15 marca 2026

Od Yonkiego do Song Ana

Na całym terenie obozowiska zapanował chaos i tym razem nie był to chaos wywołany przez Yonkiego (raczej). Jedni przekrzykiwali drugich, słowa wszystkich jednak miały to samo przesłanie – kara boska. Yonki z Song Anem błądzili po innych wzrokiem, po ich twarzach widać było wyraźnie, że nie do końca rozumieli całą sytuację.
Kara boska? Bóg Czasu Czas (typ serio powinien zmienić sobie imię albo tytuł, to się głupio wymawiało) niczego nie zrobił w ciągu ostatnich... w zasadzie to od początku obozu. Pomyśleć, że minęła cała noc, a ten jeszcze nie dał żadnego znaku! Yonki był tego pewien, ponieważ bogowie po użyciu swoich mocy zostawiali ślad, który on wykrywał. A może ci riftreachowi inaczej działali? Taka opcja w sumie istniała. Co nie zmieniało faktu, że Bóg Chaosu i tak tego nie kupował. Na miejscu Czasu już dawno by się objawił przed śmiertelnikami, zaprezentował swoje wypasione, super moce i pokazał swoją prawdziwą formę! Co prawda, on wobec swoich własnych wiernych tak nie robił, w sumie to tutaj nie miał zbytnio doświadczenia, ale gdyby był Czasem, z pewnością nie zwlekałby ani chwili! Jak na Boga Czasu to dużo tego czasu marnuje...
Hałas ustał, gdy głos zabrał główny kapłan. Stanął pośrodku wszystkich, zwrócił na siebie uwagę. Tym swoim kapłańskim tonem zaczął coś tam gadać, że wszystko ma pod kontrolą, aczkolwiek dostał wiadomość od Czasu, że trzeba popracować nad wiarą ich wspólnoty i powoli rozpocząć przygotowania ofiary. Yonki o dziwo słuchał go w miarę uważnie, bo jeśli dobrze zrozumiał, to ten ogień rzeczywiście był sprawką Czasu?
— Czyli to nie nasza wina? — szepnął do stojącego obok Song Ana.
— Na to wygląda — odparł tamten, wzruszając ramionami.
No to super, to wcale nie tak, że oni wywołali pożar swoimi próbami upieczenia pianek! Będą mogli później znowu spróbować!
Nikt już więcej nie poszedł spać. Wszyscy zajęli się sprzątaniem po niefortunnym zdarzeniu, ktoś zaczął chodzić naprawiać namioty zaklęciami, a potem, zamiast udać się na odpoczynek, zebrali się przy świętym ognisku i zastygli w modlitwach. To znaczy, prawie wszyscy.
— W sumie skoro jest rano, to chcesz się przejść po lesie? — zaproponował Yonki. — Po świcie powietrze jest takie rześkie i czasami nad ziemią unosi się taka fajna mgiełka. I można spotkać wiele zwierząt, bo jedne się właśnie budzą, a drugie dopiero idą spać!
Uwielbiał łazić po lasach. W Haverunie nie było skupiska drzew, którego on nie przemierzył, a nigdy się mu nie znudziły! Mieszkały tam przeróżne ciekawe zwierzęta: niedźwiedzie, wilki, wielkie koty, szalone bestie i tak dalej! Czasami też spotykał śmieszne osoby, które były na przygodzie lub tej przygody poszukiwały! Raz poznał taką grupkę ziomków z nożami, którzy w jaskini trzymali mnóstwo drogocennych pamiątek po wielu wypadach! Z początku nie byli bardzo towarzyscy, ale potem błagali, by Yonki przyjął od nich te pamiątki. Ach, to były czasy!
Song An uśmiechnął się szeroko, wyraźnie zainteresowany pomysłem swojego nowego kolegi, aczkolwiek w pewnym momencie zmarszczył lekko brwi. Coś mu siedziało na umyśle.
— Teraz? — spytał. — Prowadzący obozu powiedział, że teraz wszyscy mają stać przy ognisku.
— I to jest nudne! — Yonki podparł się rękami na biodrach. — W dodatku oni się modlą, a ja nie zamierzam się do nikogo modlić! To poniżej mojej godności! Poza tym nikt nawet nie zauważy, jak sobie pójdziemy.
Sam był bogiem, więc po kiego muchomora miał się modlić do innego boga! Muchomora? Muchomory były fajne, takie z kropkami i dobre. Ale nie o muchomory chodziło, tylko o modlenie! W sumie też na M, ale to zupełnie co innego! To tak, jakby bibliotekarz miał wypożyczać książki z innej biblioteki! Nie miało absolutnie żadnego sensu!
Song An nie potrzebował długiego namawiania. Od początku pomysł pójścia w las mu się podobał, widać to było po nim. Plus będą mogli nazbierać patyków na kolejne ognisko i tym razem oboje będą dobrze widzieć, gdzie leżą.
— W sumie — dumał na głos — ja nie powinienem chyba modlić się do kogoś innego.
— Kogoś innego? — Białooki uniósł jedną brew.
— Nikogo innego, haha, nikogo, do kogo niby! Hej, a myślisz, że uda nam się nazbierać jagód? — szybciej niż błyskawica zmienił temat. — Myślę, że pasowałyby do pianek!
Song An, geniuszu! To był superancki pomysł! Yonki nadal nie wiedział, jak pianki smakowały na ciepło (gdzieś tam w duchu dalej dokuczało mu, że taka okazja dosłownie przeszła koło nosa), ale wierzył, że z owocami będą bomba! Znaczy się, nie będą bombą, nie wybuchną nagle, chodziło o takie określenie, które bóg poznał od Cheory'ego. Chociaż on się tam nie znał, może po połączeniu pianek z owocami rzeczywiście powstanie bomba. Ale bomby są super! Wybuchają i wszystko nagle jest w powietrzu! Gorzej tylko, jak taka bomba wybuchnie, gdy się ją trzyma, Yonki już się nauczył. Dobrze, że był nieśmiertelny.
— O, na pewno! — zawołał rozradowany, acz niezbyt głośno, żeby nie zwrócić na siebie uwagi innych. — Ja też umiem robić dżem! — pochwalił się.
Słysząc te słowa, Song An otworzył szeroko oczy.
— Umiesz robić dżem?!
— To nic trudnego! Zgniatasz owoce i na ciepło je robisz!
Yonki nie był Bogiem Gotowania ani nie przyrządzał potraw tak jak Raoun, ale co nieco umiał ogarnąć, a dżem to w jego przypadku prościzna! Potrzebował tylko owoców i naczynia typu miska lub coś podobnego.
— To chodźmy nazbierać jagód! — Uśmiechnął się szeroko Song An.
I poszli. Nikt nie spostrzegł niziutkiej dwójki, która sprawnie oddaliła się od grupy i zapuściła się w las.
Szli wesołym krokiem, otoczeni z każdej strony drzewami. Promienie położonego nisko słońca jeszcze się nie przebijały zbyt dobrze przez gałęzie, panował więc lekki półmrok. Nie przeszkadzało to jednak chłopakom ani trochę. Wręcz przeciwnie – według Yonkiego tworzyło to ciekawą aurę, która stwarzała myśl, że w każdej chwili znienacka coś mogło ich zaskoczyć. Miał nadzieję, że to nastąpi możliwie jak najszybciej!
Nie szli długo, jak znaleźli krzak pełen jakichś czerwonych owoców. Zatrzymali się przy nim, zaczęli zbierać. Song An wcześniej zdjął swoje szaty, żeby do ich kaptura wrzucać owoce. Yonki postanowił się od niego odgapić.
Mieli ich już trochę, kiedy długowłosego chłopaka naszła pewna myśl. Postanowił się nią podzielić z towarzyszem.
— Te owoce wyglądają na smaczne, ale nie jestem pewien czy możemy je zjeść — zaczął. — Słyszałem, że śmiertelnicy nie wszystko mogą jeść. To znaczy, my, śmiertelnicy, my, ja, zwykły człowiek i ty, czarodziej — poprawił się szybko, choć niezbyt sprawnie.
Na jego szczęście Yonki zignorował ostatnie słowa, już akceptując ten śmieszny sposób, w który kolega siebie określał; spojrzał na swoje owoce, wydął na moment usta w zamyśleniu.
— Na pewno będzie dobrze! Ja mówię, że je zjemy bez problemu!
Bo zjedzą. Yonki ukradkiem sprawi, że Song Anowi na pewno nic się nie stanie i będą mieli super dżem! Taki idealny do pianek! Pianek na ciepło, bo tym razem wszystko przebiegnie dobrze, moment rozpalania ogniska nie pokryje się z momentem zesłania pożaru przez Boga Czasu, który w sumie nie wiadomo jak zesłał ten ogień, kiedy był bogiem czasu a nie ognia, ale dobra, niech już tam będzie, może akurat nosił przy sobie zapalniczkę.
— To weźmy więcej, żeby nie zabrakło! — Song An kontynuował zrywanie.
— Mhm! — Yonki przytaknął żywiołowo, idąc w ślad tamtego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz