— O rany… — jęknął cicho Merlin, ściągając na siebie zaniepokojone spojrzenie Song Ana.
— Nie… nie mów, że naprawdę chodzi o Falkora — szepnął drugi młodzieniec, a w jego głosie pojawił się rosnący niepokój.
Merlin potrząsnął lekko głową.
— Nie, nie chodzi o niego. Po prostu…
— Po prostu…?
Młody czarodziej westchnął. Uczucie było podobne do tego, gdy grał w jakiegoś komputerowego erpega, przyjmował questa, takiego pozornie prostego i krótkiego (jak na przykład sprzątanie lasu na jesień), a potem okazywało się, że z tego questa robiła się cała wielka kampania, bo żeby ogarnąć pierwszy etap (wrócić ze sprzątania lasu), trzeba obłaskawić jakiegoś potwora (nakłonić Wiekowe Drzewo do współpracy), ale żeby to zrobić, to trzeba zrobić coś innego (przekonać koboldy do sprzątania, a nie zaśmiecania lasu), a żeby to się udało, to trzeba ogarnąć jeszcze inną rzecz (przynieść smoczek). Dobrze, że w takich erpegach zawsze był jeszcze automatycznie uzupełniający się dziennik zadań, bo inaczej Merlin do reszty straciłby orientację w tym, co jest akurat do zrobienia. Rzeczywistość niestety nie była zaopatrzona w taki mądry dziennik, na szczęście jednak Merlin miał u swego boku Song Ana i Śmieciarza, a co trzy głowy, to nie jedna, więc chłopak chociaż robił wrażenie, że coś ogarnia. Na razie.
— To jest wszystko do zrobienia — przekonywał samego siebie, przetarłszy twarz dłonią, usiłując zrobić ten mityczny manifesting. — Dam radę. Wszystkie zadania po kolei, i wtedy dam radę.
— Damy radę — poprawił go Song An, posyłając mu pogodny uśmiech.
— Racja. W grupie siła — zgodził się Merlin.
Chciałoby się powiedzieć, że odwaga na powrót wstąpiła w serce, Merlin jednak nie był pewien, czy to uczucie w jego wnętrzu dało się nazwać odwagą. Przynajmniej konieczność działania przeważyła w nim nad niechęcią ku temu, to zaś sprawiło, że chłopak zaczął sprawiać wrażenie, jakby nagle dostał zastrzyku energii. Z powodzeniem mógłby udawać jednego z bohaterów erpegów, równie dobrze co Song An, chociaż u tego ostatniego fascynacja światem i chęć do działania były akurat zupełnie prawdziwe, czyli że na dobrą sprawę udawać nie musiał.
Król koboldów wyraźnie rozpromienił się, widząc, jak jego wielce uprzejmi goście entuzjastycznie przyjmują zlecone przez bóstwo zadanie.
— Jeżeli jaśnie panujący mógłby nam udzielić pewnych informacji, moglibyśmy zaraz zająć się poszukiwaniem owego mistycznego, zaginionego smoczka — odezwał się Song An. — Gdzie ostatnio był widziany?
— Stary kamień, zielony i wielki. Wiele księżyców temu. My długo szukać, ale nic nie znaleźć.
— Takich kamieni to może tu być na pęczki — mruknął Merlin, a na głos zapytał: — A czy wasza wysokość może nam przybliżyć sylwetkę owego głazu?
Kobold zamrugał.
— Czy wasza wysokość może go opisać? Ten wielki, zielony kamień?
— Wielki. Zielony — powtórzy król. — Jak żaba.
Merlin zamyślił się, lecz wtem Song An rozpromienił się, trącił go lekko.
— Merlinie, mijaliśmy taki kamień! Ostatni raz widzieliśmy go tuż przed tym, jak spotkaliśmy się z Wiekowym Drzewem.
— Serio?
Song An pokiwał z entuzjazmem głową.
— Tak, pamiętam go! On naprawdę wyglądał jak żaba!
Teraz to i Merlin poczuł, że może ich przygoda ma się wreszcie ku końcowi, bo jak to w dobrych erpegach bywa, zadanie zaczęło się zapętlać, i może była szansa, żeby to wszystko wziąć i w końcu rozwiązać. Przydałoby się, bo o ile Merlin nie był dzieckiem trzymanym pod kloszem, nie miał wyznaczonej godziny, po której koniecznie musiał być w domu, o tyle rodzice mieli prawo zacząć się już o niego martwić, skoro pora robiła się dość późna. Nawet nie miał ich jak powiadomić, bo oczywiście, że jego stary i przechodzony telefon nie łapał tu nawet zasięgu…
Wiedząc, że owego tajemniczego smoczka nie da się znaleźć w koboldzich jaskiniach, król wyprowadził ich z powrotem ku głównej pieczarze, następnie zaś w asyście pozostałych koboldów, równie uradowanych i pełnych nadziei, trójka herosów została odprowadzona znów w stronę lasu.
— Dobrze, że choć trochę się przetarło — zauważył Merlin, patrząc w widniejące między koronami drzew niebo.
— Ale robi się naprawde późno — dodał Song An, podążając za jego spojrzeniem, nim znów zwrócił się w stronę Merlina. — To czym w końcu jest ten smoczek?
— Smoczek to takie… takie coś dla dzieci, co sprawia, że przestają płakać.
— Jak taka zabawka?
Merlin potrząsnął głową.
— Nie, bardziej jak taki eee… lizak? Tylko on się no… nie zlizuje? Jest gumowy i po prostu daje się go dzieciom, żeby się nie stresowały.
Song An zamyślił się.
— To bardzo zmyślne urządzenie, taki antystresowy lizak, który nigdy się nie kończy — powiedział poważnie. — Czy one są tylko dla dzieci? Jestem pewien, że wielu dorosłych też by skorzystało z takiego czegoś.
— Połowa moich nauczycieli, jakby się tak zastanowić — przyznał Merlin.
Ruszyli w głąb parującego po deszczu lasu, Merlin zaś uświadomił sobie, że „w pobliżu Wiekowego Drzewa” tak naprawdę niewiele mu mówi, a przynajmniej nie wyznacza kierunku, w którym powinni się udać.
— Pamiętasz, jak tam w ogóle trafić? — spytał ostrożnie, gdy już oddalili się nieco od wejścia do jaskini koboldów.
— Nie — odparł Song An. — Ale myślę, że jeśli spróbujemy cofnąć się po swoich śladach, to powinniśmy tam trafić. Możemy od czasu do czasu obracać się do tyłu i patrzeć, czy poznajemy to miejsce z wcześniejszego momentu, jak szliśmy do jaskini, albo możemy spróbować znaleźć nasze ślady w leśnej ściółce, tylko obrócone do tyłu, bo szliśmy w drugą stronę.
Merlin uniósł brwi na te rewelacje.
— Skąd wiesz, że to zadziała?
— Widziałem na filmie i tam zadziałało, więc my też sobie z tym poradzimy — powiedział Song An z całą stanowczością w głosie. — Albo wiesz, co możemy zrobić?
— Co takiego?
— Spytać Śmieciarza, czy nas zaprowadzi. Zwierzęta o wiele lepiej tropią, niż zwykli śmiertelnicy, którymi przecież obaj jesteśmy, prawda?
— No w sumie…
Tymczasem zaś Śmieciarz, przez większość ich przygody raczej milczący i zgodny w kwestii dalszego wyboru akcji, jakby rozumiejąc, czego się od niego oczekuje, potarł łapkami, a następnie puścił się biegiem jedną z leśnych ścieżek.
— No nie wierzę — mruknął Merlin, a potem, chcąc nie chcąc, ruszył za już podążającym za Śmieciarzem Song Anem.
Oczywiście, że momentalnie zabrakło mu tchu – nie stworzono go do żadnych sprintów przez las. Miał wrażenie, że nie stworzono go nawet do lekkiego joggingu wokół ogrodu, lecz jeśli misja tego wymagała, Merlin był zdolny do czynów heroicznych. Czasem.
Trójka śmiałków minęła jeszcze parę drzew, jeszcze jeden wykrot i zwalony konar, i w końcu ich oczom ukazał się rzeczony głaz.
— Im bardziej… na niego patrzę… tym bardziej… wygląda jak… wielka żaba — wydyszał Merlin, próbując złapać oddech po lekkiej przebieżce.
— Jest bardzo charakterystyczny — przyznał Song An, podchodząc bliżej i kładąc dłoń na kamieniu. — To teraz czas szukać tego smoczka-lizaka. Mam nadzieję, że pojdzie nam lepiej, niż koboldom…
— Mam nadzieję, że nie okaże się zaraz, że kamień to też jest taki Wiekowy Kamień i nie powie, że skitrał sobie ten smoczek i nam go nie odda, aż nie zrobimy porządku w lesie — westchnął Merlin, niepomny na to, że „żabi” kamień ma takie dwa symetryczne, ciemniejsze elementy, które do złudzenia przypominają oczy i właśnie ich spojrzenie kieruje się w jego stronę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz