Wstawał rano do powtarzającej się melodii budzika. Czasami podnosił powieki wraz z pierwszymi dźwiękami, czasami już od dłuższej chwili był przebudzony, leżąc na łóżku jak żołnierz na tarczy po przegranej walce z bezsennością i koszmarami. Niezależnie jednak od tego, czy przespał sześć godzin, czy cztery, musiał podnieść się ze świadomością, że układ glimfatyczny mógł jeszcze nie pozbyć się większości toksyn z mózgu. Cóż, były one tylko niewielkim dodatkiem do toksyn podtruwających jego umysł każdego dnia.
Porę śniadania spędzał sam w zasadzie już od ponad piętnastu lat. Z perspektywy otoczenia siedział w kompletnej ciszy, wolną ręką przesuwając na tablecie jakiś artykuł naukowy – w uszach zaś słyszał ciągły szum i pisk, zarówno ten wywołany przepływem krwi w tętnicach, jak również ten nawiedzający go regularnie niczym czające się za kątem oka widmo, nieuchwytne, podsycające niepewność. Jadł przyrządzoną pospiesznie kanapkę, która, podobnie do innych posiłków, szybko traciła swój smak w ustach. Jedzenia nigdy nie mógł w pełni zakosztować. Jak gdyby samo życie mu nie wystarczyło.
Zęby mył zgodnie z wytycznymi, lecz unikał lustra jak ognia. Nie chciał go poplamić. Nie chciał zmagać się z tym, co w nim widział.
W szafie zawsze panował porządek, a Theo nie zastanawiał się specjalnie nad tym, co ubrać danego dnia. Styl miał ubogi, z wieloma powtarzalnymi elementami. Zakładając swoje ubrania, sprawnie upodabniał się do reszty. Kolory smętne, najczęściej dominowały brązowe odcienie obumarłych liści; krój prosty, brak jakichkolwiek wyróżniających się szczegółów. Czasami w myślach żartował, że w ten sposób nie potrzebował zdolności stawania się niewidzialnym.
Torba codziennie zawierała dokładnie ten sam zestaw obiektów. Część z nich rzadko kiedy ją opuszczała, a mimo to Theo z niezwykłą precyzją sprawdzał, czy niczego nie brakowało. Był tablet, kilka długopisów, paczka chusteczek suchych, paczka chusteczek wilgotnych, książka do oznaczania roślin, tabletki przeciwbólowe, kilka fiolek z tak zwaną substancją awaryjną, maseczka materiałowa, zapasowa para rękawiczek, dwie pary rękawiczek gumowych, jeszcze trochę innych drobiazgów. Wszystko na miejscu.
Po ubraniu płaszcza i założeniu butów był niemal gotowy. Nasunął na dłonie rękawiczki, w ten sposób odgradzając je od świata na technicznie resztę dnia. Ktoś by powiedział, że takie ciągłe chowanie rąk źle służy skórze i powinna być ona częściej wystawiana. Theo wiedział, że ten rzekomo delikatny nabłonek nie był więziony, a raczej sam więzienie stanowił. Nie pozwalał chłopakowi na kontakt ze społeczeństwem. Tak jak gryzący pies dostawał kaganiec, by mógł wyjść na spacer i właściciel nie musiał się martwić ryzykiem wyrządzenia komuś krzywdy, tak Theo z zasadniczo tego samego powodu kagańcował swoje dłonie, a także resztę ciała, zostawiając odsłoniętą głowę z czystej obawy przed wytykaniem palcami.
Gotowy wychodził o niemal tej samej godzinie.
— O, idziesz do pracy? — usłyszał.
Zatrzymał się na schodach, spojrzał za siebie. Z niższego mieszkania wychodziła akurat średniego wieku kobieta. Na smyczy prowadziła karmelowego jamnika.
— Dzień dobry. — Ukłonił się uprzejmie. — Tak — odpowiedział, poprawiając torbę na ramieniu.
Szybko zszedł na sam dół, żeby przytrzymać drzwi klatki schodowej. Sąsiadka podziękowała, wyszła na zewnątrz, a zaraz za nią biolog.
— Codziennie wcześnie rano wstajesz i często wracasz późnym wieczorem — zauważyła. — Trochę szkoda, że tak młody chłopak tak ciężko pracuje.
Theo często się z nią mijał z samego rana oraz późnym wieczorem. Nie zdarzało się to codziennie, ale na tyle często, że trudno było ten fakt przegapić.
— Praca sprawia mi radość. Badania tak mnie pochłaniają, że nie zauważam, kiedy już jest ciemno.
Nie skłamał. Praca sprawiała mu swego rodzaju radość, przyjemność. Wczuwał się na tyle, że czas mu umykał niczym małe ptaki, które płoszyły się w momencie wyciągnięcia telefonu, by zrobić im zdjęcie.
Bardziej jednak od radości odczuwał pragnienie osiągnięcia największego na świecie odkrycia. Odkrycia, które pozwoli mu wreszcie żyć jak normalna osoba.
Jak na razie wyczekiwanych rezultatów nie było.
Próbował godzinami. Próbował dniami. Próbował miesiącami. To już zakrawało pod lata, a on nadal nie poczynił postępów.
Profesor Lambert powiedział któregoś razu, że naukowiec swoimi badaniami pomagał światu. Nie powtórzył nigdy więcej tych słów, nie wykorzystał ich nigdzie indziej, w zasadzie rzucił je tak trochę na boku, nie skupiając na nich całej konwersacji. A mimo to utknęły w umyśle Theo. Jak bowiem miał pomagać światu, kiedy nie potrafił pomóc samemu sobie?
— Theo?
Zamrugał parę razy, popatrzył na sąsiadkę. Dwójka od co najmniej kilku sekund stała w niezręcznej ciszy.
— Ach, spóźnię się! — zawołał nerwowo, udając, że zerka na zegarek. — Miłego dnia życzę!
Niemal pobiegł na parking, gdzie miał swoje auto. Nie odważył się sprawdzić, czy kobieta go odprowadzała wzrokiem, aczkolwiek czuł na sobie jej spojrzenie.
Do pracy jeździł służbowym samochodem. Mały, skromny, ale taki kompletnie mu wystarczał. Prawo jazdy wyrobił zaraz po osiągnięciu pełnoletności, zgodnie z własną obietnicą. Choć wolał być eko, panicznie bał się komunikacji miejskiej. Już nacierpiał się w autobusach i tramwajach. Rower niestety obecnie też nie był opcją po pewnym nieprzyjemnym zdarzeniu. Theo dość łatwo wykształcał traumy.
W instytucie był przed czasem. Na wejściu spotkał swojego przełożonego, profesora Lamberta. Mężczyzna obdarzył chłopaka serdecznym uśmiechem, ciepło się z nim przywitał. Nie zbliżył się do niego zbytnio. Już jakiś czas temu zapamiętał, że młody Voyria nie lubił kontaktu fizycznego. Zero podawania dłoni. Zero czochrania po głowie. Zero towarzyskich klepnięć w plecy. Theo nigdy nie wytłumaczył przyczyny, ale starszy naukowiec nie drążył tematu. Po prostu zaakceptował taką kolej rzeczy.
Chłopak skoczył do szatni, zostawił to, co zbędne, a założył swój fartuch. Wszedł do sali laboratoryjnej, zajął swoje stałe miejsce. Wybrał z pudełka parę gumowych rękawiczek, naciągnął na dłonie, które raptem na minutę odzyskały dostęp do światła.
Poza profesorem był pierwszy. Pozostali członkowie zespołu jeszcze się nie zjawili; on zawsze przyjeżdżał przed nimi. Czy to było jego wielkie oddanie pracy? Trudno stwierdzić. Na pewno nie przyjechał wcześniej, żeby również wcześniej wyjść.
Ten dzień pracy nie różnił się niczym od innych. Sprawdzenie kolonii magicznych bakterii, które wyhodowali, wykonanie kilka szybkich testów, a potem Theo dalej dzióbał w roślinach przechowujących manę, żeby sprawdzić, jak najlepiej wybrać z nich magię i potem odpowiednio wykorzystać. Oczywiście nadal nie uzyskał tego, na czym najbardziej mu zależało.
Wiedział, że nauki biologiczne nie należały do łatwych. Wiedział też, że czasami poświęcało się badaniom mnóstwo czasu, zanim cokolwiek konkretnego się otrzymało. Mimo to dokuczała mu każda porażka. Odkrywał jakieś mniejsze zależności, na podstawie których udało mu się samodzielnie napisać dwa artykuły, z czego jeden już został po poprawkach zatwierdzony przez recenzentów i opublikowany. Profesor Lambert był z niego dumny, pozostali członkowie zespołu szczerze pogratulowali. Doktor Garcia wspomniała o punktach, które Theo otrzyma za ten artykuł. A on z trudem ukrywał niedosyt, jaki odczuwał.
Jego pragnienie osiągnięcia czegoś wielkiego zakrawało pod zbyt wysokie ambicje, tak ktoś na pewno mógł to określić. Zdawał sobie sprawę, że w świecie nauki każdy postęp, nawet ten mały, się liczył, bo mógł poprowadzić do czegoś większego. Jak długo jednak miał czekać, aż wreszcie zdobędzie wyniki, których tak pragnął? Lata? Dekady? Dopóki świat w najgorszy możliwy sposób nie odkryje istnienia jego przypadłości? Dopóki po wyczerpaniu psychicznym i fizycznym nie umrze samotnie ze starości? O ile będzie mu w ogóle dane w końcu umrzeć z przerdzewienia organizmu, a nie okaże się, że los skazał go na męczarnię trwającą wieki, jeśli nie milenia.
W ten właśnie sposób mijał mu czas w laboratorium.
Słońce już zdążyło zniknąć za horyzontem, nim opuścił budynek instytutu. Nie wyszedł z własnych chęci; profesor go „wyrzucił”, inaczej ten znowu odbiłby solidne nadgodziny. Starszy naukowiec lubił widzieć pasję w oczach i czynach swoich podwładnych (sam wolał ich nazywać podopiecznymi), nie przepadał jednak, gdy zostawali oni w pracy dłużej, niż powinni. Z tego niestety słynął Theo – jak się wczuł, to dopiero inni uświadamiali go, ile czasu upłynęło. Czasami mógł zostać dłużej w laboratorium, a czasami profesor mówił, że dość, nie można było tak męczyć umysłu. Mózg, nawet jeśli stanowił tylko dwa procent masy ciała, zużywał aż ponad dwadzieścia procent energii pozyskanej z metabolizmu.
Po drodze zahaczył o market. Zrobił szybkie zakupy, poza rzeczami na jutro wybrał też sobie jakieś szybkie danie do odgrzania na dzisiaj. Kiedy wracał późno, nie miał sił na gotowanie od podstaw.
Wreszcie znalazł się w swoim mieszkaniu. Zamknął za sobą drzwi, zapalił światło w przedpokoju. Stanął nieruchomo.
Nikt go nie przywitał. Nikt nie wyczekiwał jego powrotu. Był zupełnie sam. Zdążył się jednak w pewnym stopniu do tego przyzwyczaić. To nie tak, że nie brakowało mu bliskiej osoby, z którą mógłby spędzać wolny czas i która dawałaby mu świadomość, że ktoś zawsze na niego czekał. To nie tak, że nie potrzebował puchatego zwierzaka, wiernie do niego przychodzącego, jeszcze zanim odłożył torbę.
Po prostu rozumiał, że prawdopodobnie nie będzie mu dane żyć jak inni.
A poza tym trudno odczuć w pełni pustkę czegoś, czego się nigdy nie poznało.
Zdjął buty i płaszcz, pierwsze ustawił równo koło szafy, drugi powiesił na wieszaku. Wsunął stopy w kapcie, zaniósł torbę do sypialni. Po umyciu rąk zabrał się za wyciąganie zakupów.
Tak jak w przypadku śniadania, do kolacji również czytał jakiś artykuł; w zasadzie ten sam, ponieważ nie skończył go rano. W mieszkaniu panowała cisza zakłócana jedynie przez niegłośne uderzanie widelca o talerz, a z perspektywy Theo jeszcze przez ciągły szum w uszach.
Późnym wieczorem siedział przy swoim biurku. Zależnie od dnia i okoliczności zajmował się różnymi rzeczami – tym razem było to organizowanie alegatów zielnikowych. Otworzył opasły podręcznik do zoologii bezkręgowców, wyciągnął włożone między strony ususzone rośliny, dodatkowo otulone gazetami, żeby nie pobrudziły samego tomiszcza. Bardzo ostrożnie brał do rąk każdy okaz, żeby wyciętymi wcześniej skrawkami taśmy klejącej przytwierdzić go do kartki brązowego papieru. Czynność tę wykonywał z niezwykłą precyzją, pilnując, by nic się nie pokruszyło ani nie rozsypało.
Oczywiście, że nosił gumowe rękawiczki. Rośliny uschły ładnie, aczkolwiek bał się, że mimo to mógłby je zniszczyć. Ususzone były dość delikatne. Choćby miały łodygi mocne niczym bambus, a liście twarde jak grubosze, przed dotykiem Theo nigdy by się nie uchroniły. W kontakcie z nim najzdrowsza osoba w ciągu chwili drastycznie słabła, a co dopiero niewielka bylina.
Po dwóch godzinach domowa praca na dzisiaj była skończona. Posprzątał, zmiotką zagarnął na szufelkę pogubione na podłodze resztki, nie chcąc odkurzaczem nikomu przeszkadzać o tej porze. Sprawdził godzinę w telefonie, zawiesił wzrok na pasku powiadomień. Popadł w zadumę.
Przez cały ten dzień ojciec ani razu do niego nie zadzwonił. Nie wysłał nawet pojedynczej wiadomości. Nie to, żeby Theo to robił. Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek prowadził z nim rozmowę telefoniczną. Czy jak tak dalej pójdzie, to w końcu zapomni jego głosu?
Miał taką nadzieję. A przynajmniej miał nadzieję, że zapomni, jak ojciec brzmiał, gdy kierował w swego jedynego syna słowa, których żaden rodzic nigdy nie powinien wypowiedzieć.
Dokończył już zimną herbatę, kubek zaniósł do kuchni, dokładnie umył i odstawił na suszarkę. Poszedł do łazienki się umyć, wyszedł w piżamie, gotowy do snu.
Leżał w łóżku, spowity mrokiem nocy. Oczy miał zamknięte, wyglądał, jakby dawno odpłynął do krainy snów. Tak naprawdę jednak wciąż był przytomny. Mózg, zamiast wreszcie obniżyć swoją temperaturę, zeskoczyć z tych ponad czterdziestu stopni, nadal pracował, nadal analizował. Co? Wszystko. To, jak w pośpiechu uciekł od sąsiadki. To, jaką frustrację odczuwał, gdy popełnił głupi błąd i zmarnował materiał roślinny. To, jak przykre miał życie i jak niewiele mógł zrobić, żeby je poprawić.
Wszystkie te analizy, wspomnienia, myśli uciskały jego umysł niczym korona cierniowa z wilczomlecza okazałego. Ostre ciernie wbijały się w głąb, toksyny tylko pogłębiały cierpienie.
Theo kończył swój dzień jak większość osób.
Ostatecznie zasypiał, nawet jeśli nie na długo, przybity przez wroga, jakim była jego własna mentalność.
A potem zaczynał kolejny, niemal taki sam dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz