Z restauracji wyszli w końcu przyjemnie rozgrzani i kuliści. Pewnie dlatego Merlin aż się skrzywił, gdy zaraz za drzwiami zaatakowało ich mroźne, medwieńskie powietrze, szczypiące bezlitośnie w odsłonięte nosy i policzki. Ulica była wąska i wybrukowana nie do końca równą kostką, a pomiędzy ciasno stłoczonymi kamienicami wiatr hulał jak chciał, szarpiąc za kołnierze i wciskając się wszędzie tam, gdzie kurka nie domykała się idealnie.
— Czy tu musi tak koszmarnie wiać? — spytał Merlin, zerknął na Souela. — Bez obrazy.
Souel pokręcił głową.
— Nic się nie stało. Wiatr rzeczywiście jest bardzo silny.
Ruszyli w stronę hotelu. To był naprawdę długi dzień – od lotu samolotem, pierwszym w jakże krótkim, lecz i tak obfitującym w przygody życiu Merlina (przynajmniej on tak uważał – zawsze wolał mniej przygód, niż za dużo), przez spacer po mieście, wizytę w muzeum oraz pierwsze starcie z tutejszym językiem oraz kuchnią – Merlin miał wrażenie, że w ten jeden dzień przeżył cały tydzień. Najczęściej nie miał problemów z siedzeniem do późna (ale ze wstawaniem rano już tak), jednak tym razem wystarczyło mu, że umył się na wieczór, pogadał trochę z resztą rodziny i na dobrą sprawę mógł iść spać, tak nie za długo po wieczorynce. Souel nie oponował, wspominał coś o tym, że zrobi jeszcze jakąś małą powtórkę przed kolejnym dniem i też się już położy. Merlin zawinął się więc w kołdrę i gdy tylko przyłożył głowę do poduszki, zapadł w głęboki sen, z którego budzik ledwie zdołał go wyciągnąć.
Rzeczywistość ich dogoniła i przyszedł w końcu moment, gdy musieli robić nie to, co im się podobało, tylko to, po co do tego kraju przybyli. Merlin niemrawo zjadł śniadanie, choć w brzuchu mu burczało, a hotelowy bufet obfitował w pieczywo i przeróżne rodzaje dżemu, do picia było też kakao, lecz nawet ta powódź tak lubianego przez Merlina cukru nie była w stanie wygrać z osiadającym gdzieś w środku stresem i zdenerwowaniem. Siedział przy stoliku i gapił się w kubek, podczas gdy Souel systematycznie radził sobie z zawartością swojego talerza, popatrując jednocześnie na jakieś notatki w telefonie. Merlin poczuł mieszaninę podziwu i rezygnacji, która towarzyszyła mu często w obecności osób ogarniających rzeczy.
A potem nie było już odwrotu, bo oto przyszedł czas na zebranie rzeczy i wyjście przed hotel, gdzie miał ich odebrać kontakt z lokalnej szkoły.
Merlin stał na chodniku ze swą nieśmiertelną kostką przewieszoną krzywo przez ramię, puszczając z ust obłoczki pary w zimnym powietrzu, bo choć wiatr odpuścił, wciąż było naprawdę mroźno. Souel stał zaraz obok, wyprostowany i spokojny, całkowicie odporny na fochy otaczającego ich żywiołu.
— Długo jeszcze? — spytał Merlin.
— Jest ósma siedemnaście — odparł Souel. — Spóźniają się dwie minuty.
— Uświerknę tu.
— Musimy dać im ten kwadrans akademicki.
— Co racja to racja — odparł czarodziej z rezygnacją w głosie.
Najczęściej nie miał problemów z tym, że ktoś się trochę spóźniał (jakby sam tego nigdy nie robił), ale tamtego dnia stres sprawiał, że jego nastrój nie sprzyjał wyrozumiałości. Souel wydawał się nieporuszony – stał spokojnie i czekał, wypatrując mającej się nimi zająć ekipy, aż Merlin zaczął się zastanawiać, który level trzeba w życiu wbić, żeby w końcu dostać tę mityczną aurę Prawdziwego Dorosłego.
Wtem zza zakrętu wypadł samochód – ten jednak, zamiast ruszyć gdzieś dalej, zwolnił na wysokości hotelu i z piskiem opon zatrzymał się w zatoczce. Silnik prychnął, z rury wydechowej kaszlnęło smolistą czernią, drzwi otwarły się i ze środka wysiadła jakaś dziewczyna. Na oko była mniej więcej w wieku między Souelem a Merlinem, a ubiór wprost z katalogu sklepu sportowego nadawał jej wyglądu osoby konkretnej, rzeczowej i przygotowanej na wszystko. Podeszła do nich raźnym krokiem, odrzucając na plecy jasny warkocz.
— Cześć! Sorry za spóźnienie — odezwała się w ekwilango z mocnym, medwieńskim akcentem. — Wy jesteście Merlin i Souel, co nie?
— Tak, to my — odparł Merlin.
— Ja jestem Souel. — Genashi wskazał na siebie, potem na Merlina: — A to Merlin.
— No i super. — Dziewczyna wyszczerzyła się w uśmiechu. — Ja jestem Kateřina, ale mówcie mi Katka. Dobra. — Klasnęła w okryte rękawiczkami dłonie. — Nie ma co gadać po próżnicy. Wsiadajcie!
Wpakowali się na tylne siedzenie. Merlin trochę osunął się po siateczce drewnianych koralików okrywających sztuczną skórę, ale jakoś dał radę i nawet sięgnął po pasy.
— Dzień dobry — powiedział wraz z Souelem do kierowcy, ten zaś uśmiechnął się i pokazał im kciuk w górę, wraz ze złotem w uzębieniu.
— To wujek Vašek — przedstawiła go Katka, siadając na siedzeniu z przodu. — Nie mówi w ekwilango, ale ja mówię, więc spoko.
Wujek Vašek odezwał się po swojemu, Katka parsknęła śmiechem, a potem silnik warknął i samochód wyrwał przed siebie.
— Jak tam podróż? — rzuciła przez ramię, odwracając się do nich.
— Bez żadnych problemów — odparł Souel. — Dotarliśmy na czas i nic złego się nie wydarzyło.
— Najlepiej! — Znów się do nich uśmiechnęła. — A daliście radę zobaczyć trochę Medwiograd? Czy do hotelu i w spanko?
— Byliśmy w muzeum.
— Ooo! Którym?
— Narodowym.
— A to nudy — Katka machnęła dłonią. — No, ale może dla was egzotyka, nie? Nas tam regularnie ciągają.
— No to jak u nas – też jest Muzeum Narodowe i idzie się z klasą i wychowawczynią.
Wtem samochód zahamował gwałtownie, aż Merlin poleciał trochę i pasy wpiły mu się boleśnie w mostek. Wujek Vašek dał po klaksonie, burknął pod nosem wiązankę, której na pewno nie można było puścić na salonach.
— Jeżdżą jak debile — skwitowała kierowcę przed nimi Katka, nim na powrót odwróciła się do Souela i Merlina. — Coś jeszcze się udało ogarnąć?
— Eee, byliśmy na jedzeniu? — odparł Merlin, poprawiając pas.
— Ale nie na starym mieście, co?
— Nie — odezwał się Souel. — Udało nam się znaleźć taką ładną restaurację trochę poza centrum.
— Jak obsługa nie mówiła w żadnym normalnym języku, to na pewno była dobra.
Wujek Vašek wprowadził samochód w ostry zakręt, Merlinowi mignęło tylko czerwone światło. Katką zarzuciło, dziewczyna oparła się o ramię wujka. Souel odetchnął trochę głębiej.
— Może lepiej byłoby, żebyś wygodniej usiadła?
— E, nic nie będzie — Katka machnęła dłonią. — Wujek jest dobry kierowca, nie rozbije się. Nie tak, jak ostatnim razem.
— Ostatnim razem?! — wypalił Merlin, otwierając szerzej oczy.
Katka parsknęła śmiechem.
— Żarcik, żarcik, nie pękaj, Merlin! No ale wracając — powiedziała już innym tonem. — Mam nadzieję, że jesteście gotowi na dzisiaj, co?
— Sądzę, że sobie poradzimy.
Dobrze, że Souel powiedział za nich dwóch – dzięki temu Merlin nie musiał kłamać, bo on zdecydowanie nie uważał, że sobie poradzą. Znaczy, sądził, że Souel spoko da radę, a z nim samym to może być różnie. Najbardziej martwił się, że tak jak owego pamiętnego popołudnia na uniwersytecie, jego magia postanowi zrobić coś dziwnego, i tym razem przywoła coś gorszego, niż wkurzone tornado. „Będę się tym martwił, jak się to tornado pojawi,” pomyślał Merlin, starając się wcielić w życie filozofię, którą zdawał się kierować Song An – by nie stresować się rzeczami na zapas i ufać w to, że cokolwiek złego ma się wydarzyć, uda się to w końcu jakoś rozwiązać. Szło mu różnie.
— No więc plan na dzisiaj jest taki — zaczęła Katka, korzystając z chwili spokoju, gdy wujek Vašek akurat zatrzymał samochód na światłach. — Idziemy do szkoły i zapoznajemy wszystkich. Potem mamy zajęcia na dworze i robimy podstawy magii rytualnej.
— A jakie rytuały będą dzisiaj? — spytał Merlin, bo oczywiście co przeczytał, to mu wyleciało z głowy.
— Ochronne. Żeby was żadne leśne licho nie pożarło, jak na grzyby pójdziecie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz