Soren od pewnego czasu zdawał się żyć w stanie, nad którym zdecydowanie nie miał najmniejszej kontroli. Było to raczej trwanie, pewien osobliwy emocjonalny letarg, który, ku niezadowoleniu jego agenta, nie pozwalał mu skupić się na niczym wokół niego. Każda z jego myśli przeciągała się aż do przesady, zdając się przy tym niemal bezkształtna, bardziej jak mgła, widmo migoczące gdzieś w kącie pokoju. Każdy jego dzień przypominał poprzedni, a jednocześnie wydawał się bardziej pusty od poprzedniego, jakby ktoś systematycznie usuwał z jego życia jakąkolwiek wartość, pozostawiając jedynie tę niemożliwą do zniesienia pustkę.
Soren odczuwał ogromną tęsknotę. Na początku nie potrafił ocenić czego dokładnie mu brakowało. W myślach widział jedynie zatarte wspomnienia czegoś pięknego, które teraz wydawały mu się jednak odległe jak sen, którego szczegóły dawno się zatarły. Dopiero z czasem ta tęsknota przybrała formę. A sam Acedia zdał sobie sprawę, że obiektem jego bolączki był Vaeril. Przypadkowo poznany student, który z jakiegoś powodu namieszał mu w głowie i owinął sobie wokół palca. Co z resztą stało się obiektem żartów wszystkich najbliższych przyjaciół Sorena.
Samemu modelowi nie było jednak jakkolwiek do śmiechu. Myślał o Vaerilu w chwilach najbardziej nieodpowiednich - podczas przymiarek, w trakcie dłużących się rozmów i biznesowych kolacji. Wtedy nagle widział twarz Vaerila, jego oczy, jego uśmiech i wszystko inne zdawało się tracić ostrość, jakby reszta świata była tylko tłem dla tej jednej, uporczywej obecności.
Dlatego gdy tylko telefon zawibrował, Soren rzucił się ku niemu, by jak najszybciej odpisać.
Przeczytał tę krótką wiadomość natychmiast, łapczywie chłonąc każde słowo. Palce lekko mu zadrżały. Przez chwilę siedział nieruchomo, czując, jak serce zaczyna bić szybciej, głębiej, ciężej. Tęsknota, którą nosił w sobie od dni, tygodni, a może i znacznie dłużej, nagle znalazła ujście.
Soren nerwowo przeszedł się wokół pokoju. Salon wydał mu się nagle zbyt ciasny, zbyt uporządkowany i dziwnie obcy. Soren przeszedł kilka kroków, zatrzymał się, oparł dłonie o blat stołu, jakby potrzebował fizycznego punktu oparcia, który pomoże mu udźwignąć tę niemożliwą do zniesienia tęsknotę.
Telefon do agenta był jedynie formalnością. Słaniał się na nogach, zawodząc, jak okropnie i źle się czuje. Jak jego ciało powoli ulega strasznej chorobie, przez którą zmuszony będzie przełożyć wieczorną sesję zdjęciową. I choć Angus doskonale wiedział, że w słowach modela nie było choćby ziarnka prawdy, jednocześnie zdawał sobie sprawę, że nie było niczego, co mógłby zrobić, żeby powstrzymać Sorena.
***
Spacer po lesie zdecydowanie nie należał do aktywności, którym Acedia często się oddawał. Preferował parki i ogrody botaniczne, w których nie groził mu kontakt z dziką zwierzyną i innymi nieprzyjemnymi bogactwami natury. Soren bardzo starał się nie pokazywać po sobie, jak bardzo nie na miejscu czuje się w środku nieznanej mu głuszy. Nie przejmował się własnym dyskomfortem - zależało mu jedynie na tym, żeby nie zasmucić Vaerila. Żeby w jego głowie nie pojawiły się jakiekolwiek wątpliwości i obawy dotyczące wspólnie spędzanego czasu.
Choć nie dałby tego po sobie poznać, Acedia po raz pierwszy w swoim życiu tak bardzo przejmował się samopoczuciem kogoś innego niż on sam. Co pewien czas zerkał ukradkiem w stronę swojego towarzysza, lustrował jego twarz w poszukiwaniu jakiejkolwiek oznaki, że żałował zaproszenia modela na ten spacer. Niczego takiego jednak nie zauważył. Wręcz przeciwnie, Soren miał wrażenie, że gdy tak spoglądał ku elfowi, wszystko wokół przestawało istnieć. Dźwięki cichły, powietrze gęstniało, światło zamierało w miejscu. Zostawał tylko Vaeril i jego promienny uśmiech, którego Acedia nie potrafił znieść. Był zbyt piękny, zbyt szczery, zbyt prawdziwy. Rozciągał się delikatnie na jego twarzy, a Soren, ku własnemu zaskoczeniu, poczuł jak żałośnie mięknie na ten widok. Jakby całe jego ciało nagle stawało się kruche, gotowe rozpaść się pod ciężarem tego jednego spojrzenia. Szli razem, a Soren nie mógł oderwać od niego wzroku. To było dla niego wręcz upokarzające i w duchu cieszył się, że nie było z nimi nikogo, kto mógłby mu to potem wypomnieć.
Próbował patrzeć przed siebie, na ścieżkę, na drzewa, na wszystko wokół, ale jego spojrzenie uparcie wracało. Do profilu Vaerila, do linii jego szczęki, do delikatnego ruchu ust, kiedy coś mówił. Do tego, jak jego dłonie czasem wychylały się z kieszeni, tylko po to, by zaraz zniknąć z powrotem. Do tego, jak jego oddech tworzył ledwie widoczne obłoczki w chłodnym powietrzu. Soren chłonął to wszystko z desperacją, której nie próbował już ukrywać nawet przed sobą. Acedia, ku własnemu niezadowoleniu, był żałośnie zakochany w Vaerilu.
Dlatego kiedy Vaeril uklęknął, żeby zbierać kasztany, Soren patrzył na niego otępiały tak, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie. Nie miał bladego pojęcia na czym polegało tworzenie ludzików z kasztanów, zdawało mu się to tradycją pochodzącą z zupełnie innego świata niż ten, w którym dorastał, ale zgodził się bez słowa. Nawet jeśli szło mu to okropnie.
— Dlaczego to, do cholery jasnej, nie chce stać. — mruknął niezadowolony pod nosem
Jego ludzik, a raczej próbująca podszywać się pod ludzika kreatura, słaniała się na niestabilnych nóżkach, a jego kasztanowa głowa raz po raz lądowała na ziemi. Soren zaśmiał się lekko na ten widok. Było w tym coś dziwnie znajomego, jakby obserwował samego siebie nieustannie tracącego głowę, gdy tylko przebywał w towarzystwie elfa. Uśmiech szybko jednak znikał mu z twarzy, zastępowany wymuszonym skupieniem i powagą. Bardzo zależało mu na wykonaniu dobrej roboty. Soren Acedia był przecież perfekcyjny we wszystkim, co robił i żadne robótki ręczne nie mogły tego zmienić. Mimo to nieważne jak bardzo się starał, jak wieloma zapałkami nabijał kasztany, twór w niczym nie przypominał ludzika. Model w końcu westchnął zrezygnowany i wzruszył ramionami. Iversen oficjalnie znalazł coś, do czego Soren zwyczajnie się nie nadawał.
Elf z przerażeniem wymalowanym na twarzy spojrzał na ledwo stojącego na nogach ludzika.
— Ostrzegam, że jeśli powiesz, że to ja, to się obrażę. — głos Vaerila był wyraźnie rozbawiony, lekko zachrypnięty od chłodu
— Ja widzę pewne podobieństwo. — zaśmiał się, z rozmarzeniem wpatrując się w swojego przyjaciela
Ku radości Sorena, zrezygnowali w końcu z żałosnego pokazu umiejętności rękodzielniczych i ruszyli dalej w głąb lasu. Kasztanowe ludziki wylądowały w kieszeniach ich płaszczy, niebezpiecznie podrygując przy każdym kroku. Soren mógł przysiąc, że nawet on sam czuje, jak ta absurdalna, niestabilna, kasztanowa podobizna Vaerila rozpada się na kawałki w jego kieszeni. I było mu całkiem przykro na samą myśl, że nie mógł obdarować towarzysza czymś lepszym. Westchnął ciężko, w duchu obiecując sobie, że cały jutrzejszy poranek spędzi na szukaniu instrukcji, jak poprawnie wykonać takiego ludzika i zrobi Vaerilowi jeszcze jednego. Nowego, lepszego, stabilnego.
Elf w końcu się zatrzymał, kucając przy wydzielonym w ziemi, kamiennym okręgu, niemal od razu zabierając się do rozpalania ogniska. Soren uśmiechnął się delikatnie na ten widok. Vaeril naprawdę dokładnie sobie to wszystko zaplanował. I niezwykle go to rozczuliło.
Ognisko było niewielkie, ale wystarczające, żeby ogrzać ich dwójkę. Płomienie poruszały się niespokojnie, rzucając cienie, które naprzemiennie wydłużały się i skracały. Ich blask padał na twarz Vaerila, wydobywając z niej coś jeszcze bardziej miękkiego, jeszcze piękniejszego. Widział, jak usta elfa otwierają się i zamykają, jednak nie zrozumiał ani jednego opuszczającego je słowa. Nie był w stanie słuchać już tego, co Vaeril do niego mówił. Mruknął jedynie potwierdzająco, nie odrywając wzroku od warg swojego towarzysza. Od tego, jak drżały lekko przy podmuchach jesiennego wiatru. Od tego, jak w jednej chwili policzek elfa musnął jego ramię, a dłonie owinęły się wokół ramienia Sorena. Model wstrzymał oddech, a ciepło rozlało się po całym jego ciele.
Instynktownie otulił elfa ramieniem, przyciskając go bliżej siebie. Kciukiem głaskał delikatnie jego rękę. Przez chwilę Sorenowi wydawało się, że reszta świata przestała istnieć. Ukradkiem spoglądał w stronę przyjaciela i w pewnej chwili zdał sobie sprawę, że nie myśli o niczym innym niż o tym, jak bardzo chciałby go pocałować. Odchrząknął znacząco, jakby próbując zwrócić na siebie uwagę, a druga dłoń z trudem powstrzymywała się, by nie powędrować w stronę policzka Vaerila. Jeśli naprawdę chciał to zrobić, nie było lepszego momentu.
— Vaeril, słuchaj…
Elf w jednej chwili odskoczył jednak jak poparzony, nerwowo wpatrując się w Sorena. Model przeklął w duchu, powinien był się opamiętać i poczekać jeszcze chwilę. Był zbyt zachłanny, za bardzo mu się spieszyło. Był prawdziwie, doszczętnie żałosny.
— Przepraszam, nie chciałem, mam nadzieję, że…
— SOREN, DO CHOLERY, TY SIĘ PALISZ.
Co. Acedia zmrużył oczy, przez dłuższą chwilę nie rejestrując, co mówił do niego Vaeril. Dopiero po chwili poczuł ten drażniący zapach spalenizny i sam odskoczył od ogniska. Niestety ku własnemu nieszczęściu woń podążyła za nim. Płomień tlił się coraz jaśniej, pożerając przy tym kolejne włókna jego ukochanego szalika. Cienki język ognia wspinał się po materiale. Soren bardzo chciał krzyknąć z rozpaczy za kawałkiem garderoby, ale w sekundę się opamiętał, nie chcąc upokarzać się przed towarzyszem. Musiał zachować zimną krew, być, jak to się mówi, nonszalancki na temat trawiącego go ognia. Wewnątrz panikował jednak ze strachu, nie mając pojęcia, jak powinien ugasić płomień.
— Zdejmij ten szalik i rzuć go na ziemię!
Vaeril brzmiał na niezwykle przestraszonego.
— Na ziemię? Nie ma mowy! Wiesz jak ciężko będzie uprać kaszmir z całego tego brudu?
Soren obruszył się na samą myśl o zbezczeszczeniu tak pięknego kawałka materiału. Wolałby spłonąć żywcem, niż obtoczyć szalik w wilgotnym, zabłoconym gruncie. To było za wiele nawet dla niego.
— Sorenie Acedio, mówię po raz ostatni. Zdejmij to albo sam do ciebie podejdę. — Vaeril wydawał się niezwykle zniecierpliwiony całą tą sytuacją.
Kolejne zwęglone włókna wylądowały na ziemi. Pomimo powagi sytuacji, na te słowa model nie potrafił jednak powstrzymać wkradającego się na usta, złowieszczego uśmieszku. Nie miałby nic przeciwko, gdyby Iversen próbował go rozebrać. Elf mruknął coś pod nosem i faktycznie podszedł bliżej. Soren odruchowo odskoczył i wzdrygnął się, gdy tylko chłopak spróbował złapać za płonący szalik, a raczej to, co z niego pozostało. Po chwili jednak się opamiętał i ze smutkiem patrzył, jak materiał ląduje na ziemi. Acedia niemal zawył z bólu, gdy Vaeril dodatkowo przydeptał go butem. Ogień zniknął, ale jakim kosztem.
— Naprawdę takie straszne to było? Mogła stać ci się krzywda! — Soren nie wiedział, czy elf brzmiał na bardziej przerażonego, czy zirytowanego nieodpowiedzialnością przyjaciela
Nie miał jednak czasu na zastanowienie się. Jego wzrok natychmiast powędrował w stronę czegoś znacznie ważniejszego.
— Vaeril…twój rękaw…
Nie zdążył dokończyć zdania, nim oboje wrzasnęli z przerażeniem. Heroiczny gest elfa sprawił, że teraz to jego ubrania stanęły w płomieniach, spalając się znacznie szybciej, niż kaszmirowy szalik Sorena. Musiał być zrobiony ze znacznie bardziej łatwopalnego materiału. Acedia bardzo chciał pomóc, ale gdy tylko zbliżył rękę, jego rękawiczka również od razu stanęła w płomieniach. Nie powtórzył jednak swojego wcześniejszego błędu, od razu rzucając ją na ziemię i przydeptując butem.
— Zdejmij ten płaszcz! ZDEJMIJ GO.
Vaerilowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Jego zmysł przetrwania był zdecydowanie znacznie bardziej rozwinięty niż ten należący do Sorena. Płaszcz w sekundę wylądował na ziemi, jednak ku niezadowoleniu ich obu, jeden z rękawów zdążył doszczętnie spłonąć. Ubranie zdecydowanie nie było już do odratowania. Soren w duchu modlił się, że zrobiony przez niego żałosny kasztanowy ludzik spłonął razem z nim.
— Lubiłem ten płaszcz… — Vaeril westchnął ze smutkiem
Soren niepewnie objął go ramieniem i otulił własną, niestrawioną ogniem kurtką. Czuł się w pewien sposób winny całemu temu zajściu, a w szczególności temu, że obiekt jego westchnień niemal spłonął przy tym żywcem.
— Mogę ci go odkupić…to w końcu moja wina. Poza tym, potraktuj to jako podziękowanie za dzisiejszy dzień. — Uśmiechnął się przy tym delikatnie
Vaeril skrzywił się lekko, jakby propozycja Acedii wydawała mu się wręcz uwłaczająca.
— Nie trzeba, mam jeszcze jeden w szafie. Nosiłem go w liceum, ale nadal powinien być na mnie dobry. — Westchnął. — Ale cieszę się, że ci się podobało.
Oboje uśmiechnęli się do siebie, a Soren instynktownie przycisnął Vaerila bliżej siebie i zamknął w ciepłym, mocnym uścisku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz