09 marca 2026

Od Dantego – Im doskonalszej jaka rzecz jest treści, tym żywiej czuje rozkosze, boleści

Dziwna to rzecz, znaleźć się w miejscu, gdzie godziny zmieniają się w minuty, gdzie minuty przystają na sekundy, gdzie sekundy przelewają się przez palce i czas płynie nieubłaganym strumieniem, z którym nie podążasz, zatrzymany w chwili, gdy miłość twojego życia podejmuje się rzeczy błahych, a ty oglądasz go jak aktora na scenie, zafascynowany jego mową i sposobem, w jaki świat reaguje na jego istnienie, w jaki on zmienia świat. Na co ci odwracanie wzroku, gdy przed sobą masz wszystko?
Bashar trwał w centrum wszechświata, między niebem a Bucefałem dzielącym go od ziemi. Słońce zwróciło na niego swoje oblicze, rześkie powietrze muskało z wyczuciem jego wargi, podmuchami poruszając się w rytmie jego oddechów, łuk spoczywał spokojnie w okrytej rękawiczką dłoni, przypominając oswojonego tygrysa czekającego na sygnał do skoku. Tygrys łasił się do skóry, prosił, by nim wycelować, gdy przy udzie wyglądał wręcz zbyt potulnie, lecz Bashar czekał, palcem pocierając zakrzywiony grzbiet broni. Pośpiech był wrogiem myśli, myśl wrogiem instynktu. Umysł miał stać się czysty, jednak nie kierowany impulsem. W pozostawieniu rozterek za sobą i ruszeniu naprzód z wierzchowcem tkwiła metoda pozwalająca na perfekcję.
Dante trwał w tym miejscu pozbawionym czasu, między wdechem Bashara a rubinowym spojrzeniem obdzielającym tor łuczniczy bystrością. Nie wiedział, kiedy zaczął się trening ani kiedy skończyć się miał, gdy rzeczywistość stała się niczym więcej jak sugestią dla syrena stojącego przy płocie. Spijał najmniejszy gest Bashara prosto z jego dłoni, piersi, nóg, twarzy, jakby widział go po raz pierwszy i próbował nadać nową nazwę smukłym ramionom i szlachetnemu zarysowi szczęki, bo w żadnym słowniku nie istniał opis zdolny odzwierciedlić wszystko, czym Bashar był.
I wtedy coś się zmieniło w powietrzu, a raczej Bashar przytaknął światu, ruszając na spotkanie ze swoim celem. Ledwo zauważalne przyłożenie nogi wystarczyło, żeby Bucefał wykonał dwa kroki stępa i przeszedł w galop. Tygrys wyprężył grzbiet w dłoni mężczyzny, unosząc się do wystrzału. Strzała pojawiła się znikąd, przygnana na cięciwę bodaj samą myślą. Bashar stanął w strzemionach, wyglądając, jakby utrzymanie prostej postawy na grzbiecie pędzącego konia nie wymagało od niego wysiłku. I niewielu pozwalał dostrzec faktyczną cenę, którą płacił w ciszy, a którą Dante zawsze widział.
Pierwsza tarcza – wdech, rozkaz puszczony z wydechem – i trafienie. Lotki strzały wyglądały jak fantazyjny owad posadzony na żółtym środku.
Bucefał machnął lekko łbem, skory, żeby przyspieszyć, zaś Bashar mu pozwolił, podążając ciałem za rytmem konia. Zbliżali się do drugiej tarczy, kolejna strzała czekała cierpliwie w pewnym chwycie mężczyzny.
W czasie jazdy i łucznictwa Bashar odsłaniał się mocniej, niż był chyba gotowy uwierzyć Dantemu, albo to po prostu on potrafił wpłynąć głębiej w duszę swojego ukochanego. Lekarz stawał się czymś dużo bardziej surowym w swej sile, pozbawionym tych murów znanych większości. Może można by to nazwać boską mocą w najczystszej postaci, lecz ani Bashar nie musiał stać ponad nikim, żeby nagiąć go do swojej woli, tak jak naginał lot strzały do celu, ani Dante nie uważał go za coś boskiego. Bashar był kimś dużo więcej i zarazem przypominał coś zupełnie innego w oczach syrena – kamień, który nie pięknie pod ciosem, jednak odczuje każde wymierzone w niego uderzenie i zmieni je w swą potęgę.
Strzała wyrosła w samym środku drugiej tarczy. Trzecia, ostatnia, nie miała najmniejszych szans w starciu z precyzją jeźdźca.
Bashar gładko powrócił do siodła, nawet nie chwytając wodzy Bucefała, samym dosiadem wciągając go w kłus. Wierzchowiec usłuchał spokojnego anglezowania, powolnym, zgrabnym chodem podjeżdżając do płotu z Dantem. Uśmiech lekarza, gdy wychylał się i ujmował wolną od łuku dłonią pobliźniony policzek, miał w sobie coś iście drapieżnego.
Syren zamknął oczy, oddając się głębokiej pieszczocie, z jaką Bashar ukochał jego wargi, dzieląc się nieco przyspieszonym oddechem, zapachem skóry, konia i satysfakcji, aż wszystko wokół nich zniknęło i Dante zapomniał, jak brzmiało jego własne imię.
— Było doskonale — zamruczał po delikatnym odsunięciu się od siebie, wcale nie mając w zamiarze sprecyzować, czy chodziło mu o celne trafienia, czy o coś zupełnie innego.
— Poprawię — odparł Bashar, delikatnie gładząc jego twarz kciukiem, nim posłał mu jeszcze jeden uśmiech, a potem odjechał i wszystko zaczęło się od początku.
Co prawda Dante nie pamiętał wielu rzeczy po pocałunkach Bashara, lecz pamiętał wszystkie te związane z jego ulubionym lekarzem, dlatego też pod koniec treningu jeden z jego jak zwykle genialnych pomysłów zdołał zakorzenić się na dobre w jego umyśle.


— Niech zgadnę…
— Będzie to niesprawiedliwie proste, nie uważasz? — cmoknął Dante.
Bashar parsknął cichym śmiechem, moszcząc się wygodnie pod bokiem swojego syrena. Ich pociąg gładko mknął poza Stellaire, przeobrażając bloki za oknem w rosnącą liczbę pastwisk, pól i zielonych granic lasu. Słońce ziewało do nich ostatnimi promieniami dnia znad horyzontu, pomalowawszy niebo oranżem i pastelowym różem, a miasto żegnało ich pustym przedziałem i brakiem opóźnienia.
Oczywiście, że nie powiedział dokładnie lekarzowi, gdzie jadą z okazji pewnej specjalnej daty, chociaż spakowany sprzęt jeździecki ich obydwu i lista stacji do odwiedzenia przez pociąg zdradzała wystarczająco, żeby w głowie Bashara wyrosła prawidłowa odpowiedź, może tylko pozbawiona konkretnej nazwy.
— Masz rację, będzie — przyznał, kładąc dłoń na wierzchu dłoni Dantego. Syren zaraz ją obrócił, dwa elementy dopasowały się do siebie naturalnie. — To jednak nie zmienia moich uczuć względem tej weekendowej wycieczki.
— W sensie…?
Bashar wyciągnął się nieco i ucałował jego policzek, półuśmiech bezwiednie pojawił się na ustach Dantego.
— Nie mogę się doczekać.


Osadzona w głębi lasu stadnina, niczym stado dzikich koni skrytych przed ludzkim okiem, niosła w sobie historię dawnych wieków, gdy książęta i księżniczki chętnie uciekali przed okiem naprzykrzających się władców na łono natury, mając pod sobą rączego rumaka, a przed sobą cały szeroki horyzont. Zdobne budynki oraz szlachetne wierzchowce przechodziły z pokolenia na pokolenie, a potem z rąk do rąk, gdy ustrój się zmienił i osoby z odpowiednią ilością zasobów starały się podtrzymać dziedzictwo stadniny, unowocześniając ją względem nowych potrzeb. W ten oto sposób konie stały się dostępne dla przyjeżdżających gości, na terenie dobudowano nocleg, restaurację, mały sklepik, zatrudniono instruktorów szkolących chętnych na maneżu i wyjeżdżających w las z bardziej zaawansowanymi grupami. Wszystko to z zachowaniem nieco staroświeckiego klimatu przywodzącego na myśl te czasy należące do buńczucznych książąt i krnąbrnych księżniczek.
Trochę zajęło Dantemu przekonanie miłej pani z obsługi, że ich dwójka może wyjechać sama w las z mapą wyznaczającą wyjątkowe miejsce, z którego słynęły wyjazdy w teren w tejże stadninie, lecz nie istniał opór zdolny wytrzymać to łagodne, acz nieustające obijanie się o niego fal z szumem syreniej magii. Pani trochę się wierciła, marszczyła brwi, ale jak zobaczyła ich jazdę na maneżu, westchnęła ciężko, wydała tysiąc instrukcji, które Dante wysłuchał z najwyższą uwagą, a potem pozwoliła im pojechać. Bashar uczestniczył w tym wszystkim z lekkim uśmiechem błąkającym się na wargach, ale pozwolił syrenowi działać po swojemu, żeby osiągnąć zamierzony efekt.
Koniec roku zadomowił się w lesie chłodnym tchnieniem wiatru, co uparcie starał się kąsać każdy skrawek odsłoniętej skóry, lecz marne to były wysiłki, gdy ciepłe kurtki, jeździeckie rękawiczki i nieco grubsze bryczesy, przemyślnie wybrane przez Bashara na wyjazd, chroniły ich skutecznie. Słońce próbowało przebić się przez pnie ze swoimi zastępami ciepła, nie doceniwszy chyba jednak gęstwiny – świerki rozłożystą zaporą gałęzi odcinały niebo wraz z horyzontem od wnętrza lasu. Jego absolutna cisza, przerywana jedynie parsknięciami koni i ich miarowym krokiem, pozwalała poczuć się jak na krańcu świata, gdzie nie został już nikt poza nimi.
— Gdzie też tym razem zabiera mnie mój rycerz? — odezwał się Bashar z nutą zaczepności.
Dante poprawił szelki plecaka, bezwiednie wyprężył pierś niczym wspomniany rycerz w zbroi, rzucił spojrzenie rozbawionemu rubinowi. Lekarz nonszalancko kiwał się w rytm stępa swej klaczy o czystej, szampańskiej maści. Czy to ona urodziła się z tak szlachetnie wygiętą szyją i dumnym pyskiem, czy to Bashar nadawał majestatu każdemu dosiadanemu przez niego wierzchowcowi?
— W ładne miejsce — odpowiedział Dante, nie odrywając wzroku od postury jeźdźca. Usta wygięły się w zawadiackim półuśmiechu. — Choć na pewno nie jest ładniejsze od ciebie.
Śmiech Bashara zagłuszyło prychnięcie tarantowatej łobuziary, którą Dante musiał wstrzymywać przy każdym kłusie, żeby nie wyrwała się galopem przed siebie.
— A ile się jedzie?
— Tyle, ile potrzeba. — Syren uniósł złożoną mapę trzymaną w jednej dłoni. — Mam nadzieję, że ufasz mojemu wrodzonemu poczuciu orientacji w terenie? I że nigdy bym nie pozwolił ci się zgubić?
— W zupełności powierzam mój los tobie, mój rycerzu — zamruczał Bashar i Dante tylko trochę mocniej się wyprostował, trochę wyżej zadarł podbródek, niosąc dumnie swój tytuł.
— Już i tak niedaleko.
Konie posłusznie przeszły w kłus na piaskowej ścieżce, ta zaś zaczęła się wić niespodziewanymi zygzakami prowadzącymi w zupełny głąb puszczy, gdzie królowały płochliwe stadka saren i wystukujące niestrudzenie swą melodię dzięcioły. Prześwit widziany gdzieś daleko przed nimi przypominał portal otwarty do innej krainy zabarwionej nierzeczywistymi kolorami i przesyconej zapachem tak intensywnym, że można się było nabawić zawrotów głowy. Bashar zmarszczył brwi, próbując dostrzec coś więcej, lecz Dante nie pozwolił mu się długo zastanawiać – gdy tylko ścieżka wyprostowała się nieco, syren cmoknął, tarantowata klacz ochoczo skoczyła w płynny galop. Lekarzowi nie zostało nic innego, jak popędzić własnego wierzchowca i wpaść chwilę potem na polanę, dech stracić przez roztaczający się przed nimi obraz.
Wybrzuszona połać ziemi na samym jej środku ubrała się w gruby kobierzec dzikich róż. Czerwieńsze od krwi, błękitniejsze od morza, różowsze od rumieńca, w środku jesieni kwitły bogatymi kielichami płatków, kiwając się na wietrze niczym fałdy jedwabnej sukni, z ich barwami odrywanymi przez co mocniejsze podmuchy i porywanymi w barwny wir ponad wzgórzem. Umierający niegdyś krzak róży został dotknięty dziką magią bulgoczącą pod ziemią i rozrósł się bez opamiętania, wypijając korzeniami ostatnie kropelki mocy, by polana mogła na zawsze pozostać kwitnącą oazą w środku lasu.
Dante obejrzał się, przy całym pięknie tej przyrody wciąż patrząc jedynie na Bashara.
— Niesamowite — szepnął w podziwie lekarz i uśmiech rozświetlił syrenią twarz.
Konie uwiązali przy jednym z drzew, dając im wystarczająco luzu potrzebnego na popas, a sami ruszyli lekko wydeptaną ścieżką wijącą się wokół wzgórza. Bashar zerkał częściej na zaskakująco duży plecak, który zabrał ze sobą Dante, lecz jeśli miał jakieś pytania, zachował je dla siebie. Syren za to czuł, jak ta smukła dłoń, która niegdyś wydawała się zbyt delikatna, żeby pasować do jego zdartych knykci, zaciska się mocniej, czulej na jego palcach, a on zrozumiał wszystko w locie.
Szli niespiesznie i w milczeniu wypełniającym się uczuciem, otuleni słodyczą róż.
Gdy dotarli na szczyt, w czasie tego samego uderzenia serca osunęli się powoli na kolana, ramię przy ramieniu, niezmiennie trzymając się za ręce, jakby chcieli się upewnić, że ten drugi jest tutaj wciąż, że widzi to i czuje to samo. Bashar przechylił nieco głowę, opierając ją o szeroki bark i fale ciepłego morza wezbrały w piersi. Dante przymknął oczy, wtulając usta w czerń kosmyków, wdychając i odurzając się swą ulubioną wonią, bo nawet tysiące kwiatów, tysiące drzew i nieprzeliczone metry leśnego poszycia nie mogły się równać z zapachem Bashara wtulonego w niego.
— Ciekaw prezentu? — wyszeptał, nie odrywając ust od włosów lekarza.
Znajomym gestem dłoń ukochanego sięgnęła jego twarzy, pokierowała go, by mógł spojrzeć w rozczulone, rubinowe oczy. Róże czerwieńsze od krwi, lecz nie od barwy tego wzroku.
— Cóż więcej mógłbym chcieć, gdy mam już wszystko? — odpowiedział miękko Bashar, gładząc drobne blizny na polikach i sięgając głębiej, do serca, które zgubiło uderzenie. Pochłonięty przez kochliwe spojrzenie, Dante tonął w rubinie i nawet nie szukał powierzchni. Dopiero szerszy uśmiech lekarza i ciche słowa mu towarzyszące pozwoliły syrenowi odzyskać głos, ruch i dech, oddane zupełnie swej Miłości. — Lecz oczywiście, że jestem ciekaw.
Krótki śmiech, niepewność, co zrobić z dłońmi, w końcu Dante przypomniał sobie o plecaku, zdjął go trochę niezgrabnie z barków, ułożył płasko na ziemi. Z wnętrza wysunął około półtorametrowy, podłużny kształt owinięty w gruby, jasny materiał, przewiązany jeszcze rzemykiem. Podał go drugiemu mężczyźnie.
— Wszystkiego najlepszego, Bashar.
Rzemyk puścił, materiał opadł na boki i Bashar zamarł.
Ciemne pręgi drewna wyginały się w charakterystyczny kształt łuku refleksyjnego, prężącego swój majdan oraz ramiona na podobieństwo drapieżnej bestii, teraz potulnie spoczywającej na kolanach lekarza. Oba gryfy podtrzymywały cieniutką cięciwę, wydawać się mogło, że wręcz cieńszą od włosa, a silniejszą od konia.
Dante próbował pochwycić spojrzenie Bashara własnym, ale rubin wpatrywał się w łuk niczym w wymarłe stworzenie pochodzące z innych czasów, jego dłonie zawisły milimetry nad drewnem, jak gdyby badał ciepło powierzchni, czy zostawi skórę nietkniętą, czy poparzy. Nie pierwszy raz Dante odnosił wrażenie, że widzi w oczach Bashara więcej, niż w oczach jakiekolwiek znanej mu osoby, że czasem, gdy poruszy jego sercem mocniej, trzymane w nim życie zachwieje się i będzie szukać na powrót swej równowagi. To były sekundy, ułamki chwil, lecz dla niego stanowiły one przebłyski tego, ile uczuć Bashar gromadził w sobie, niczym klejnoty ustawione na półkach. Patrzył on w nie i patrzył w głąb siebie, uśmiechając się łagodnie, a jednak część niego zdawała się pozostawać w tym innym miejscu wypełnionym po równo szczęściem chwili obecnej i błyskiem starego klejnotu.
— Wzór łuku jest nawet nieco starszy od tego, który dotychczas miałeś — odezwał się Dante. — Nasłuchałem się wystarczająco od ciebie o historii łucznictwa, żeby go wybrać. A tutaj…
Poprowadził łagodnie smukłe palce w okolice majdanu, pozwolił im wyczuć płytką inskrypcję. Oczy Bashara zabłysły zrozumieniem po ledwie dwóch słowach.
Aut viam inveniam aut faciam. Albo znajdę sposób, albo go stworzę.
— Pamiętam, jak recytowałeś mi to zdanie po raz pierwszy z niesamowitą siłą, choć ledwo twarz ci drgnęła — kontynuował Dante, delikatny rumieniec wstąpił na twarz. — Byłoby wyłącznie właściwym, żeby twój łuk działał podobnie.
Bashar nie odpowiedział, nie musiał. Minęło sporo czasu od tamtego wieczoru spędzonego na trudnej nauce wymówienia martwych głosek, lecz Dante pamiętał. Delikatna dłoń, nawykła do dzierżenia skalpela, złapała mocniej broń, zapominając o wcześniejszym wahaniu, uniosła go ponad głowę, mierząc w niebo, w stronę niemożliwego, któremu Bashar dzień w dzień rzucał wyzwanie na sali operacyjnej.
— Jak go nazwałeś? — zapytał wtem cicho, głosem dziwnie odległym, zaskakując syrena.
— To łuk powinno się jakoś nazwać? — mruknął z niepewnym uśmiechem.
Oblicze Bashara znów się zmieniło, jakby przeskoczyło o kolejne kilka lat, ujawniając mentora zasiadającego ze swym uczniem, cierpliwego i gotowego wytłumaczyć każdą część machiny poruszającej światem.
— Doborowa broń jest czymś więcej niż przedmiotem — podjął dobrze znanym Dantemu tonem, dlatego pewnie tylko syren potrafił stwierdzić, że było coś w nim nieznacznie innego. Coś smutnego, tęsknego, a przy tym ciepłego jak ponowne odpowiedzenie pięknej opowieści, która już nigdy więcej się nie wydarzy. — To przedłużenie woli mistrza, który tchnął w nią swe życzenie o doskonałości rzemiosła. To kompan zaznajomionej z nią osoby, słuchający najsubtelniejszego polecenia. Strzela z siłą uczucia, uderza z bólem wspomnienia, odzwierciedla duszę tego, kto dzierży oręż w dłoniach. Należy mu się imię.
Krótkie zamyślenie odbiło się w mroźnym błękicie, Dante zająknął się cicho, gdy wszystkie miana, które przyszły mu do głowy, brzmiały płytko w porównaniu do znaczenia nadawanemu łukowi przez Bashara. Już chciał przekazać lekarzowi honory, lecz zatrzymał się na moment, popatrzył raz jeszcze. Dokładniej. Spokojniej. I odpowiedź powoli wysunęła się ze wzburzonych wód mętliku sama.
Tylko jedna osoba w jego życiu miała w sobie siłę, która budziła w nim respekt równy łukowi spoczywającemu w dłoni ukochanego, tylko jedna osoba poza Basharem trafiała celnie w środek czułych splotów, słowem czy pięścią, łamiąc opór i wygrywając bitwy. Tylko on, lata temu, próbował nadać nowy kurs strzale, która sunęła przed siebie bez celu.
Zasługiwał na drugie życie upamiętnione w łuku. Zasługiwał na wiele więcej, lecz tylko tyle mógł teraz Dante mu dać.
— W takim razie… — odezwał się cicho, biorąc głęboki wdech. Zamrugał szybko, próbując przegnać kłucie pod powiekami. — Jeśli byś się zgodził… Nazwałbym go Cangrande.
Imię pozostawiło gorzki posmak na języku, uniosło się na wietrze, ale echo jego własnego głosu zdawało się dzwonić mu wciąż w uszach, jakby miano rzeczywiście przykleiło się już do łuku, dopasowało do zewnętrznych ścięgien, wniknęło w drewno, ułożyło wraz z zakrzywionymi ramionami, nadając broni cechy doświadczonego wojownika.
Nie zauważył, że zaciska dłonie w bezsilne pięści, dopóki Bashar nie nakrył ich własnymi. Lekarz ułożył łuk między nimi i część żalu, który Dante trzymał głęboko w piersi, w ciemnych wodach oceanu, powoli rozpłynęła się na falach, gdy Bashar szepnął czule:
— To dobre imię.



Cytat w tytule: Dante Alighieri – Boska Komedia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz