01 marca 2026

Od Souela do Merlina

Souel pierwszy raz na oczy widział taką knajpę. W zasadzie na samym początku trzeba zaznaczyć, że jego duszy introwertyka nie ciągnęło zbytnio do miejsc publicznych, w których regularnie przebywali inni. Wolny czas najchętniej spędzał w domu lub na świeżym powietrzu, ale w ustronnej lokacji. Oczywiście, sprawa wyglądała inaczej, gdy wybierał się na wycieczkę do zupełnie nieznanego mu miasta czy nawet kraju. Wtedy istotną rzeczą było odwiedzenie różnych punktów, w tym restauracji, gdzie nie chodziło tylko o posmakowanie tutejszej kuchni, lecz również poznania nieco kultury.
Lokal, w którym z Merlinem się zatrzymali, był właśnie do tego idealny. Wystrój zachowano w tradycyjnym stylu, prawdopodobnie niezmienny od co najmniej dekad. Choć to środek miasta, genashi czuł się, jakby za drzwiami wyjściowymi czekał na nich wiejski krajobraz. Meble z ciemnego drewna, boazeria, małe koronkowe serwetki na stolikach – wszystko nadawało taką aurę wsi. Powieszone na ścianach zdjęcia i obrazy różniły się od siebie, wszystkie jednak zgrabnie przedstawiały kulturę i naturę Medwii.
Dodatkowym uzupełnieniem był opis na oficjalnej stronie restauracji, do której się dobrał Souel. W skróconej wersji autorzy napisali, że lokal powstał ponad trzysta lat temu, założony przez krasnoludzkie bliźniaczki, którym babka przekazała miłość do gotowania i uszczęśliwiania innych swoimi potrawami. Wtedy jeszcze knajpka znajdowała się na krańcu miasta, witając ciepło strudzonych wędrówkami podróżników oraz wycieńczonych po walkach łowców bestii. Podawano domowe posiłki, niby proste, acz mające ten rodzinny urok, który tak chętnie przyciągał wszystkich oddalonych od swych domów. To ten przypadek, w którym przepisy i metody były starannie przekazywane z pokolenia na pokolenie, dzięki czemu, mimo upływu czasu oraz zmieniającemu się otoczeniu, lokal pozostał niezmienny.
— To ciekawe, że miejsce o takiej historii nie jest hot spotem dla turystów — zauważył Merlin po tym, jak Souel podzielił się z nim historią.
— Może to dlatego, że pod tym względem położenie jest trochę niefortunne — dumał genashi. — W pobliżu nie ma żadnych właściwych zabytków poza starą świątynią jakiegoś bóstwa, która nie cieszy się popularnością.
Stare kamienice ciągnęły się kilometrami, gdzie się zatem turysta nie obejrzał, to je widział. Przez to okolica sama w sobie nie wyróżniała się niczym szczególnym, co wzbudziłoby chęć zobaczenia. Ale lepiej dla Souela i Merlina. Dzięki temu udało im się całkiem niedaleko muzeum znaleźć dobrą restaurację. Niższe ceny, możliwe, że też lepsze jedzenie (a przynajmniej Souel w to wierzył po lekturze na stronie); tego właśnie potrzebowali.
Czarodziej pokiwał głową.
— Turystów strata. Dla nas czad.
Souel się z nim zgodził. Chciał coś jeszcze dodać, ale wtedy do ich stolika podeszła kelnerka. Położyła zgrabnie na stoliku talerze z potrawami, zarzuciła do nich jakimiś słowami o uprzejmym brzmieniu, lecz kompletnie niezrozumiałym znaczeniu. Dwójka młodzieńców zdołała jedynie wypuścić z siebie krótkie: „Děkuju”. Kobieta parsknęła, z powodu panujących w lokalu głośnych rozmów innych gości ledwo dało się to usłyszeć. Posłała im ciepły uśmiech, następnie poszła.
Merlin odetchnął z ulgą, wyraźnie wyczerpany trudami związanymi z barierą językową; a trzeba zaznaczyć, że oni jedynie zamówili sobie jedzenie. Co będzie, jak ich dorwie bardziej wymagająca sytuacja? O tym na chwilę obecną woleli nie myśleć.
— Ta, wygląda mniej więcej jak to, co w domu widziałem — skomentował — tylko, no, lepiej.
— Moje wygląda jak to, co na zdjęciach w necie, więc to raczej knedliki.
Jakoś dali radę. Souel gdzieś tam trochę się martwił, że jednak nie doszli do porozumienia z kelnerką i dostaną złe zamówienie. On sam raczej nie dałby rady tego zgłosić, nawet gdyby płynnie mówił po medwieńsku, więc po prostu zaakceptowałby swój los. Szkoda, że nie było nigdzie obrazków dań. Jak był kiedyś w yeongsańskiej knajpie w Stellaire, to zauważył, że menu zawierało przy nazwach kolorowe zdjęcia. To był naprawdę świetny pomysł z tym – aż dziwne, że reszta świata się nie odgapiła. Tyle dobrego, że w tych czasach można było sobie po prostu wyszukać w Internecie potrawy.
Przyjrzał się dokładnie swojemu talerzowi. Wziął do rąk sztućce, rozkroił pierwszego knedla. Wtem uniósł nieco brew.
— Myślałem, że będą z jagodami?
— Hm? — Merlin podniósł na niego wzrok, przerwał na moment nabieranie na widelec.
— Tak kelnerka powiedziała. Knedliki z jagodami.
Jagód nie było, za to widział truskawki. To znaczy, nie przeszkadzało mu to wcale. Lubił truskawki, w zasadzie nawet bardziej niż jagody, niemniej jednak zaskoczyła go ta sytuacja.
— Ej, a może u nich jagody to truskawki czy coś? — rzucił czarodziej. — Czasami tak jest, że języki sąsiednich krajów tu mają podobieństwa, a tam różnice, no i ot.
— To ma sens. Ach, nie mogło być łatwiej... — westchnął ciężko. — Jagody to truskawki, zapamiętaj — rzucił do siebie.
Zaczynał się bać, z czym jeszcze się tak poślizgną z powodu różnic w znaczeniach poszczególnych par słów. Miał tylko nadzieję, że przez to nie zostaną wywiezieni w pole.
Chwilę siedzieli w ciszy, każdy próbował swoich dań. Souel wziął kawałek do ust, kilka sekund żuł. Jak dobrze, że nie miał żadnego problemu do truskawek. Knedle były mięciutkie jak buchetki, a te genashi naprawdę lubił. Od dziecka cieszył się zawsze, ilekroć pojawiały się na obiad. Jego jedzeniowe gusta zatem szybko polubiły wynalazek miedwieńskiej kuchni.
W sumie przeczytał, że były też knedliki na słono. Następnym razem będzie musiał je spróbować.
Gdy spytał Merlina, jak ocenia swoje danie, tamten zamyślił się na sekundę.
— Wiesz, co, tak teraz myślę o tym i ogólnie moje siostry muszą jeszcze popracować nad gotowaniem w tym zakresie — odparł. — Teraz już wiem, jak smakuje prawdziwa sví... Em...
Zerknął na Souela.
— Nie pomogę. — Wzruszył ramionami.
— No wiesz. Eeeee svíčka?
— Chyba to.
Oboje pokiwali głowami w zgodzie.
W trakcie jedzenia próbowali omówić swój plan na jutro obejmujący wycieczkę w teren. Próbowali, ponieważ harmider nie pozwalał na spokojną rozmowę i niektóre kwestie musieli powtarzać głośniej, żeby je lepiej usłyszeć. To była ta jedyna wada, która, szczerze mówiąc, dokuczała trochę Souelowi. Nigdy nie należał do wielbicieli hałasu, stanowił on wręcz jeden z głównych powodów, dlaczego unikał zapełnionych miejsc. Trzeba było się jednak trochę poświęcić, zwłaszcza że i tak nigdzie nie znaleźliby dobrej knajpy bez klientów. Takie połączenie praktycznie nie istniało.
Chociaż była jedna rzecz, którą mógł zrobić.
Rozejrzał się dookoła. Odłożył na moment nóż, żeby wykonać dość charakterystyczny gest.
Merlin podniósł głowę, gdy zdał sobie sprawę, że głosy nagle częściowo ucichły. Brwi powędrowały ku górze, zaczął mierzyć wzrokiem pozostałych gości, wciąż tak samo żywo rozmawiających, co wcześniej. Tylko ciszej. Dopiero po chwili skupił uwagę na genashim.
— Ty to zrobiłeś?
Na to pytanie Souel spokojnie pokiwał głową, aczkolwiek trudno mu było ukrywać dumny uśmieszek. Tego tricku nauczył się niedawno od Władcy Powietrza.
— Dźwięk to nic innego jak fala poruszających się cząsteczek powietrza — rzekł naukowym tonem. — Jeśli ich ruch zostanie powstrzymany, wtedy dźwięk nie dochodzi.
Merlin otworzył szerzej oczy, położył aż sztućce na talerzu.
— O rany, racja, było to na fizie! — zawołał. — Czyli jak kontrolujesz powietrze, to też w sumie, tak jakby, kontrolujesz dźwięk! Ale czad, przydałoby mi się coś takiego na moje siostry, gdy zaczynają się kłócić albo narzekać. Wtedy mógłbym w spokoju oglądać anime, to znaczy, uczyć się do sprawdzianów, tak. Musisz mnie tego nauczyć.
— Nie wiem, czy się uda, bo to już może poziomem wchodzić pod specjalność genashiego, ale spróbuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz