19 marca 2026

Od Tristana do Arthura

Tristan wzdrygnął się mimowolnie, zaklął, słysząc ten komputerowy, domyślnie ustawiony dźwięk przychodzącego połączenia. Telefon wibrował na blacie stołu kawałek od jego dłoni, a zanim agent zdążył podnieść wzrok, już doskonale wiedział, kto go znów napastował o północy. Nazwa nie była potrzebna, cyfry numeru zdążyły wypalić się w jego pamięci niczym oparzenie w upierdliwym miejscu na dłoni – wciąż bolące i odznaczające się aż nadto na tle zdrowej skóry. Bezlitośnie mocno dla spracowanego urządzenia kliknął zieloną słuchawkę.
— Czy ty się, kurwa, nauczysz wreszcie używać swojego telefonu? — fuknął, marszcząc brwi i wbijając gniewne spojrzenie w rozrzucone wokół niego papiery, jakby mógł na odległość dosięgnąć nim Arthura.
To był trzeci raz w tym tygodniu. Trzeci raz od kiedy Arthur zadzwonił do niego przypadkiem i kontynuował to nieumiejętne klikanie w tę ich suchą konwersację, by następnie męczyć go swoim głupkowatym śmiechem – cholera jedna wie, co go tak bawiło – przez pięć minut i zamrzeć po stanowczym rozłączeniu się Tristana. Co gorsza, raz wcale nie parskał jak koń. Jego zmęczony głos pytał spokojnie o trywialne rzeczy. Tamto połączenie agent zakończył dużo szybciej niż pozostałe.
Teraz już nawet nie próbował obstawiać, z czym będzie miał do czynienia.
— Ależ dzień dobry, panie Fragarach — zamruczał Arthur, delikatny szelest pościeli w tyle zdradził ruch mężczyzny, jak przekręca się w łóżku i układa wygodnie, bo nie można przecież robić z siebie idioty wystarczająco dobrze, gdy ma się swoją niezamykającą się gębę przyciśniętą do poduszki. — Powoli z tymi uprzejmościami. I telefonu umiem używać niezgorzej. — Chwila wahania. Tristan próbował się wsłuchać, czy wyłapie coś jeszcze, ale jedynie słowa mężczyzny wypłynęły z ciszy. — Specjalnie wybrałem pański numer.
Mięśnie karku napięły mu się w ten znajomy sposób, gdy wchodził do pokoju przesłuchań z wyjątkowo przebiegłymi przestępcami. Prawie zawsze mieli mu coś do powiedzenia, zanim decydował się samemu odezwać. Jedno słowo, jedno zdanie śmierdzące grząskim bagnem na odległość. Momentalnie budziło w nim tysiące wątpliwości.
— Po chuj? — mruknął niby w irytacji, choć kropla ciekawości kapnęła na upartą skałę.
— Jest to sposób komunikacji w naszym rozwiniętym technologicznie świecie, że korzystamy z telefonów do rozmów z osobami, od których bez tych zaawansowanych urządzeń nie usłyszelibyśmy tak…
— Skończ pierdolić — sarknął na niego.
Arthur westchnął, zaś owo westchnienie o tyle przyciągnęło uwagę Tristana, że nie miało w sobie tej teatralnej buty, dramatycznego oburzenia, że ktoś tak bluźnierczo zwraca antykwariuszowi uwagę. Ciężkie od niezrozumienia, gonienia za czymś… jakby sam nie wiedział, za czym dokładnie.
— Agencie Fragarach — podjął powoli — jako detektyw powinieneś sam wywnioskować, że nie ja jestem wyłącznie winien tej sytuacji. Wystarczyłoby, żebyś wyciszył telefon albo zablokował ten numer. A jednak go odbierasz za każdym razem.
Ewidentnie Arthur nie zamierzał zadawać oczywistego pytania wprost i pozwolił mu zawisnąć między nimi jak uchylona furtka dla Tristana. Jeden przycisk na telefonie, a furtka by się zamknęła. Kusząca oferta i jakże łatwa w zdobyciu, praktycznie bez płacenia samemu. Powiedz mi nie – tak dla Tristana brzmiała niewygodna cisza zapadła po drugiej stronie słuchawki. Obracał w myślach tą niechcianą monetę wepchniętą mu do dłoni przez Arthura. On stawiał na orła, wypadła reszka, a teraz Tristan miał wykonać wygraną stronę zakładu. Rozłączyć się, tak na dobre. Wystarczy tej zabawy. Koniec, basta.
Poprawił się na krześle, lecz było tak samo twarde w odczuciu jak wcześniej.
Kłamca — odezwał się szyderczym charknięciem Marhalt, gdy Tristan próbował się zastanawiać nad odpowiedzią, choć przecież już wyciągał rękę, żeby popchnąć furtkę i otworzyć ją szczerzej z niepokojącym skrzypnięciem. Więc dlaczego?
Bo jesteś zagadką, Hart. Zakłóceniem w schemacie, szyfrogramem pozbawionym jednego prawidłowego klucza, bolączką trawiącą ciało od środka przez antygeny upodabniające się do komórek żywiciela. A ja żyję tajemnicami, brnę po pas przez drugie dno, nieważne ile szamba w nim jest, i bardziej od twojego uśmiechu wkurwia mnie myśl nierozwiązania zgniłej prawdy rozkładającej się pod warstwami twojej perfekcji, bo każda perfekcja jest zakłamana. Postrzegasz ją jako tarczę przed idącym ci na przekór światem, lecz to tak naprawdę skorupa pękająca od wewnątrz przez złość, niemoc i rozdrażnienie bestii, którą – tak wmawiasz sobie – oswoiłeś. Jej kły mają ostrość twoich frustracji, jej sierść drapie mocniej od szorstkiego wspomnienia minionych relacji. Tak bardzo przypominasz mi kogoś, kim byłem, Arthur, że chcę zwymiotować ściśniętymi wnętrznościami na twoje śnieżnobiałe spodnie i poczuć namiastkę kontroli nad tym, kim jestem teraz, tak jakby rozbicie twojego idealnego obrazu mogło nadać mojemu cierpieniu sens.
Tristan milczał, niezdolny się rozłączyć. Sam wybrał wcześniej orła. Dwójka przegranych i mijające sekundy połączenia między nimi.
— Chcesz naprawdę posłuchać o moich problemach? — mruknął w końcu. Absurdalna propozycja z ich pierwszej rozmowy była z jakiegoś powodu pierwszym, co przyszło mu do głowy, żeby zmienić temat.
Ciekawe, co masz do powiedzenia o mnie — zawarczał Marhalt, co w jego przypadku pokrywało się z zaintrygowanym pomrukiem.
— Jak w końcu przyznałeś się do nich, to jak najbardziej — odpowiedział ochoczo Arthur. Po wcześniejszych uczuciach nie został nawet ślad, jak gdyby ich wspólne wahanie nie miało wcale miejsca. — I dopóki nie skończysz, będę milczał jak grób.
Pożałuję tego, pomyślał, wzdychając w duchu. A potem Arthur faktycznie zamilkł i Tristan poczuł się obco w kuźni własnych zgryzot. Każda z nich uważnie podsycana gniewnym ogniem, karmiona złamaną stalą niesprawiedliwości, by wypuścić z siebie owoc zemsty w postaci bezlitosnej broni. Nie stworzył tego miejsca z myślą o pokazywaniu go komukolwiek, zaś próba opowiedzenia o cieple choćby bijącym z pieca jego uważnie zapamiętywanych zdrad okazała się prawie awykonalnym zadaniem. Zaczął powoli, ostrożnie mówić o tych orężach, których spodziewano się po nim. Podniósł włócznię systematycznie ostrzoną, by przebić swojego szefa, choć kim dokładnie był dla niego Andret pozostawało wyryte na drzewcu, skryte pod jego dłonią. Sięgnął po niedokończony sztylet, któremu wciąż brakowało uformowanej z mocnych dowodów rękojeści potrzebnej do rzucenia bronią w wymykającego się przemytnika. Wspomniał o haniebnym stosie pękniętych skrawków metalu, które musiał ułożyć w raporty dla archiwum.
Nie powiedział niczego w przypływie impulsu, nieustannie pilnując, by Arthur dostał wyłącznie to, co Tristan chciał wypuścić z kuźni – małe, niewiele znaczące fakty przekazanie w formie oszczędnych słów i czasami niewyraźnych mruknięć. Jego monolog nie był przyjemnością, a mozolną pracą.
Tym bardziej nie miał pojęcia, dlaczego po nim poczuł się przez chwilę lepiej i do pracy wrócił z większym spokojem.


Dwudziesta, dwudziesta pierwsza, druga, trzecia… Północ. A telefon milczał. Rozpraszał go bardziej, niż jakby brzęczał powiadomieniami. Tristan zerkał na niego ponad teczkami i papierami, w irytacji dostrzegając tylko czarny ekran. Gdy rozdrażnienie sięgnęło zenitu, wziął urządzenie i schował je pod poduszką kanapy, wracając do serii zdjęć ze sceny zbrodni, bo jeden z zespołów poprosił konkretnie o jego ekspertyzę. Czuł podskórnie, jak drobny szczegół wije się w jego żyłach jak ohydny robak i ucieka przed zasięgiem jego wzroku, tak jak uciekał pozostałym agentom dochodzeniówki. Czuł też, że zbyt długo wpatruje się w jedno i to samo zdjęcie, wyciągając z niego co najwyżej własną frustrację.
Czasami natrafiał na ścianę i potrzebował kilku dni, żeby przebić się przez nią siłą i znaleźć rozwiązanie po drugiej stronie. Przyzwyczaił się do takiego radzenia sobie. Lecz jego umysł szukający efektownych ścieżek mających doprowadzić do końca sprawy uczepił się zębami tego jednego, specyficznego sposobu na przebrnięcie przez blokadę. Ale wciąż nie usłyszał dzwonka w telefonie. Sam przecież nie zamierzał dzwonić.
Postukał długopisem trzy razy w stół. Dopił ostatnie łyki kawy. Zrobił nową, ale tym razem dolał do niej otworzonej w zeszłym tygodniu wódki. Kształt telefonu zdawał się przepalać przez poduszkę w jego oczach, on zaś krążył wokół kanapy jak jebany kot z pęcherzem. Szarpnął za już i tak poluźniony krawat.
— Kurwa — warknął, zgarniając z powrotem komórkę w dłoń.
Rozmowa z Arthurem była na samej górze wszystkich jego konwersacji. Agresywnym kliknięciem wcisnął ikonę połączenia i momentalnie się rozłączył, odrzucając urządzenie na stół, jakby zrzucał z ramienia przeklętego skorpiona.
Głupek — syknął Marhalt.
— Stul pysk.
Opróżnił pół kubka z kawą jednym haustem i wtedy telefon zadzwonił. „Arthur” pojawiło się na wyświetlaczu.
Tristan złapał znów skorpiona za sam jego ogon, prawie klikając od razu zieloną słuchawkę. Chwila. Liczył. Trzy sygnały, cztery, pięć… Odebrał na przedostatnim.
— Agencie Fragarach?
— Czego?
— Czy pan właśnie do mnie zadzwonił? — Rozbawienie pomieszane ze zdziwieniem w głosie Arthura dało się perfekcyjnie słyszeć na odległość.
— Skąd wpadłeś na ten idiotyczny pomysł?
— Dostałem powiadomienie o nieodebranym połączeniu.
— To ci się telefon spierdolił — uciął krótko Tristan, zasiadając znów na swoim miejscu przy stole. — Ale skoro już zadzwoniłeś, to równie dobrze możesz się do czegoś przydać jako oficjalny konsultant. Mam nierozwiązaną sprawę.
— A w czym taki idiota jak ja może przydać się agentowi specjalnemu, jak to pan sam lubi powtarzać?
— Jeszcze słowo i wyrzucę telefon przez okno.
— W takim razie czy to ten moment, od którego mam milczeć?
— Tak, kurwa.
— Już się robi — zamruczał Hart i Tristan oczyma wyobraźni widział ten jego przesłodzony uśmiech.
Właściwie sam nie wiedział, czego się spodziewał po tym telefonie. Trochę miał nadzieję, że wysnuta przez jego podświadomość teoria zostanie obalona w pierwszych minutach rozmowy. Że Arthur nie ma żadnego związku z jego myślami wpadającymi na nowe tory i pędzącymi dalej szybszą trasą. Że te telefony nie są żadną poszlaką w sprawie pana idealnego. Jakikolwiek znak, że może zaprzestać tę szaradę.
I może takowe nawet były, lecz on węszył uparcie w tym jednym kierunku, będąc równocześnie psem i ręką szarpiącą za smycz. Mówił prawdę, a potem wplatał w mniej istotne rzeczy kłamstwo, jakby dzięki temu mógł odsunąć się jakoś od tego dziwnego uczucia przyciągania wytwarzanego przez ucho gotowe faktycznie wysłuchać, co miał do powiedzenia. Ja kłamię i wiem, że ty kłamiesz. To był bezpieczny grunt. Kontrolowany.
Arthur nie dał mu jednoznacznej odpowiedzi ani wskazówki w sprawie, lecz w jakiś sposób to wciąż było lepsze od wcześniejszej ciszy jego mieszkania, zaoferowało mu inne spojrzenie, gdy próbował opisać całą sytuację. Zatrzymał robaka, zanim ten dotarł do serca, po czym wyciągnął go z krwioobiegu i obnażył.


Utknęli w dziwnym limbo, a przynajmniej tak właśnie Tristan to widział – limbo. Otchłań niezdecydowania. Stanie jedną nogą na czarnym gruncie grzechów, a drugą na białej ziemi rozsądku. Odbierał połączenia od Arthura, Arthur odbierał od niego, aż przestał mijać tydzień bez choćby jednej ich rozmowy telefonicznej. Sami zbudowali sobie to więzienie i teraz czekali, aż w końcu któryś dostrzeże, że kraty są wystarczająco szeroko rozstawione, by przez nie przejść i zostawić za sobą wciągającą ich coraz głębiej otchłań. Któryś musiał być pierwszy. Któryś musiał w końcu rozłączyć się i nigdy więcej nie odebrać. Niekończące się oczekiwanie jednak nie było wcale takie groźne, gdy setki ulic miasta dzieliły ich od spojrzenia sobie w oczy i porozmawiania twarzą w twarz. Stali do siebie odwróceniu plecami w tym więzieniu. Świadomi, że ten drugi słucha, ale pozbawieni pojęcia o jego mimice.
Dzwonili zawsze w nocy, o porach, gdy większość osób zazwyczaj już spała. Stanowiło to kolejną ścianę ich limba – trzymanie w tajemnicy przed słońcem i resztą świata tych rozmów, oszukiwanie siebie samych, że to wszystko mogło być równie dobrze snem, a zachrypnięte głosy bredziły od rzeczy.
— Musisz zacząć brać tabletki nasenne — powiedział pewnego razu Tristan, gdy bezsenność Arthura trwała trzeci dzień z rzędu. — Niewyspanie w połączeniu z twoimi umiejętnościami prowadzenia samochodu wpierdoli cię do rzeki.
Arthur parsknął.
— Próbowałem parę razy tych wątpliwych środków i żaden nie działa wystarczająco mocno.
— Masz aż tak lekki sen?
— Niestety muszę mieć się na baczności, żeby w porę się wybudzić na mojej zmianie, gdy usłyszę kroki szefa.
— W domu śnią ci się koszmary, że zaraz wejdzie i też nie możesz spać? — sarknął Tristan.
Kreatywna odpowiedź wcale nie nadeszła tak szybko, jak tego oczekiwał.
— Coś w tym stylu… — mruknął Arthur, słaba nuta zastanowienia rozmyła się w jego słowach jak słaba woń zdominowana przez tytoniowych zapach perfum. — Dlaczego ty nie śpisz? Za każdym razem, jak dzwonię w nocy, odbierasz i wcale nie brzmisz na rozespanego.
— Przyzwyczaiłem się do mniejszej ilości snu — mruknął automatycznie jak do tysiąca innych osób pytających go o coś podobnego. Kłamstwo z ziarnem prawdy. Chociaż gdyby powiedział, że jego zasypiający umysł jest antyczną agorą dla boga sprawiedliwości, stworzyciela jego osoby, i demona złączonego z jego ciałem poprzez pakt krwi, zaś każdy z nich ma zawsze wiele durnot do powiedzenia, prawdopodobnie zostałoby to uznane za bardziej wyssane z palca niż możliwość, że ktoś zwyczajnie sypia mniej.
— Przez pracę?
— Między innymi.
— Z tego, co mi się wydaje, nie dostajesz podwyżki za nadgodziny.
— Nie dostaję.
— To dlaczego? — naciskał Arthur. — Dlaczego pracujesz, jakby skończyć ci się miał czas?
Wiele odpowiedzi nasuwało mu się na język. Bo mogę. Bo niektórzy muszą zapierdalać, a nie żyć z uśmiechania się jak patafian. Bo mam swoje powody i chuj ci do tego.
— Jest to łatwiejsze od próby zaśnięcia — rzucił zamiast wszystkich tych słów. — Mój szum myślowy jest… dość intensywny.
Marhalt skrzeczał coś z tyłu jego głowy.
— Zatem głosy w głowie nie dają ci spać? — Teraz to Arthur z niego żartował.
— Nawet nie masz pojęcia…
Przerażało go to. Zwykła rozmowa niezwiązana zupełnie z pracą. Nie myślał tak o tym, gdy je prowadził od czasu do czasu z Arthurem, lecz gdy się rozłączali, coś głęboko zakorzenionego w nim wierciło się niespokojnie i czekało, aż ktoś przyjdzie i powie „to wbrew zasadom, wbrew temu, co ci wolno”. Tak nienormalne stały się dla niego normalne konwersacje. Może właśnie z powodu tego uczucia godził się na kolejne telefony, idąc na przekór dawnym przyzwyczajeniom, chociaż wolał trzymać się swojego detektywistycznego zmysłu ciągnącego go do kłamstw Arthura niż wątpliwych podejrzeń o swoim stanie.
Nie zapomniał o tamtym strzale w magazynie, o zielonych oczach unikających odpowiedzi. Przed czym jeszcze uciekasz w swoim życiu, Arthurze? Czy jesteś szybszy od tego, czy to ja pierwszy to pochwycę?


W tych rozmowach Tristan znalazł niechciany komfort, a raczej stagnację, siedzenie w bezpiecznych granicach wytyczonych przez siebie, które, o dziwo, Arthur szanował. Detektyw dzwonił wyłącznie, gdy siedział nad dokumentami z pracy i tkwił zbyt długo w jednym miejscu. Arthur potrzebował mniej wymówek, a bywało, że nawet nie zaczynał od mówienia o pracy, lecz o błahostkach, poprutym obiciu siedzenia w samochodzie czy pękniętych szkłach w okularach, słuchając potem burczenia Tristana o wszystkich tych durnych dramatach. I wtedy go trafiło, że Arthur nie tyle, co szanował granice, a – świadomie bądź też nie – zgodził się na wykorzystywanie siebie jako uważnego słuchacza. Działało to, więc Tristan wpatrywał się w ścianę limbo, przekonany, że tak może pozostać.
Tylko że Arthur nie był narzędziem, a on nie miał żadnego prawa go tak używać.
Dlatego też, siedząc w sobotę w swoim biurze, bo w weekendy miał najwięcej spokoju w budynku pracy, czekał z telefonem przyłożonym do ucha, aż usłyszy po drugiej stronie ten irytująco melodyjny głos. Nie minęło nawet południe i wczesne słońce padało na jego palce bębniące o blat w poddenerwowanym rytmie.
— Panie Fragarach, czy coś się panu przypadkiem nacisnęło w telefonie? — zaśmiał się Arthur.
— Nie — burknął. — Tym razem dzwonię ja. Do ciebie. Naprawdę.
— A z jakiej to racji taki zaszczyt mnie spotkał?
— W twojej okolicy był napad — skłamał gładko. — Złodziej oddał strzały z nielegalnej broni, chociaż tylko w powietrze. Chciałem się upewnić, że wszystko w porządku. I czy nikt podejrzany cię nie zaczepiał.
— Znasz mój adres?
— Pracuję w rządowej agencji, oczywiście, że znam twój adres — fuknął na niego, zerkając na pusty profil Arthura Harta wyświetlony na monitorze. Patrząc na to, ile razy otwierał tę samą kartę w jakiejś beznadziejnej nadziei, że przed jego oczami odkryją się nagle zamazane akta dawnych spraw, mógłby już wypisać z pamięci podstawowe dane.
— To dlaczego jeszcze nie przyszedłeś na herbatę? Mam wyjrzeć przez okno i zawołać cię z krzaków?
— Nie siedzę w żadnych pierdolonych krzakach.
— Właśnie, a powinieneś. Miałbyś bliżej do mnie.
— Podziękuję. Nie odpowiedziałeś na pytanie.
— Jakie pytanie?
Tristan ścisnął kąciki oczu palcami, próbując przecisnąć przez gardło te wyplute wcześniej z siebie słowa.
— Czy wszystko u ciebie w porządku?
— Ach, jeśli mam być szczery, to tak. Wczoraj wróciłem wcześnie z pracy, miałem czas na obejrzenie odcinka serialu. „Hannibal” się nazywa, spodobałby ci się. Jest o konsultancie też z rządowej agencji pracującym z tytułowym Hannibalem, który jest mordercą. Otworzyłem też butelkę whiskey, taką z wyższej półki. Odkładałem ją na specjalną okazję i uznałem, że ostatni tydzień zdecydowanie był specjalny i należy mi się coś extra… — Nagle antykwariusz się zatrzymał, zawahał. — Panie Fragarach? Pan się dobrze czuje?
— Dlaczego pytasz? — syknął.
— Bo nie przerwałeś mi po wypowiedzeniu trzech zdań.
— Słucham cię. — Nabrał głębiej tchu. Należało wyrównać rachunek. — Tak jak ty słuchałeś mnie przez ostatni czas.
Cisza trwała wystarczająco długo, że Tristan musiał aż sprawdzić, czy się niechcący nie rozłączył.
— Zaskakujące, powiedziałeś to nawet bez przesadnej cierpkości — odezwał się wtem Arthur. — Czy mam zatem kontynuować moje opowiadanie o dzisiejszym, jakże nudnym sobotnim poranku spędzonym na przygotowywaniu naleśników?
— Nie wiedziałem, że potrafisz gotować.
— Wielu rzeczy pan o mnie nie wie, panie Fragarach. Jak na przykład tego, że moje naleśniki to absolutny majstersztyk…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz