26 marca 2026

Od Dantego do Bashara

Kryształowy żyrandol wisiał nad nim niczym katowskie ostrze lśniące zbyt pięknie bezlitosną krawędzią. Kruchy, misternie wykuty z kruszcu czystszego od myśli młodej duszy, nie wydawał się zdolny do takiej brutalności, a jednak Dante czuł wyraźnie, jak ten spada i gładko łamie jego kark. Pozłacana sztukateria ciągnąca się wzdłuż ścian trzymała go w miejscu, by nie miał gdzie uciec, na podobieństwo zaciśniętej obroży dusząc rzędami fantazyjnych gzymsów, każdy inny od poprzedniego. Smoki rozwierające paszcze, syreny wywijające ogonami, anioły i demony przyciskające do swych barków skrzydła – drwiąco patrzyły na niego pustymi oczami, pozostawiając go bez szansy na protest, gdy swym przytłaczającym bogactwem pchały go na kolana i zdzierały z nich skórę na pastelowej posadzce. Mógł przeglądać się w niej jak w nierzeczywistym lustrze, szukać godzinami skazy, lecz jedyną rysę w asymetrycznym wzorze stanowiła jego własna twarz. Faliste obramowania luster rzucały wyzwanie znanej harmonii twardych ram, a on był ich obserwatorem, więźniem i skazańcem, kochającym bezmiar oceanu i dławiącym się bezmiarem sali balowej w domu Ettore Latiniego.
Ścieżki niezaistniałej przyszłości wiły się w jego oczach jak pnącza perłowych roślin wspinających się po ścianach. Próbował wyobrazić sobie posiadanie tego wszystkiego. Wyprawianie przyjęcia jedno po drugim, żerowanie na atencji wszystkich tych gości, którzy uśmiechali się pomimo swej nienawiści, życie w ciągłym ruchu pomiędzy kolejnymi kieliszkami, żeby uciec przed własnym cieniem. Dreszcz dawnej samotności musnął nieproszenie jego barki, bo jedyne, co wokół siebie widział, to ciszę i pustkę spotęgowaną do przerażających rozmiarów.
— Gotowy?
Głos Bashara był tchnieniem, którego mu tak brakowało; pocałunkiem dającym tlen pod wodą, choćby na chwilę. Dante obrócił lekko głowę, zerkając na uważnie wpatrzone w niego oczy, podkreślone czarną kredką i ciemnym cieniem. Przepełnione troską dla niego, bijące siłą i niezachwianą dumą, piękne w swej przeszywającej ciało oraz duszę głębi.
— Czy mam inny wybór? — mruknął, co w teorii miało zabrzmieć rozbawieniem, ale w tej chwili gorzka frustracja łatwiej przechodziła mu przez gardło.
— Oczywiście, że masz — odpowiedział zaraz Bashar miękko, odnajdując dłonią jego policzek i kierując syrenią twarz ku sobie, by Dante skrzyżował z nim spojrzenia. Mimo różowych okularów lekarz czytał z niego z łatwością. — Wystarczy jedno twoje słowo, a wyjdziemy stąd i nigdy nie wrócimy. Jednak znam cię, Najdroższy, czasami lepiej niż znam siebie samego i wiem, że nie tego wcale chcesz.
Westchnął, wtulił się w ukochaną dłoń, pozwalając sobie na moment zapomnieć o żelazistym zapachu krwi drażniącym jego zmysły, o wampirach przesuwających się za jego plecami, o pionkach i kartkach, i zasadach gry, w której poruszałby się zupełnie na ślepo, gdyby nie Bashar.
Ettore krążył gdzieś po swojej posiadłości, jednak dotychczas im się łaskawie nie objawił. Bashar mówił mu, że tak będzie, że teraz Ettore, przebywając zupełnie na swojej ziemi, spróbuje wymusić na nich oczekiwanie, sprawić, by to oni zapragnęli go ujrzeć, inaczej wyszedłby na desperata biegającego za Basharem jak kundel z wywieszonym ozorem. Bycie rozpieszczonym paniczem w takich kręgach wymagało oddzielnego wachlarza zachowań umożliwiającego pozyskiwanie zachcianek, to jednak dawało im przewagę, którą Bashar z chirurgiczną precyzją zaplanował – nie pozwolić młodemu Latiniemu odezwać się do niego choćby słowem tego wieczora bez zostania przed tym okrzykniętym przegranym. A gdy on zostanie usadzony na swoim miejscu, Brunetto Latini będzie na nich czekał.
— Chcę odpowiedzi — wyszeptał, choć stary ból bruździł jego twarz na samą myśl o Brunetto. Brunonie. Ojcu. Krwi, z której powstał. Co to mówiło o nim samym? — Chcę jego odpowiedzi.
Bashar przytaknął ledwie zauważalnym ruchem głowy, a potem jego usta wygięły się w uśmiechu władzy. Tak go Dante nazywał, niezmiennie zafascynowany, jakże łatwo było lekarzowi zbić z piedestału jednym gestem tych, którzy stali tam od lat. Różnił się od arogancji Ettore i chłodnej dumy Brunetto tym, że Bashar władał wszystkim, pozornie nie mając nic, jakby nie urodził się do swojej roli, lecz stanowił sam archetyp i znał rozgrywany dramat jak własne życie.
Jedną z cech tego uśmiechu było to, że on nie prosił. On oczekiwał, a goście przyjęcia spełniali te oczekiwania, zanim zdążyli pomyśleć inaczej, rozstępując się przed nimi. Wkroczyli na główny parkiet, z marszu zajmując sam środek. Nadciągające widowisko oraz nowość wzbudziło szmer wśród wampirów, ale Dante nie dbał już o nich. Nie, gdy dłoń Bashara poprowadziła jego własną dłoń ku górze, gdy drugą ręką mężczyzna sunął po szerokich plecach, przyciągając go do siebie niepozostawiającym miejsca na sprzeciw ruchem. Smukłe palce zacisnęły się na jego talii, paląc go przez materiał marynarki obietnicą żaru.
Rubin w błękicie, błękit w rubinie, jak dwa żywioły pędzące sobie na spotkanie.
— Ufasz mi, Dante — odezwał się cicho Bashar, pieszcząc jego usta ledwie oddechem, który na drugim końcu ich wspólnego świata wywoływał tsunami.
— Zawsze, Bashar — odpowiedział, mimo iż mężczyzna go nie pytał. W pewności, z jaką do siebie mówili, tkwił ich własny rodzaj intymności.
Dante pochylił się, całując Bashara, nim cokolwiek się zaczęło, bo pocałunek stanowił wyłącznie początek pragnienia, a w tłumie powściągliwym w swych uczuciach przypominał groźbę nabrzmienia w coś niezdolnego się zatrzymać. Kącik jego ust powędrował w górę, Bashar odpowiedział tym samym, wciągając go głębiej w rozkosz, aż Dante prawie przegapił moment wybrzmienia muzyki.
Zdawała się płynąć prosto z ich serc, gdy złączeni wciąż ustami wykonywali swoje pierwsze kroki. Odsunęli się od siebie dopiero w momencie braku innego wyjścia, lecz ich spojrzenia w niczym nie różniły się w swej intesywności od rozkochanych pocałunków. Nieomylna gracja Bashara prowadziła go przez nagłe zwroty skrzypiec, a on tańczył w rytm ukochanego, nie odstając w perfekcji. Szedł tym przetartym przez Bashara śladem, tak jak czynił to dawniej, ucząc się sztuki kochania siebie i partnera od kogoś, kto miłości i mądrości nie trzymał za złotymi bramami nieosiągalnymi dla syrena. Wszystko było tam, na wyciągnięcie ręki, a Dante brał garściami. Obrócił się wokół dłoni Bashara i poczuł, jak ich biodra spotykają się wraz z końcem ruchu, jak ciała lgną do siebie, jakby było to równie potrzebne im do życia, co oddychanie.
Rubinowe oczy zmrużyły się nieznacznie, hipnotyzująco, wyzywająco.
Bliżej.
Godziny lekcji z parą absolutnie niezmordowanych tancerzy przyniosły swoje efekty, gdy Dante nie musiał nawet myśleć, a jego nogi pracowały za niego, jego plecy płynęły z melodią fortepianu, wtapiając się w objęcia Bashara niczym płynny, ciepły wosk łatwo zmieniający swoją formę pod palcami. Zabójczy półuśmiech, w którym wampirzy kieł błyszczał zaczepnie, wypłynął na jego twarz, gdy obserwował Bashara i smukłe ciało szukające wyćwiczonymi sposobami więcej dotyku, więcej oddechu, więcej ciepła, im więcej Dante mu dawał. Balansowali wiecznie na granicy między głodem uczucia a spełnieniem rozkoszy, znając siebie, głębie swoich pragnień, potrzeby serca.
Słowa przeklętej pani Désirée powróciły do niego przelotnie, na tyle zapadające w pamięć, że były chyba jedynymi, które nauczycielka wypowiedziała do syrena bez cienia grymasu. „Widziałam dialog między tancerzami, widziałam też walkę o dominację kończącą się ostatecznie tragedią, gdy ktoś puszczał przeciąganą linę, by objąć drugą osobę, ta zaś nie odwzajemniała gestu. Wy tańczycie z miłością, od której nie potrafię oderwać wzroku, a jednocześnie czuję się, jakbym przeszkadzała czemuś głębszemu”.
Wiolonczela swym głębokim brzmieniem wygięła mocno i nagle plecy Bashara w tył, ale mężczyzna nawet się nie zachwiał, gdy silne ramię podtrzymało jego łopatki. Dante dostrzegł uśmiech na twarzy lekarza, nim błękitny wzrok wpił się w odsłoniętą szyję, nos musnął guziki koszuli, a usta przesunęły się nad krawędzią materiału. Odurzył się zapachem Bashara, westchnął, zapragnął.
Zmiana ułożenia ich dłoni wydarzyła się tak naturalnie, że Dante wątpił, by ktokolwiek z gości mógł zaznaczyć dokładnie moment tego przejścia. Bashar, wiodący go przez nabierającą pędu muzykę, wpadł teraz w siłę jego uścisku, sunąc przez fałdy gęstniejącej od ilości brzmień symfonii. Chaos niepokornych fal zmieniał ich w niepowstrzymaną moc, a zwinność Dantego wykraczała poza przeciętne ramy, jednak w rubinie ani na chwilę nie pojawiło się zwątpienie, że syren pomknie gdzieś dalej bez niego. Ufny morskiemu wirowi burzącemu się w błękicie, mówił do niego – nie przestawaj.
A Dante słuchał. Tak jak morza nie zna żadnego pana, tak żywioł mieszkający w jego piersi drżał od brody Bashara wtulonej w obojczyk, od bicia ukochanego serca wyczuwanego nieludzkimi zmysłami, świadectwa rozkochanego w jego tempie mężczyzny.
Sala zmieniła się w karuzelę rozpędzonych par trzymających się za talię i ramiona, by nie wypaść z rytmu. Dante po prostu wiedział, że ich dwójka jest niczym podmuch roztrącający żaglówki na wodzie. Zapatrzeni w siebie, nie potrafili zwolnić, nie chcieli, gdy ćwiczona perfekcja pozwalała im zatracić się zupełnie w tańcu. Nie dało się już stwierdzić, kto prowadzi, kto kroczy za nim, przestał to mieć znaczenie. Wszystko przestawało mieć dla niego znaczenie, bo wystarczyło mu tylko trzymać Bashara, by mieć pewność, że jest dokładnie tam, gdzie powinien być jako część ich całości.
Symfonia urwała się, pozostawiając ich bez tchu. A jednak Dante wpatrywał się w Bashara i prowadził z nim niemy dialog o tym, co pragnąłby jeszcze uczynić, by przekroczyć kolejne granice.
Ile by dał, żeby ta chwila triumfu potrwała o małą wieczność dłużej, nieprzerwana przez tę jedną obecność, której poszukiwał, zarazem jej nienawidząc. To był ledwie moment, wzrok Bashara przesunął się nieznacznie nad jego ramieniem, a rubin stracił swą miękkość, miłość, oddanie. Dante spiął się pod lekarskimi dłońmi, zanim się odwrócił.
Brunetto Latini nawet nie starał się udawać, że słucha trajkoczącego mu nad uchem mężczyzny, przyglądając się im. Choć syren miał dziwne wrażenie, że spojrzenie zbyt dobrze mu znanych oczu przechodzi przez niego jak przez cienki parawan i sięga zarysowanej za nim sylwetki Bashara.
— Dante — łagodny szept owiał jego ucho — ja wiem, że dasz sobie radę, lecz ty również musisz być tego świadom.
Zacisnął szczęki, aż mięśnie na twarzy mu drgnęły. Wiedział, po co tu przyszli, Bashar przemyślał każdy ich krok i ze względu na niego syren zamierzał postarać się przetrwać ten wieczór bez pochopnej agresji.
— Chodźmy — rzucił krótko, a Bashar zaraz zajął miejsce u jego boku, objął go troskliwie ramieniem w pasie.
Gdziekolwiek Ettore był, nie miał odwagi stanąć im na drodze.
Głosy oczarowanej ich tańcem sali ledwo dobiegały do Dantego, gdy jego wzrok pozostawiał utkwiony w starszym Latinim, a jego usta próbowały nie krzyczeć. Niewypowiedziane latami słowa orały gardło palącymi od bólu samotności pazurami, każde bardziej rozpaczliwe od poprzedniego, gniewne w sposób, w jaki dziecko się rzuca w objęciach starającego się je uspokoić rodzica. Znał jego nazwisko od zaledwie kilku miesięcy, widział go po raz drugi. Czuł się, jakby rozpaść się miał przez niego po raz setny.
Czy wszyscy zostawili mnie, bo ty pokazałeś im drogę?
Lecz Bashar wciąż przy nim był, kierując go w stronę Bruna pewnym, acz delikatnym ramieniem spoczywającym na jego ciele. Lekarz zostawiał mu możliwość powiedzenia „nie”, ale z tym jedną mężczyzną przy boku Dante był gotów wszystkiemu powiedzieć „tak”.
Brunetto machnął od niechcenia dłonią. Gest był na tyle oszczędny, że można go było wręcz wziąć za przypadkowy, jednak mówiącemu do niego wampirowi to wystarczyło. Jego usta zamknęły momentalnie, plecy wygięły do kulturalnego ukłonu, a nogi zabrały go w inne miejsce, daleko od znudzonego dalszą rozmową Latiniego. Uwagę Brunona niezaprzeczalnie pochłaniał zbliżający się do niego Bashar.
Syrenia dłoń zacisnęła się bezwiednie w pięść, którą zaraz nakryły smukłe palce.
— Panie Latini — odezwał się Bashar, a jego ton przeszedł z miękkich brzmień w ciężkie od autorytetu nuty równie płynnie, co miecz wysuwany z pochwy — przyszliśmy skorzystać z części pańskiego cennego czasu.
Latini nie spieszył się z odpowiedzią.
— Wyczekiwałem tej chwili, nie będę ukrywał — zamruczał wampir i Dante prawie zgiął się wpół, słysząc tyle podobieństw w tym dźwięku. — Pan Karim, jeśli się nie mylę? Nieczęsto moje oczy mają okazję doświadczyć takiego poruszającego przedstawienia umiejętności tanecznych. Czasami zdaje mi się, że ujrzałem już wszystko, co było do ujrzenia w tańcu, a potem zjawił się pan…
— Oraz mój ukochany mąż, Aemilia — wspomniał Bashar, bo nawet przerwaniem nie można było nazwać naturalności, z jaką poprowadził słowa Brunetto w wybranym przez siebie kierunku. — Przedstawiliśmy się wszyscy sobie na pokazie Noemi Baresi. Taniec jest piękną sztuką, lecz to właściwy partner nadaje naszemu krokowi perfekcję, gdy serca są sobie przeznaczone.
Dopiero teraz Latini raczył obrócić głowę o tę pół stopnia, by spojrzeć na swoją krew.
Patrzył na niego, lecz go nie widział, traktując jego obecność na równi z paprotką w ładnym wazonie. Dante mimowolnie zadrżał od spojrzenia jego własnych oczu przyglądających mu się z obojętnością. Rozpoznawał siebie w mocno zarysowanej szczęce, w szerokich ramionach, nawet w czarnych, falowanych włosach, bo matka miała przecież proste. Krzyczał w duchu na taflę zwierciadła, a zwierciadło, będąc rzecz martwą, nie drgnęło.
— Mąż? — Latini pozwolił sobie unieść lekko brew. — Zabawne, nawet pana nie pamiętam z tamtego pokazu.
Nagle każda z dawnych myśli zatruwająca go od środka odpowiedziała na słowa Brunona: Jesteś niechcianym dzieckiem miłości, która nigdy miłością nie była. Jesteś czymś, czego nie można pokochać, skoro ukształtowało cię wypaczone uczucie. Jesteś ciężarem nieustannie wyobrażającym sobie życie własnej matki bez ciebie i zarazem niepotrafiącym przeprosić jej za to, że istniejesz. Nie masz prawa się dziwić, że ojciec cię nie chciał.
Świadomość bycia zapomnianym towarzyszyła mu od dzieciństwa. Na to przecież zasługiwał, na to sobie zapracował, chociaż wciąż jasno nie potrafił stwierdzić, czym zawinił przed samym urodzeniem. Brunon nawet nie mówił o zostawieniu go samego z Sappho, a jednak ten naprędce wybudowany mur przeciwko ojcu runął niczym domek z kart i Dante poczuł się mały, nieważny, więc instynktownie przy tym gotowy, żeby szczerzyć kły.
Bashar naparł na niego delikatnie ramieniem i na krótki moment jego umysł zwolnił, zakorzeniając się w bliskości mężczyzny i próbując wytrzymać targające nim wiatry.
— Nie rozumiem — odezwał się powoli, każde słowo wyduszając z siebie jak zwróconą przez żołądek gorycz — co w tym jest zabawnego.
— Moja własna pamięć, lecz nie winię jej, ma wystarczająco dużo innych osób do spamiętania na co dzień. — Latini przeniósł z powrotem mroźnobłękitny wzrok na lekarza. — A jednak ciężko jej było zapomnieć pana, panie Karim.
Rubin wręcz zalśnił, lecz nie w sposób znany Dantemu. Zalśnił czymś dużo groźniejszym.
— Przyjmę te słowa z ograniczonym entuzjazmem, gdyż gdzie nie ma miejsca na dłużej dla mojego męża, tam nie ma miejsca i dla mnie — odpowiedział stanowczo Bashar.
Bruno wyglądał na bardziej zafascynowanego niż speszonego.
— Doprawdy, pańska elokwencja gotowa jest stanąć w szranki z najlepszymi. Mój pierworodny się nie mylił, gdy o panu opowiadał, wymieniając cały wachlarz niespotykanych cech w jednym człowieku.
Po tym, co Bashar opowiadał mu o Ettore, Dante wątpił, żeby ojciec z synem spotykali się na miłe pogawędki przy herbacie i wymieniali uwagi na temat gości przyjęć. A Brunon z pewnością nie wyglądał na mężczyznę brzydzącego się szpiegowaniem własnej rodziny.
— Mam nadzieję, że pierworodony — głos mu się nieznacznie załamał, gdy zaczął się zastanawiać, czy on, czy faktycznie Ettore był starszy — nie zapomniał wspomnieć, jak nachalny i dziecinny się okazał przy tych cechach.
— Ach, tak, zdecydowanie z Ettore mieliście do czynienia — westchnął Latini, lecz brzmiało to bardziej teatralnie niż prawdziwie. Ettore nie był przez niego postrzegany jako prawdziwy problem, a bardziej swędzące miejsce na plecach, którego nie da się dosięgnąć. — Chciałbym zamienić jego butę na subtelność, jego krnąbrność na pokorę, jednak czym jest pragnienie ojca względem syna, jeśli nie wodą przepływającą przez sito? Może i sito pozostanie wilgotne, lecz cały sens poleci dalej z nurtem.
— Może złe narzędzia wręczył pan synowi? — wyrwało się Dantemu. — Może trzeba było zadbać, żeby miał miejsce, gdzie mógłby się schować przed nurtem, a nie wyłącznie oczekiwać, że będzie go grzecznie znosił?
Nagłe wyszczekanie poglądów przykuło uwagę Brunetto w sposób, w jaki mysz, wystawiwszy nos poza norę, zaciekawia znudzonego orła. Wampir zrobił krok w jego stronę i choć równi byli sobie wzrostem, Dante nie potrafił pozbyć się drażniącego wrażenia, że jest zmuszony patrzeć do góry.
— Panie Karim, pana mąż mnie intryguje — odezwał się cicho Latini, a Dante zacisnął usta, bo jego pierdolony ojciec nie czuł się nawet zobowiązany, żeby zwracać się bezpośrednio do niego. Półuśmiech pojawił się na twarzy starszego mężczyzny, zadowolony z odsunięcia nieznacznie maski, która pękała w rozdygotanych gniewem dłoniach syrena. — Tak, teraz wspomnienia zaczynają do mnie wracać, choć niepełne. Wydawał się takim bezbronnym chłopcem przy panu.
— Możemy się zaraz przekonać, jak bezbronny jestem — wycedził przez zęby, mimo dłoni Bashara zaciśniętej na jego łokciu robiąc pół kroku w przód.
— Cóż za pycha! — zawołał z głębokim śmiechem Latini. — A sądziłem, że to grzech noszący imię mego syna.
Gorzki uśmiech wykrzywił usta Dantego. Aż za dobrze dostrzegał odpowiedź na swoje pytanie w arogancji ojca, w jego kpinie i oczach niezdolnych kogokolwiek przeprosić.
Wszyscy zostawili mnie, bo jestem taki jak ty.
— Dzieci od najmłodszych lat zaczynają od obserwacji i naśladowania rodziców. — Bashar był najprawdopodobniej jedyną osobą na tej sali, która nie bała się wejść słowem między lodowiec a ocean.
— Dlatego też mogą z całą pewnością stwierdzić, że Ettore niewiele wyniósł z tej obserwacji. Ciężka praca, determinacja i opanowanie w kryzysie są cechami, które są stałą w moim życiu i które próbowałem mu przekazać, lecz bez skutku. Teraz pozostała mi nauka konsekwencji do przeprowadzenia. — Jego wzrok zbyt długo zawisł na Basharze. — Nie mówmy już jednak o nim, co się stało, to się nie odstanie, a moje relacje z synem z pewnością nie są tym, o czym chciał pan — Brunon zerknął przelotnie na Dantego — panowie, porozmawiać.
— W istocie, przychodzimy z własną sprawą do pana, panie Latini. Jest to jednak materia na tyle delikatna i wrażliwa, że nieodpowiednim byłoby rozpowiadać o niej w towarzystwie zbyt wielu uszu.
— Panie Karim, czy to prośba o prywatne spotkanie?
— Propozycja wymienienia poglądów o interesujących nas tematach, mam nadzieję. Zaznaczam jednak, że spotkanie ma się odbyć w moim i męża towarzystwie.
Coś zmieniło się nieznacznie w spojrzeniu Latiniego. Dantemu z pewnością by to umknęło, gdyby nie macka zajadłości wspinająca mu się po ramieniu. Spodziewał się, kogo ujrzy kątem oka, nim jeszcze przekrzywił głowę, ale nie sądził, że Ettore Latini, stojący daleko pod przeciwległą ścianą, będzie przypominał tak bardzo drżący kieliszek trzymany w jego własnej dłoni, gotowy do pęknięcia i rozlania krwi na posadzkę. Jego przyjęcie, jego dom, a ojciec właśnie kradł mu jego zabawkę sprzed nosa. Brunetto nie podniósł wzroku na syna, wiedząc doskonale, że ten patrzył i uśmiechając się szerzej do Bashara. Dante przysunął się do lekarza, jakby mogło to cokolwiek zmienić w tej wymianie sił między dwoma wampirami, którzy za obiekt swojej władzy wzięli jego ukochanego.
Może jednak powinna się polać krew.
— Nie pierwszy, nie ostatni raz przychodzą do mnie osoby ze szczególnymi interesami — odezwał się Bruno. — Spotkajmy się zatem, panowie, w mojej rezydencji w Stellaire. Wyjaśnicie, co leży wam na duszy, ja zaś wysłucham i zdecydujemy, co dalej z tą materią uczynić.
Wymienił uścisk dłoni z Basharem, a potem chwycił prawicę Dantego.
Syren zacisnął palce na chłodnej skórze wampira z mocą, która zdawała się nie wzruszać mężczyzny. Bruno patrzył otwarcie w róż szkiełek, a półuśmiech błąkał się po jego ustach. Gdy kieł pokazał się między wargami, bez cienia wysiłku chwyt Latiniego wzmocnił się i Dante ugryzł wnętrze policzka, wytrzymując ból.
— Wierzę, że się dogadamy, Aemilio — zamruczał Brunon.
Dłoń mu prawie zdrętwiała, a jednak uparcie walczył o ściśnięcie mocniej wampira, tak jak krnąbrne fale oceanu tłuką daremnie o boki lodowca.
— Wzajemnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz