uśmiechem. — Doktora mieć w rodzinie to każdy by chciał, po sąsiadach rozpowiadać, jak się dzieciak udał.
Sammy chrząknął, spojrzał na opadającą niespiesznie pianę, a to napięcie, które od początku spinało szczupłe barki, przerodziło się w przygniatający je ciężar.
— Pewnie wielu rodziców jest dumnych ze swoich dzieci — powiedział oględnie, nim zmienił temat, niemal na jednym wdechu kontynuując zdanie: — A ty masz tutaj rodzinę? Nie wiem, żonę, męża, jakieś dzieci? Twoi rodzice tu mieszkają?
Rychła była ta zmiana tematu, a i reakcja na pytanie taka, jakby Janek starego siniaka nieopatrznie dotknął. Strażak westchnął w duchu, bo sam całą swą siłę brał właśnie z rodziny, teraz zaś, gdy został na tym świecie sam jak palec, wspomnienia utraconego bezpowrotnie domu i szczęścia były tym, co ogrzewało jego serce. Dzieciakiem był, gdy rodzice uczyli go wszystkiego, co wiedzieli, o życiu i o świecie, przysposobiali, by w dorosłości sobie radził i wspierali, nawet gdy popełniał błąd za błędem. Zwłaszcza wtedy. Janek wolał nie myśleć, na co by wyrósł, gdyby nie ich miłość. Stąd i serce mu się ściskało, gdy widział, że dla kogoś temat rodziny zamiast być radością, jest źródłem jakichś zmartwień i bolączek.
— Moi rodzice zostali w Medwi — odparł.
— Odwiedzasz ich czasem?
— W sercu ich odwiedzam — powiedział, kładąc dłoń na piersi. — W poświęconej ziemi już śpią, to im odległość nie wadzi.
Sammy zamarł, usta poruszyły się bezgłośnie, panika zagościła w spojrzeniu.
— Ja… przepraszam, nie powinienem był tak pytać…
Janek potrząsnął głową, uspokajająco skinął dłonią.
— To już dawno zabliźniona rana, nic nie boli, a i wiedzieć przecież nie mogłeś — dodał, nim podjął temat. — Co do innych spraw, to męża czy żony jeszcze żem nie znalazł, a i dzieci się nie dorobiłem.
— Znaczy, wszystko przed tobą — odezwał się siedzący kawałek dalej pielęgniarz, Norton, jeśli Janek dobrze pamiętał. Wymienił on porozumiewawcze spojrzenie z Katniss, uśmiechnął się.
— Na to wygląda. Ale mi nie jest spieszno. Co ma być, to będzie, a jeśli miłość mi przeznaczoną, to sama w końcu przyjdzie – gonić i chwytać na siłę jej nie będę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz