03 marca 2026

Od Janka do Sammy'ego

Jak człowiek ma za pracę w ogień i niebezpieczeństwo leźć, rannych i poszkodowanych szukać, to nie raz, nie dwa, przy tym wszystkim i guza znajdzie, choć nie szukał, toteż Janek bywał od czasu do czasu na oddziale ratunkowym, twarze pracujących tam medyków znał. Charakter miejsca i wieczny tłum pacjentów, do spółki z pracą na zmiany, sprawiał jednak, że ciężko było o relację inną, niż profesjonalnie przyjacielska – twarz do nazwiska Janek potrafił przypasować, funkcję danego medyka na oddziale również znał, ale jakby go zapytać, co każdy robi w wolnym czasie, albo czy zwierzęta jakieś piastuje, strażak mógłby odpowiedzieć jedynie wzruszeniem ramion. 
Miał jednak na oddziale jednego znajomka, który czekał tam na niego zawsze, i z którym Janek wyjątkowo się nie lubił – ten atak, który SOR przypuszczał na jego zmysły, gdy tylko noga strażaka przestąpiła próg. Oczy mrużyły mu się przed ostrym światłem jarzeniówek, nos marszczył od sterylnego zapachu środka odkażającego, podszytego żelazistym posmakiem krwi i choroby. Do tego jego własny instynkt wołał do każdej łatwej zdobyczy, każdej ofiary pokładającej się na łóżku, tak blisko, na wyciągnięcie ręki. Wystarczyłoby mu sięgnąć, złapać, żadna by mu nie uciekła. Tak łatwo mógłby zmiażdżyć kości, rozedrzeć ciało, skręcić kark… Janek westchnął głębiej, biorąc się za bary z własną naturą, uciszając leśną bestię łaknącą ludzkiej krwi. 
Zaraz jednak owa bestia sama ucichła, przyczaiła się czujnie i spięła jak do skoku, ledwie nowy medyk wszedł do pomieszczenie. Dopiero co instynkt miotał się między tamtym mężczyzną ze złamaną nogą, a nieprzytomną kobietą pod respiratorem, a tu ledwie chłopaczyna się pojawił, to już nic innego nie istniało, łowy się skończyły, instynkt kazał łapać właśnie jego. Janek poprawił się na stołku, zafrasował w duchu. Jego zmysły wychwytywały chętniej słabszą zdobycz, tą ranną i wystraszoną, niezdolną mu uciec, stawić oporu czy larum podnieść. Strażak omiótł spojrzeniem doktora. Zdawało się, wszystko miał na miejscu, ranny nie był, nie otaczał go też ten okrutny zapach śmierci, zwiastujący toczącą młode ciało nieuleczalną chorobę. Strzelał trochę oczami między nim i Gulmem, serce jakoś podejrzanie szybko mu biło, lecz dłonie sprawnie brały się za niesienie pomocy, Gulm szybko przestał roztaczać wokół siebie woń krwi, gdy szwy i opatrunki okryły jego rany. O cóż mogło chodzić? 
— Z panem doktorem wszystko w porządku? — spytał na odchodnym Janek. 
Doktor Walker rzucił mu spojrzenie, zaraz uciekł nim gdzieś w stronę ściany, wymamrotał coś pod nosem i czmychnął wprost w oddziałowy wir zadań i wydarzeń. Zostali z Gulmem sami. Janek znów poprawił się na stołku, powstrzymując przed rzuceniem się w pościg za umykającą zdobyczą, zmusił umysł by skupił się na przyjacielu. 
— Lepiej ci — trochę spytał, trochę stwierdził, nadzieja barwiła głos. 
— Chyba tak — przyznał Gulm, pocierając w palcach naklejkę z misiem. — Już bym szedł, łóżka nie zajmował. 
— Leż aż wypisu nie dostaniesz. 
Gulm prychnął, Janek pozwolił sobie na lekki uśmiech 
— Doktor cię nie uczy, jak pożary gasić, to i ty mu w paradę nie wchodź, diagnozy za niego nie wystawiaj. 
— Jakbyś ty był pierwszy do grzecznego leżenia na kozetce. 
— Ja to insza inszość. 
Jak to zwykle bywało, Janek miał wiele porad zdrowotnych dla innych – chorych by pod pierzyny pakował i rosołu im nosił, lecz jeśli jego dotykała jakaś niemoc, twardo obstawiał przy swoim, że wystarczy ot przewiązać i do wesela się zagoi. 
— Myślisz, że jak ten twój motocyklista? — zagaił nagle Gulm. 
— Młody jest — przyznał Janek, wstał, przeszedł te dwa kroki w stronę przeszklonych drzwi. Ogarnął spojrzeniem resztę oddziału, lecz z tego miejsca nie widział, co się działo z tym najciężej poszkodowanym. — Może bogowie się zlitują, dadzą mu jeszcze trochę świata zobaczyć, nie zabiorą tak wcześnie do siebie. Ale leżał trochę pod tym motorem, nogi potrzaskane miał kompletnie, a i krwi dużo stracił… — Strażak westchnął ciężko, zamilkł na moment. — Rychły to transport, motor taki, że tylko się wsiądzie i już można jechać, a i zaparkować go łatwiej, niż chociażby samochód, ale jak się, nie dajcie bogowie, nie podarzy gdzieś na drodze, to z tego kasku i kurtki marna jest osłona. Człowiek jakoby zabawka w rękach losu. 
 — Czyli… myślisz, że jak ten twój motocyklista? 
— Nie wiem — powiedział Janek, odwracając się w stronę Gulma. — Na dwoje babka wróżyła. 
Gulm patrzył na niego przez chwilę, zamrugał powoli. 
— Jak ten twój motocyklista? Mała pauza, Janek zmarszczył brwi. 
— Co tobie… 
Nie dokończył. Nie zdążył. Gulm osunął się bezwładnie na kozetkę, nalepka z misiem sfrunęła na podłogę do wtóru najstraszniejszego z dźwięków – kompletnej ciszy w piersi Gulma. 
Janek prawie wyważył barkiem drzwi. 
— Doktorze! — ryknął, ściągając uwagę całego oddziału, choć jego wzrok bezbłędnie odnalazł młodego lekarza. — Pomocy! 
Doktor Walker zamarł, osłupiały niczym jeleń w obliczu atakującego drapieżnika. Janek postąpił krok. 
— On pulsu nie ma! 
Lata studiów, powtarzane do znudzenia protokoły postępowania w nagłych przypadkach widać zadziałały, a może to ponaglenie w głosie strażaka – doktor ruszył nagle, niemal ślizgiem wpadł do salki. 
— Co się stało? — spytał, w pośpiechu zakładając rękawiczki. 
— Nie wiem — przyznał Janek. — Trzy razy mnie o to samo spytał, sensu to nie miało, a potem padł jak długi, serce mu stanęło. 
— Gulm, słyszysz mnie? — zawołał do niego lekarz, przypadając do orka, wiercąc kłykciami mostek, nim przesunął dłoń na bok szyi orka. — Brak pulsu. 
— Toć mówię! 
Doktor błyskawicznie odwrócił się, wcisnął groźnie wyglądający przycisk, a przez SOR przetoczył się robotyczny głos. 
— Kod niebieski. Sala dziewięć. 
Doktor Walker już sięgał po nożyczki, by poradzić sobie z resztą odzienia orka. Janek był szybszy – jednym ruchem rozdarł koszulkę, odsłonił nieruchomą pierś. Bez słów, bez chociaż skinienia głową, lekarz przypadł do pacjenta, złożył dłonie, zaczął rytmicznie uciskać mostek. 
Janek odsunął się, umysł strażaka rzucił się na poszukiwanie przyczyny, jakiejś wskazówki, czegoś, co przeoczył, a co byłoby zapowiedzią… Może jednak zbyt wesoły był Gulm przy tym szyciu rany, może zbyt ospały w karetce, może to wcale nie było żadne zamyślenie…? Frustracja narosła w sercu i ścisnęło się ono boleśnie – bo gdy trzeba było drzwi wyważyć albo w ogień wejść, to niewielu mogło Janka zastąpić, lecz gdy przyjaciel leżał bezwładnie na łóżku, na nic mu się zdały te wielkie dłonie, na nic była cała jego siła, gdy nie mógł obdzielić nią nikogo innego. Instynkt nie pomagał, szarpiąc się w pętach jego woli, skamląc, że wystarczy jeden gest, jeden ruch, żeby ten szczupły kark po prostu wziąć i skręcić, rozewrzeć paszczę i… Janek czuł, jak palący gorąc rozlewa się w piersi, jak on sam jeży się niczym agresywne zwierzę, a dłonie same zaciskają w pięści. 
Doktor Walker podniósł wzrok, skrzyżował go ze spojrzeniem Janka, cudem chyba nie zgubił rytmu. 
Nim Janek zdążył się odezwać, do sali wpadł zespół resuscytacyjny. Pomieszczenie stało się dziwnie małe, gdy wokół Gulma zaroiło się od medyków, Janek zaś mógł tylko bezsilnie obserwować, jak strażak zostaje zaintubowany, elektrody i czujniki kleją się do jego skóry. Bezgłośnie prosił bogów, by nie zabierali mu przyjaciela, gdy szok elektryczny próbował obudzić śpiące serce. 
— On po prostu spadł z cysterny — powiedział cicho Janek, nie kierując swoich słów do nikogo. — Niemożliwe, żeby tak łbem przydzwonił. 
— Adrenalina! 
Nie usłyszał, ile jednostek. Drugi szok, kolejna strzykawka przejrzystego płynu, a potem trzecie wyładowanie. Do trzech razy sztuka, powinno zadziałać… 
— Jest puls! 
Zespół odetchnął z ulgą, Janek wsparł się o ścianę. Nie zwrócił uwagi, jak mocno zaciskał dłonie, aż ich nie rozluźnił. 
— Saturacja 76… 85… 94… 
— Dobrze, mamy go. 
Dopiero teraz Janek zwrócił uwagę na kobietę, która przybyła wraz z zespołem resuscytacyjnym. Doktor Hera Maride, ordynatorka oddziału, pojawiała się zawsze tam, gdzie sytuacja była najgroźniejsza i obecnie porzuciła motocyklistę na rzecz ratowania Gulma. Janek nigdy nie denerwował się, gdy trzeba było siedzieć samotnie na SORze, a doktor Maride nawet nie patrzyła w jego stronę, to bowiem oznaczało, że rany może dokuczały, ale wcale nie były takie poważne. Teraz jednak cała uwaga ordynatorki koncentrowała się na Gulmie. 
— Walker — zakomenderowała, nie odrywając wzroku od pacjenta. — Co się stało? 
Doktor Walker stał po drugiej stronie kozetki z miną człowieka analizującego każdy krok, próbującego znaleźć ten fatalny. 
— Przyjąłem go jakieś piętnaście minut temu — zaczął trochę niepewnie. — Rany powierzchowne, rozcięcie ramienia po uderzeniu o cysternę. Opatrzyłem, zamknąłem staplerem. Przy przyjęciu puls miał prawidłowy, pacjent był przytomny i kontaktowy. Wspominał lekki uraz głowy, więc chciałem wysłać go na TK i wypisać. 
— Ale? 
— Nim wróciłem z wypisem, jego kolega — medyk omiótł wzrokiem kurtkę Janka — dał mi sygnał, że stan pacjenta gwałtownie się pogorszył. Doszło do zatrzymania akcji serca. 
— Coś jeszcze? 
— Janek mówił, że trzy razy spytał go o to samo — dodał na koniec doktor Walker. — Musiało dojść do nagłego pogorszenia się zdolności kognitywnych. 
— Zaburzenie pamięci krótkotrwałej — zdiagnozowała doktor Maride. — Kontynuuj badanie, Walker. 
Doktor Walker skinął głową, sięgnął do kieszeni, wydobył małą latarkę. Podszedł, poświecił w oczy Gulma. 
— Źrenice nie reagują, są zwężone. — Prawdopodobne przyczyny…? 
Zająknął się. 
— Zatrucie. Zleciłbym wykonanie pełnej morfologii, enzymów wątrobowych, kreatyniny i elektrolitów, ponadto panel toksykologiczny. 
— Bardzo dobrze. — Doktor Maride skinęła głową kolejnej osobie z drużyny, zaraz sięgnięto po igłę i strzykawkę. Lekarka zwróciła się do Janka. — Jest możliwość, że Gulm zatruł się czymś przed akcją albo na miejscu zdarzenia? Jest na coś uczulony, jakieś leki, choroby? 
— Uczulony nie jest. A z zatruciem to jadł wszystko to, co my, leków chłop nie bierze, nie pali, nie pije, a na miejscu nie… — Janek urwał, zmarszczył brwi. — Chociaż… myśmy tę cysternę to na oko sprawdzili, wyglądała na całą. Gulm jak z niej zleciał, to przy włazie wylądował, jedyny z nas, ale ten właz na uszkodzony nie wyglądał. A i cysterna niczego groźnego nie zawierała, jeno ten środek chłodniczy. 
Odpowiadał szczerze i uczciwie, bo jak to się mówiło, wszystkim można nakłamać, ale bogom i lekarzom to tylko prawdę mówić trzeba. Doktor Maride patrzyła przez chwilę na Gulma, w tle pikały cicho urządzenia. 
— Walker — odezwała się ponownie. — Objawy ostrego zatrucia inhalacją środka chłodniczego. 
— Podrażnienia błon śluzowych, kaszel, w poważniejszych przypadkach obrzęk płuc. Przy długotrwałej ekspozycji bóle głowy, zawroty, możliwa utrata przytomności — odpowiedział, jakby czytał z książki. 
— A co mamy? 
— Zaburzenia pamięci krótkotrwałej, mioza, asystolia. — Zamilkł. — To nie jest obraz zatrucia środkiem chłodniczym. 
— Nie jest — zgodziła się doktor Maride. — A co to może być? 
— Powiedziałbym… — Walker zerknął na kartę, potem na Gulma. — Biorąc pod uwagę rasę pacjenta… Mogłaby to być reakcja na ekspozycję na związki fosforanoorganiczne. Ale to by oznaczało… 
— Że w tej cysternie nie było środka chłodniczego tylko insektycyd — podsumowała doktor Maride. 
— Myśmy tam do dyspozytorni dzwonili — wtrącił Janek. — Z tą cysterną. 
Doktor Maride odwróciła się do niego, a gdy się odezwała, w jej głosie nie było nagany, jedynie spokój nauczyciela tłumaczącego uczniowi trudniejsze zagadnienia. 
— Człowiek zawsze może się pomylić, ale nie myli się ciało, reagując na to, co napotkało. Na tej podstawie wystawiam diagnozę. — Zwróciła się do doktora Walkera. — Na razie podamy atropinę, nic więcej. 
 Lekarz momentalnie wziął się za odmierzenie odpowiedniej dawki leku, doktor Maride zaś przeniosła uwagę na kolejną lekarkę. 
— Renard, skontaktuj się z firmą przewozową. Nie z dyspozytorem, tylko działem bezpieczeństwa przewozu, i wyciśnij z nich informację, co to dokładnie było. Karta charakterystyki ładunku, nie skrót z dokumentacji transportowej. Numer seryjny cysterny powinien być na karcie przyjęcia. 
— Oczywiście. 
— I skontaktuj się z kapitan Arnbjǫrg, niech nikt nie podchodzi do cysterny bez miernika. — Maride mówiła dalej, do sali, do wszystkich. — Nie wiemy co w niej dokładnie jest i jak wypadek wpłynął na zawartość. — Skinęła głową. — Wszyscy mają swoje zadania. 
Salka szybko opustoszała. Sprzęt do resuscytacji wyjechał, zniknęła reszta zespołu. Doktor Renard wyszła szybkim krokiem, telefon już miała przy uchu. Cisza, która zapadła, przerywana jedynie miarowym pikaniem sprzętu, przypominała ciszę tuż po burzy, gdy powietrze wciąż drży, lecz przestało już grzmieć. 
Janek westchnął ciężko, patrząc na Gulma, spojrzeniem złowił kolor przy nodze kozetki. Naklejka. Strażak schylił się, podniósł, obrócił w palcach. 
— Janek? 
Doktor Maride wciąż stała przy Gulmie, doktor Walker spoglądał w wyświetlacze monitorów z nieodgadnionym wyrazem twarzy. 
— Dobrze się trzymasz? 
— Dałoby się lepiej, ale mogło być też gorzej. Jak to w żywocie. 
Skinęła mu głową. Nie zaoferowała pocieszenia, że będzie dobrze, głowa do góry, żeby się nie martwił. Zamiast tego przedstawiła plan działania. 
— Dopóki nie dostaniemy karty charakterystyki, będzie pod stałym monitoringiem. Kiedy tylko się czegoś dowiemy, dobierzemy leczenie. 
— Długo to potrwa? 
— Nie wiem — przyznała szczerze. — Z tego, co mówisz, była to krótka ekspozycja. Jest stabilny i to jest teraz najważniejsze. 
Janek spojrzał na rurki i kable czepiające się ciała orka, te kotwice trzymające go mocno tu, po tej stronie. 
— Mogę z nim zostać? 
Znów skinęła mu głową. 
— Jeśli będziesz miał jakieś pytania, doktor Walker udzieli ci na nie odpowiedzi. A teraz wybacz, idę do kolejnych pacjentów. 
I już, tylko kitel mignął, drzwi trzasnęły i w sali znów była tylko ich trójka, Gulm, Janek i doktor Walker.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz