Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

16 marca 2026

Od Merlina do Souela

Z restauracji wyszli w końcu przyjemnie rozgrzani i kuliści. Pewnie dlatego Merlin aż się skrzywił, gdy zaraz za drzwiami zaatakowało ich mroźne, medwieńskie powietrze, szczypiące bezlitośnie w odsłonięte nosy i policzki. Ulica była wąska i wybrukowana nie do końca równą kostką, a pomiędzy ciasno stłoczonymi kamienicami wiatr hulał jak chciał, szarpiąc za kołnierze i wciskając się wszędzie tam, gdzie kurka nie domykała się idealnie.
— Czy tu musi tak koszmarnie wiać? — spytał Merlin, zerknął na Souela. — Bez obrazy.
Souel pokręcił głową.
— Nic się nie stało. Wiatr rzeczywiście jest bardzo silny.
Ruszyli w stronę hotelu. To był naprawdę długi dzień – od lotu samolotem, pierwszym w jakże krótkim, lecz i tak obfitującym w przygody życiu Merlina (przynajmniej on tak uważał – zawsze wolał mniej przygód, niż za dużo), przez spacer po mieście, wizytę w muzeum oraz pierwsze starcie z tutejszym językiem oraz kuchnią – Merlin miał wrażenie, że w ten jeden dzień przeżył cały tydzień. Najczęściej nie miał problemów z siedzeniem do późna (ale ze wstawaniem rano już tak), jednak tym razem wystarczyło mu, że umył się na wieczór, pogadał trochę z resztą rodziny i na dobrą sprawę mógł iść spać, tak nie za długo po wieczorynce. Souel nie oponował, wspominał coś o tym, że zrobi jeszcze jakąś małą powtórkę przed kolejnym dniem i też się już położy. Merlin zawinął się więc w kołdrę i gdy tylko przyłożył głowę do poduszki, zapadł w głęboki sen, z którego budzik ledwie zdołał go wyciągnąć.


Rzeczywistość ich dogoniła i przyszedł w końcu moment, gdy musieli robić nie to, co im się podobało, tylko to, po co do tego kraju przybyli. Merlin niemrawo zjadł śniadanie, choć w brzuchu mu burczało, a hotelowy bufet obfitował w pieczywo i przeróżne rodzaje dżemu, do picia było też kakao, lecz nawet ta powódź tak lubianego przez Merlina cukru nie była w stanie wygrać z osiadającym gdzieś w środku stresem i zdenerwowaniem. Siedział przy stoliku i gapił się w kubek, podczas gdy Souel systematycznie radził sobie z zawartością swojego talerza, popatrując jednocześnie na jakieś notatki w telefonie. Merlin poczuł mieszaninę podziwu i rezygnacji, która towarzyszyła mu często w obecności osób ogarniających rzeczy.
A potem nie było już odwrotu, bo oto przyszedł czas na zebranie rzeczy i wyjście przed hotel, gdzie miał ich odebrać kontakt z lokalnej szkoły.
Merlin stał na chodniku ze swą nieśmiertelną kostką przewieszoną krzywo przez ramię, puszczając z ust obłoczki pary w zimnym powietrzu, bo choć wiatr odpuścił, wciąż było naprawdę mroźno. Souel stał zaraz obok, wyprostowany i spokojny, całkowicie odporny na fochy otaczającego ich żywiołu.
— Długo jeszcze? — spytał Merlin.
— Jest ósma siedemnaście — odparł Souel. — Spóźniają się dwie minuty.
— Uświerknę tu.
— Musimy dać im ten kwadrans akademicki.
— Co racja to racja — odparł czarodziej z rezygnacją w głosie.
Najczęściej nie miał problemów z tym, że ktoś się trochę spóźniał (jakby sam tego nigdy nie robił), ale tamtego dnia stres sprawiał, że jego nastrój nie sprzyjał wyrozumiałości. Souel wydawał się nieporuszony – stał spokojnie i czekał, wypatrując mającej się nimi zająć ekipy, aż Merlin zaczął się zastanawiać, który level trzeba w życiu wbić, żeby w końcu dostać tę mityczną aurę Prawdziwego Dorosłego.
Wtem zza zakrętu wypadł samochód – ten jednak, zamiast ruszyć gdzieś dalej, zwolnił na wysokości hotelu i z piskiem opon zatrzymał się w zatoczce. Silnik prychnął, z rury wydechowej kaszlnęło smolistą czernią, drzwi otwarły się i ze środka wysiadła jakaś dziewczyna. Na oko była mniej więcej w wieku między Souelem a Merlinem, a ubiór wprost z katalogu sklepu sportowego nadawał jej wyglądu osoby konkretnej, rzeczowej i przygotowanej na wszystko. Podeszła do nich raźnym krokiem, odrzucając na plecy jasny warkocz.
— Cześć! Sorry za spóźnienie — odezwała się w ekwilango z mocnym, medwieńskim akcentem. — Wy jesteście Merlin i Souel, co nie?
— Tak, to my — odparł Merlin.
— Ja jestem Souel. — Genashi wskazał na siebie, potem na Merlina: — A to Merlin.
— No i super. — Dziewczyna wyszczerzyła się w uśmiechu. — Ja jestem Kateřina, ale mówcie mi Katka. Dobra. — Klasnęła w okryte rękawiczkami dłonie. — Nie ma co gadać po próżnicy. Wsiadajcie!
Wpakowali się na tylne siedzenie. Merlin trochę osunął się po siateczce drewnianych koralików okrywających sztuczną skórę, ale jakoś dał radę i nawet sięgnął po pasy.
— Dzień dobry — powiedział wraz z Souelem do kierowcy, ten zaś uśmiechnął się i pokazał im kciuk w górę, wraz ze złotem w uzębieniu.
— To wujek Vašek — przedstawiła go Katka, siadając na siedzeniu z przodu. — Nie mówi w ekwilango, ale ja mówię, więc spoko.
Wujek Vašek odezwał się po swojemu, Katka parsknęła śmiechem, a potem silnik warknął i samochód wyrwał przed siebie.
— Jak tam podróż? — rzuciła przez ramię, odwracając się do nich.
— Bez żadnych problemów — odparł Souel. — Dotarliśmy na czas i nic złego się nie wydarzyło.
— Najlepiej! — Znów się do nich uśmiechnęła. — A daliście radę zobaczyć trochę Medwiograd? Czy do hotelu i w spanko?
— Byliśmy w muzeum.
— Ooo! Którym?
— Narodowym.
— A to nudy — Katka machnęła dłonią. — No, ale może dla was egzotyka, nie? Nas tam regularnie ciągają.
— No to jak u nas – też jest Muzeum Narodowe i idzie się z klasą i wychowawczynią.
Wtem samochód zahamował gwałtownie, aż Merlin poleciał trochę i pasy wpiły mu się boleśnie w mostek. Wujek Vašek dał po klaksonie, burknął pod nosem wiązankę, której na pewno nie można było puścić na salonach.
— Jeżdżą jak debile — skwitowała kierowcę przed nimi Katka, nim na powrót odwróciła się do Souela i Merlina. — Coś jeszcze się udało ogarnąć?
— Eee, byliśmy na jedzeniu? — odparł Merlin, poprawiając pas.
— Ale nie na starym mieście, co?
— Nie — odezwał się Souel. — Udało nam się znaleźć taką ładną restaurację trochę poza centrum.
— Jak obsługa nie mówiła w żadnym normalnym języku, to na pewno była dobra.
Wujek Vašek wprowadził samochód w ostry zakręt, Merlinowi mignęło tylko czerwone światło. Katką zarzuciło, dziewczyna oparła się o ramię wujka. Souel odetchnął trochę głębiej.
— Może lepiej byłoby, żebyś wygodniej usiadła?
— E, nic nie będzie — Katka machnęła dłonią. — Wujek jest dobry kierowca, nie rozbije się. Nie tak, jak ostatnim razem.
— Ostatnim razem?! — wypalił Merlin, otwierając szerzej oczy.
Katka parsknęła śmiechem.
— Żarcik, żarcik, nie pękaj, Merlin! No ale wracając — powiedziała już innym tonem. — Mam nadzieję, że jesteście gotowi na dzisiaj, co?
— Sądzę, że sobie poradzimy.
Dobrze, że Souel powiedział za nich dwóch – dzięki temu Merlin nie musiał kłamać, bo on zdecydowanie nie uważał, że sobie poradzą. Znaczy, sądził, że Souel spoko da radę, a z nim samym to może być różnie. Najbardziej martwił się, że tak jak owego pamiętnego popołudnia na uniwersytecie, jego magia postanowi zrobić coś dziwnego, i tym razem przywoła coś gorszego, niż wkurzone tornado. „Będę się tym martwił, jak się to tornado pojawi,” pomyślał Merlin, starając się wcielić w życie filozofię, którą zdawał się kierować Song An – by nie stresować się rzeczami na zapas i ufać w to, że cokolwiek złego ma się wydarzyć, uda się to w końcu jakoś rozwiązać. Szło mu różnie.
— No więc plan na dzisiaj jest taki — zaczęła Katka, korzystając z chwili spokoju, gdy wujek Vašek akurat zatrzymał samochód na światłach. — Idziemy do szkoły i zapoznajemy wszystkich. Potem mamy zajęcia na dworze i robimy podstawy magii rytualnej.
— A jakie rytuały będą dzisiaj? — spytał Merlin, bo oczywiście co przeczytał, to mu wyleciało z głowy.
— Ochronne. Żeby was żadne leśne licho nie pożarło, jak na grzyby pójdziecie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz