Na ranczu każdy dzień kończył się prawie tak samo – powrotem do domu i kolacją. Siadał wtedy przy solidnym, drewnianym stole, który ojciec własnoręcznie wyciosał dla mamy. Był cały przepocony, oblepiony kurzem i przesiąknięty zapachem zwierząt, a mimo to nie narzekał i jadł w milczeniu. Zwykle na stole pojawiały się proste potrawy, choćby gulasz z ziemniakami, zagryzany świeżym chlebem. Zawsze mu smakowało – tak sobie przynajmniej wmawiał. Jednak każdy ruch szczęki, każdy zgrzyt zębami przypominał mu, że ojciec patrzy. Żuł długo, aż mięso robiło się w ustach suche jak trociny, a gdy ojciec odzywał się swoim mocnym, pełnym rozczarowania głosem, jedzenie stawało mu w gardle – kwaśne i palące.
Ciągle trzeba cię pilnować. Inaczej wszystko spartolisz. Myślisz, że książki nakarmią bydło? Nakarmią ciebie? Że uratują ci skórę, kiedy przyjdzie susza? Naprawią płot, przeciekający dach? Tutaj liczy się praca. Tylko praca. Te ziemie to nasze życie. Moja spuścizna. A to wszystko dla was.
A on zgarbiony nad miską, potulnie odpowiadał: Rozumiem, proszę pana. To już więcej się nie powtórzy. Nie zawiodę, obiecuję, proszę pana.
Ciężar tamtych wieczorów wrócił nagle, nieproszony. Koszulka kleiła mu się do mokrych pleców, a serce drgało w gorączkowym rytmie, jakby zaraz znowu miał usłyszeć jego głos. Mógł przysiąc, że czuł za sobą jego obecność – jego stalowe, przygważdżające spojrzenie. Szykował się na reprymendę, a w myślach już układał przeprosiny.
Ale cios nie nadszedł.
Ojca tu nie było.
Nie widział go od sześciu lat.
Był tylko Gulm – nieprzytomny, pokryty kablami i rurkami. Monitor przy łóżku nieustannie wybijał rytm jego serca, a respirator pilnował oddechu.
Zrobił wszystko zgodnie z procedurą.
Nie było żadnych oznak, że mogłoby dojść do zatrzymania akcji serca.
Czy go zawiódł? Czy mógł zrobić coś inaczej? Czy inni poradziliby sobie lepiej?
— Dlaczego serce stanęło? — Dotąd milczący Janek wyrwał go ze spirali myśli.
Sammy odwrócił się w stronę drugiego strażaka.
— Jednym z objawów zatrucia jest spowolniona praca serca — zaczął spokojnie, próbując zapanować nad drżeniem głosu — która czasami może doprowadzić do całkowitego zatrzymania.
— Może się powtórzyć?
— Nie powinno. Gulm dostał leki na serce, więc póki co jest stabilny. Jak tylko potwierdzą się nasze przypuszczenia, to od razu podamy antidotum i za kilka dni będzie mógł wrócić do domu.
— A jeśli to nie zatrucie?
Nie patrzył Jankowi w oczy. Bał się, że znowu ujrzy w nich ten sam błysk — drapieżny, nienaturalny głód. Wzrok uciekał mu w ścianę, w podłogę, gdziekolwiek, byle nie na szerokie barki i dłonie, które jednym ruchem mogłyby przekręcić mu kark. Jednak słysząc smętne pytanie zabarwione nutą troski i smutku, zebrał resztki odwagi i spojrzał na strażaka.
— Wtedy będziemy szukać dalej — odparł bez zająknięcia.
Mocne ramiona opadły nieznacznie, a mężczyzna skurczył się w sobie. W palcach nadal nerwowo obracał naklejkę misia, aż jej róg zaczął się strzępić.
— Proszę pana…
— Żaden pan.
— Janek — powiedział, ale to imię zabrzmiało trochę obco w jego ustach, niepewnie. — Pójdę poprosić, żeby przebrali Gulma. Postaram się też załatwić dla ciebie wygodniejsze krzesło.
— Nie trzeba.
Uniósł brwi i zerknął w stronę marnego stołka na kółkach. Siedzenie na nim dla nikogo nie mogło być wygodne – a już na pewno nie dla ponad dwumetrowego faceta.
— Uh-huh. Czy powinienem kogoś powiadomić? Rodzinę Gulma?
— Nie.
— Okej. W takim razie zaraz wracam. — Skierował się do drzwi, ale zatrzymał się na moment. Zerknął przez ramię na Janka, choć już nie ryzykował spojrzeniem mu w oczy. — Gulm ma szczęście, że ma takiego przyjaciela jak ty.
Nie wiedział, co go pokusiło, by to powiedzieć ani czy było to stosowne. Nie czekał nawet na odpowiedź, czy reakcję; wyszedł z sali i podszedł do wysepki, gdzie Katniss oparta o blat, wciąż dyskutowała podniesionym głosem przez telefon. Yeldan wypełniała tabelki na komputerze.
— Czy mogłaby pani wysłać kogoś do Gulma? By go przebrać? — zwrócił się do pielęgniarki oddziałowej. — I gdzie mógłbym znaleźć jakieś wygodniejsze krzesło dla Janka?
Yeldan uśmiechnęła się do niego ciepło.
— Jasne. Zajrzyj do składzika, coś powinno się znaleźć. — Mrugnęła do niego i rzuciła mu pęk kluczy. — Ten z zielonym znacznikiem.
Podziękował i od razu ruszył przez oddział, ale jeszcze zahaczył o stołówkę, gdzie zagarnął do kieszeni kanapkę i sok jabłkowy w kartoniku ze słomką.
Nie minęło nawet dziesięć minut, a on już wracał, taszcząc za sobą duże krzesło.
— Nie mów mi, że dasz mu to ohydztwo? — zaczepiła go Katniss, gdy zauważyła, co wystawało mu z kieszeni.
— Nie rozumiem.
— Te kanapki są okropne. — Skrzywiła się, a Sammy spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Mi smakują.
— Tak, bo masz najwyraźniej wypalone kubki smakowe.
Wywrócił oczami.
— Dowiedziałaś się czegoś? — Kiwnął sugestywnie w stronę trzymanego przez nią telefonu.
— Nie, cholerny palant nie chciał mi nic powiedzieć. Coś mi tu śmierdzi i wyjątkowo to nie ty. — Jej górna warga uniosła się w złośliwym grymasie.
— Renard — odchrząknęła Yeldan, posyłając wilkołaczce upominające spojrzenie.
— Czyli dalej czekamy na wyniki z krwi — podsumował Sammy, a Katniss westchnęła ciężko. — Chyba że… zapytamy kierowcę cysterny?
— Zapomnij. Pewnie też dostał błędną specyfikację transportu.
Nie dyskutował z nią, bo i tak do niczego by to nie doprowadziło. Potrzebowali konkretów, a nie poszlak w momencie gdy istniało ryzyko niebezpieczeństwa dla zdrowia pacjenta.
— A czy wiadomo, co z motocyklistą?
Katniss wzruszyła ramionami.
— TK głowy wyszło w porządku, nogi to już inna bajka. Wzięli go na blok i póki co nic więcej nie wiem. — Spojrzała na niego z ukosa. — Ale jak czegoś się dowiem, to dam ci znać.
— Dzięki. — Uśmiechnął się trochę krzywo i skierował się wreszcie do sali Gulma.
Janek siedział przy łóżku kolegi, spoglądając na niego nieodgadnionym wyrazem twarzy. Sammy odchrząknął, delikatnie zwracając na siebie uwagę.
— Znalazłem trochę większe krzesło. — Wskazał na mebel, który w odróżnieniu od stołka miał przynajmniej oparcie i podłokietniki. — A i jeszcze to, gdybyś zgłodniał. — Wygrzebał z kieszeni zafoliowaną kanapkę i sok, które stanęły na stoliku przy łóżku.
— Dziękuję, doktorze.
— Nie ma sprawy. — Sammy przejechał dłonią po karku, niezręcznie przystępując z nogi na nogę. — Więc… ja… eee… lepiej pójdę pomóc z pozostałymi pacjentami. W razie gdybyś czegoś potrzebował lub coś by się działo, to wołaj.
Rzucił ostatnie spojrzenie na pracujące maszyny i nieprzytomnego Gulma, po czym wyszedł przez drzwi.
Zajął myśli kolejnymi przypadkami. Dziewczynka z wbitym w dłoń widelcem, skręcona na skateparku kostka, pogryzienie przez psa. Pozwoliło mu to zapomnieć o bólu w klatce piersiowej i skręcającym się z głodu żołądku. Nie wiedział ile czasu upłynęło, może pół godziny, godzina, może dwie, kiedy Yeldan zaczepiła go na korytarzu, zaciągnęła do wyspy i zmusiła do zajęcia miejsca na krześle.
Po jego kanapce nie było śladu. Ktoś musiał ją wyrzucić do kosza.
— Wszystko w porządku? Kiedy ostatni raz coś jadłeś? — Pielęgniarka przyjrzała mu się uważnie, wzrokiem, który jak zdążył się już dowiedzieć, nie znosił marnych kłamstw i bzdur.
— Niedawno. Kanapkę.
To nie było do końca kłamstwo, prawda?
Yeldan milczała przez chwilę, a Sammy czuł, że nie ma ucieczki. Od samego początku przejrzała go na wylot.
— Mamy wyniki Gulma — zaczęła ostrożnie, ale nim podała mu tablet, zawahała się na moment. — Obiecaj mi, że po tym pójdziesz chwilę odpocząć.
— Obiecuję — odpowiedział nad wyraz chętnie, już wyciągając ręce po wyniki. Elfka prychnęła cicho i oddała mu tablet, a on od razu pochłonął ścianę tekstu. — Czyli jednak… gdzie jest doktor Maride?
— Ostatnio widziałam ją w szóstce.
— Dziękuję. — Uśmiechnął się i już go nie było. Nie chciał tracić czasu ani dawać Yeldan więcej powodów do zmartwień. Nie potrzebował tego.
Poczekał chwilę przed salą aż ordynatorka skończy badanie pacjenta i gdy tylko dołączyła do niego na korytarzu, stanął przy jej boku, podsuwając tablet.
— Wyniki Gulma. Wykryto duże stężenie chloropiryfosu.
Doktor Maride zmarszczyła brwi i chwyciła urządzenie, przeglądając plik z niezrozumiałym pomrukiem.
— To dziwne — westchnęła i pochwyciła jego zdziwione spojrzenie. — Wiesz do czego używa się chloropiryfosu?
— Tak. U nas, znaczy w Vespie, jest używany do pestycydów zwalczających szkodniki na roli. Widziałem już kiedyś kilka przypadków zatruć podczas natrysków, choć zwykle nie były aż tak poważne.
Ordynatorka pokiwała głową.
— Problem jest taki, że w Auranthii chloropiryfos jest zakazany od dobrych kilkunastu lat. Okazało się, że miał negatywny wpływ na rozwój mózgu u dzieci.
— Och. Nie wiedziałem — zająknął się i otworzył szerzej oczy, przypominając sobie nagle. — To pewnie dlatego facet z firmy przewozowej nie chciał powiedzieć Katniss, co znajduje się w cysternie! Może specjalnie skłamali w specyfikacji?
— Możliwe. Ale to nie nasza sprawa, Walker. My zajmujemy się pacjentami, reszta nas nie obchodzi— przypomniała mu stanowczo i oddała tablet. — Zostawmy to odpowiednim służbom
— Oczywiście.
— Plan leczenia?
— Pralidoksym w skojarzeniu z atropiną i kontrola pracy serca przez dwie doby, w celu oceny jakichkolwiek dysfunkcji.
— Dobra robota. Tak trzymaj. — Posłała mu zadowolony uśmiech i ścisnęła pokrzepiająco ramię. Ten drobny gest sprawił, że wyprostował się nagle, a radosny błysk rozświetlił jego oczy. — Znajdź mnie, jak już skończysz.
Zanucił pod nosem w ramach potwierdzenia i już znowu był w ruchu. Wszedł do dziewiątki z pogodnym uśmiechem, mijając się w drzwiach z pielęgniarzem Nortonem, którego od razu poprosił o przygotowanie kroplówki z pralidoksymem i atropiną.
— Doktorze. — Janek podniósł się na jego widok.
Sammy zatrzymał się na moment w progu. Zgarbił się odruchowo.
— Mamy wyniki Gulma — oznajmił i tak samo jak chwilę wcześniej zrobił to z doktor Maride, przekazał strażakowi szczegóły badań.
— Dziwna to sprawa — dumał Janek. — Ale co teraz będzie? Co z Gulmem?
— Podamy antidotum i zostanie przeniesiony na OIOM. Pozostanie tam przez kilka dni na obserwacji.
— Wciąż się nie budzi.
— To całkowicie normalne — uspokoił go Sammy. — Organizm potrzebuje odpoczynku.
Janek skinął głową, ale nie odrywał wzroku od łóżka. Jego wielka dłoń spoczywała na metalowej barierce tak mocno, że rezydent bał się, że wygnie się pod naciskiem.
Sammy zastanawiał się nad słowami pocieszenia, jednak jak na złość nic nie przychodziło mu do głowy. Mógł próbować składać obietnice, że wszystko będzie dobrze, ale czy to by wystarczyło? Nie znał tych mężczyzn, tak naprawdę dopiero co ich poznał, ale mimo wszystko nie potrafił nie przejmować się ich losem.
— Janek — zaczął, ale akurat w tym samym momencie pojawił się Norton z gotowym workiem do wlewu.
— Doktorze, pralidoksym i atropina, tak jak prosiłeś.
— Dziękuję. — Przyjął od mężczyzny kroplówkę i zawiesił ją na stojaku, po czym podpiął pod nią cewnik, prowadzący do ręki orka. — Już możemy powoli szykować Gulma na przeniesienie na OIOM — oznajmił, spoglądając zarówno na pielęgniarza jak i Janka.
— W takim razie pójdę powiadomić tych z góry, by zaczęli szykować miejsce. — Norton uśmiechnął się do niego i z żartobliwym salutem wyszedł z sali.
W pomieszczeniu zapanowała cisza, przerywana jedynie dźwiękami pracujących maszyn.
— Chyba nic tu po mnie — odparł Sammy i z niezręcznym uśmiechem wycofał się ku drzwiom. — Gulm jest w dobrych rękach. Zajmą się nim tam i szybko stanie na nogi.
— Jeszcze raz dziękuję za pomoc doktorze.
Rezydent utkwił wzrok w podłodze i przełknął ślinę. Uszy go lekko zapiekły.
— Nie ma za co. Od tego tutaj jestem.
Ostatni raz spojrzał na Janka i Gulma, po czym przeszedł przez drzwi.
Zostały trzy godziny zmiany.
— Wreszcie jesteś! Wszyscy na ciebie czekają.
— Jak to wszyscy? — zająknął się, gdy Katniss złapała go za nadgarstek i pociągnęła go energicznie, wciągając w ciepło zabarwiony półmrok baru. Miał szczerą nadzieję, że w słabym świetle nikt nie zauważy jego przetartych spodni roboczych i niedopasowanej koszuli w kratę, której brakowało kilku guzików. — Zaprosiłaś całą dzienną zmianę? — sapnął, szybko omiatając salę wzrokiem.
Wilkołaczka machnęła ręką, wywracając niemal czule oczami.
— Bez przesady. Trochę osób miało już plany na wieczór, ale za to przyszli strażacy.
— Że co? — Stanął jak wryty i pociągnął ją za sobą. — Żartujesz sobie?
— Nie. — Wyszczerzyła się przebiegle, jednak widząc jego szeroko otwarte oczy i kwaśną minę, dodała: — Daj spokój. Są najbliższą jednostką w okolicy naszego szpitala i często krzątają się po oddziale. Poza tym jeżdżą z nimi nasi medycy, więc to normalne, że zapraszamy ich na wspólne wyjścia.
Oczywiście wiedział to wszystko. Od wypadku z cysterną minęły dwa tygodnie. Sprawa finalnie została przekazana śledczym, a poszkodowani wrócili do domu. W tym także motocyklista. Co prawda z nogami w gipsie i ciążącym nad nim widmem długiej rehabilitacji, ale to i tak było zdecydowanie dobre zakończenie, biorąc pod uwagę obrażenia z jakimi do nich trafił.
Od tamtego czasu znacznie częściej zaczął zwracać uwagę na pojawiających się z pacjentami strażaków. Może i nie miał zbyt dużo okazji do rozmów z nimi, czy nawet głębszego poznania, ale zaczął już mniej więcej kojarzyć, kto był kim.
— Wiem… po prostu… — urwał nagle.
Przy jednym ze stolików dostrzegł znajomą rudą grzywę, tą samą, którą ostatnio starał się unikać jak ognia. Spiął się, czując jak włosy na karku stają mu dęba.
— Myślałem, że dzisiaj wieczorem będziemy tylko we dwoje — dokończył ciszej, nachylając się ku Katniss.
— Cóż, tak miałeś myśleć. Niespodzianka!
I znowu zaczęła go prowadzić. Przystanęła przy długiej ławie stworzonej z połączonych stolików i oznajmiła donośnym głosem jego przybycie. Od razu wszystkie oczy zwróciły się w jego stronę.
Szczególnie te jedne.
Zgarbił się i z krzywym uśmiechem przywitał się niezręcznie, skubiąc nerwowo palcami odstającą z rękawa nitkę.
Chciał już odejść, ale Katniss z błyskiem w oku wepchnęła go w bok Janka a sama zajęła miejsce po jego prawej stronie, miażdżąc go prawie jak sardynkę w puszczce. Zerknął na nią z obrażonym grymasem, na co tylko uśmiechnęła się niewinnie, podając mu kartę z napojami i przekąskami.
— Na co masz ochotę, kiciu?
— Nie nazywaj mnie tak.
— Wolisz, żebym wołała na ciebie parobku?
Sammy westchnął ciężko. Obok Janek nawet się nie poruszył, ale jego ramię było tak blisko, że skóra mrowiła od bijącego od strażaka ciepła. Niektórzy już pili i zajadali się frytkami ze smażonym kurczakiem. Żeby nie być w tyle, zamówił dla siebie i Katniss kolejkę piwa. Zdecydowanie potrzebował procentów, inaczej nie przetrwa tego wieczoru.
Po drugiej stronie stołu zauważył uśmiechającego się do niego Gulma. Odwzajemnił gest. Miło było widzieć, że ork wrócił do pełni sił. Po szwach również nie było już śladów – została tylko blizna.
— Ej, pamiętacie pierwszy dzień Sammy’ego? — zagadnęła Katniss, kiedy skończyła pierwszy kufel. — Jak wzięliśmy go do grupy szturmowej na Nerwuska?
— Tego pacjenta ze schizofrenią? Strasznie szalał. Podbił nawet Nortonowi oko — przypomniał Garcia.
— Katniss mówiłam ci, żebyś go tak nie nazywała — odchrząknęła Yeldan, choć na jej ustach błąkał się mały uśmiech.
— Był po prostu przestraszony i zdezorientowany — wtrącił Sammy, biorąc kolejny łyk piwa.
— Tak bardzo przestraszony, że aż cię obsikał, kiedy próbowałeś podać mu leki. A ty tylko stałeś i darłeś się: "Co robić?! Co ja mam robić?!" Twoja mina była bezcenna. Zachowam to chyba w swoich top dziesięciu wspomnieniach z oddziału.
Zniżyła nagle głos do komicznego pisku i z udawanym przejęciem odegrała scenę:
— Pani Yeldan, czy mogę iść się przebrać?
A potem odchrząknęła i odpowiedziała grubszym tonem:
— A co, wybierasz się na randkę, chłopcze?
Kilka osób wybuchło śmiechem, a ktoś inny zakrztusił się piwem.
Sammy prychnął sucho i szturchnął koleżankę łokciem.
Rozmowa toczyła się dalej, ale on już nie zwracał na nią uwagi.
Ośmielony płynącym we krwi alkoholem, zerknął ukradkiem w bok. Jego wzrok wędrował to w jedną, to w drugą stronę: to na usta Janka, to na jego żółte oczy i delikatne kurze łapki, które pojawiały się wokół oczu, gdy uśmiechał się do kolegów.
Dopiero teraz odważył przyjrzeć mu się z bliska.
Miał bujną i zadbaną brodę, piegowatą skórę, wyrazisty nos i długie, falowane włosy. Wyglądał na kogoś, kto powoli zbliżał się do czterdziestki. Sammy musiał przyznać, że strażak był przystojny.
Nawet pomimo tego podskórnego uczucia, niemożliwego do zignorowania ostrzeżenia, że coś w tym mężczyźnie jest podsycone stłumioną drapieżnością, nie potrafił oderwać od niego wzroku. Przełknął ciężko ślinę, ignorując sprzeczny instynkt podpowiadający mu, by przeskoczył przez stolik i uciekał, gdzie pieprz rośnie.
— Doktorze? — Janek przyłapał go. Ich spojrzenia się spotkały.
— Wystarczy Sammy — palnął bez przemyślenia i poczuł jak rumieniec zaczyna pełznąć mu po karku, by zaraz ogarnąć ciepłem całą twarz. Dodał szybko, plącząc już we własnych słowach i myślach: — Zawsze byłeś taki wysoki? Czym cię rodzice karmili, że taki wyrosłeś?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz