Smukłe, zielone paluszki złapały za odrapaną rączkę drewnianych, starych drzwi, z charakterystycznym dla nich, dochodzącym spod starych desek, trzeszczeniem sprawnie zamykając je w żeliwnym uścisku rdzewiejących z wolna zawiasów. Zeskoczyła z betonowych stopni, lądując podeszwą znoszonych bucików wśród wysokich, otaczających jej domostwo traw i ruszyła w stronę rozpadającej się furteczki, przy okazji żegnając się z przysypiającym na płocie Brokułem, którego czerwony grzebień poruszył się leciutko w rytm jej głosu, kolorowe piórka zaszeleściły pod letnim wiatrem, a dzwonki drgnęły wraz z żółtym, ostrym dziobem. Okupująca padok Lenka ryknęła w stronę zielonej dziewczyny, swe czarne, rozległe łaty wygrzewając w promieniach porannego słońca, Nerwus i Kawka podkłusowali pod deski ogrodzenia, wesołym rżeniem odprowadzając przemierzającą podwórko farmerkę pod samą, oddzielającą ich od reszty sąsiedztwa, bramę. Krzesimir zaplątał się gdzieś wokół jej nóg, a brzęczenie okupujących czerwone pelargonie pszczół rozniosło się przyjemnie po okolicy, serce Mishki wypełniając słodkim miodem niedzielnego, cichego poranka, ciepłem goszczącego się wśród drzew lata i beztroską życia wśród kolorowych ogrodów – obrastających ściany chat róż, wysokich, wyglądających znad chruśniaków malw i rosnących kępami goździków.
Przekroczyła próg własnego podwórza, zwinnie przedostała się na zewnątrz. Nim Krzesimir sam zdołał wydostać się na zewnątrz, burym futerkiem ocierając się o butwiejące deski niewielkiej, skromnej furtki, elfka wykręciła w stronę piaszczystej dróżki, mającej doprowadzić jej pełne porannej energii i nieuleczalnego entuzjazmu ciałko wprost pod sąsiednią, otoczoną wielobarwnym zielnikiem, posesję. Uniosła spojrzenie na błękitne, pozbawione szarości chmur, sklepienie, na piegowatą twarz dziewczyny wkradł się szeroki, radosny uśmiech. Zupełnie jakby nic – ni niespodziewany grad, ni zimny deszcz i ni głośne burze – nie było w stanie przegonić rozrastającego się pod Mishki mostkiem, leniwie otulającego pełne nadziei serce, żaru.
Żółknące zawiniątko znalazła wśród stwardniałych kartek jednego z pozostawiony przez matulę dzienników. Z oskrobanymi rogami, wrzucone pomiędzy utrwalone niebieskim atramentem zapiski, niczym jedyny, niepasujący do reszty piśmienniczej układanki, element, obce ciało w rozdrapywanej od lat ranie, czy ukrywający się wśród bujnie kwitnących maków chwast. Pismo matki rozpoznała od razu – wiele razy widziała je wśród sporządzonych przez Taisie przepisów, pozostawionych przez nią pamiętników, wśród opisanych jej ręką rodzinnych zdjęć i starych, niezaadresowanych i niewysłanych nigdy listów. Słowa, choć niezgrabne i przepierzone otoczką tajemnicy, rozpoznała od razu. Pachniały rodzinnym ciepłem. Wonią gryczanego miodu roznoszącego się po kątach kuchni, kwiatowych kompozycji wdzierających się uparcie do nosa, herbacianym liściem pływającym na powierzchni zaparzonej wcześniej wody. Smak przyszedł potem. Słodki, nieco ostrzejszy w spływającym po przełyku trunku, niepozornie wpijający się w wargi igiełkami tajemniczego mrowienia i w brzuchu układający się przyjemnym gorącem, komfortem, zupełnie niczym dogasający w ognisku żagiew.
Ulubionej herbaty mamy nie piła od przeszło czterech lat. Aromat unoszący się znad, stojących na obitym gumową ceratą blacie, filiżanek zniknął wraz z jej rodzicami. Pewnego dnia, nagle i gwałtownie, z jej rąk wyrwany razem z ostatkami domowego ogniska, troską matczynej piersi i czułością szczerych, ojcowskich pochwał. Przepisu nigdy nie poznała, słowa spisane na drobnej karteczce również nim nie były. Pamiętała jednak rymowankę. Przyjemnie wypływające z ust słowa, przecinane melodyjnymi rymami, rytmiką sylab i miękko osiadającymi się w uszach spółgłoskami. Abstrakcyjną, dla prostego Mishki umysłu zawiłą i pogmatwaną, recytowaną zawsze, gdy Taisia łapała za trzy, porcelanowe kubeczki, gotowa pracowite popołudnie umilić popisowym swym naparem.
Kropla słońca, ptasi śmiech, wełna z koca, drzewa wdech – powtarzała w zielonej główce, pozwalając owym słowom zakorzenić się głęboko między myślami, napływającymi do umysłu wspomnieniami i ogólnym, zbierającym się pod ciemną, bujną czupryną, chaosie. Zachichotała cichutko, pod nosem, a wokół wysokich dziewczyny sztybletów zebrał się złocisty kurz. Trawy podmuch, pola źdźbła, świeża rosa, ranna mgła.
Pismo matuli wpiło się w wewnętrzną warstwę elfich powiek, wtargnęło w wielką, szmaragdową tęczówkę. Kropla słońca, ptasi śmiech, wełna z koca, drzewa wdech. Tak. Trawy podmuch, pola źdźbła, świeża rosa, ranna mgła.
Szczęśliwym trafem – na Mishki drodze objawionym znienacka, niespodziewanie – wśród wyrastających na przedmieściach domów znajdowała się chatka Fairwynów, gdzie doświadczony zaklinacz parał się zagadkami, tajemnicami, dociekaniem do źródeł i zgłębianiem, okrytej mgłą niewiadomych, prawdy. Sąsiedzkim więc trafem i sąsiedzką również pomocą, usłyszawszy o wielkim Mishki problemie, zdecydował się pomóc rozwiązać zagadkę tajemniczej wyliczanki, sprawnie przekształcając misterne, matczyne słowa w potrzebne do odtworzenia naparu składniki.
Przeszedłszy więc niecały kilometr, wykręciła w kierunku wchłoniętej przez krajobraz chałupki, znad której wyglądały właśnie pierwsze refleksy porannego słońca. Równie skromna i przytulna, co jej własna, otoczona była bujnym, całkowicie zielonością pokrytym, ogródkiem. Mishka szybko dostrzegła rosnące przy drewnianych ścianach słoneczniki. Rozpoznała wijące się przy bramie, różowe kwiaty winorośli, rozrastające się grubymi pękami jeżówki, drobne i wyrastające z uwieszonych pod dachem doniczek begonie. Dom Fairwynów nie różnił się wiele od tego stojącego nieopodal, mishkowego. Tak samo dobrze i naturalnie, jak jej gospodarstwo, współgrało z zielonym otoczeniem pobliskich lasów i łąk, nie narażając ich drobnej, żyjącej w zgodzie z naturą społeczności na grube mury postawnych, ceglanych domostw i białych, mdłych kostek z wielkimi, pozbywającymi człowieka prywatności, oknami.
Przeszedłszy przez sztachetowy płotek, wpierw spostrzegła czarnego, wylegującego się na ganku kocura. Zamrugał leniwie żółtymi oczkami, dwa niesforne ogony szybko wystrzeliły ku górze. Nim zdołała dotrzeć do drzwi, puchacz uniósł się na równe nogi, syknął ostrzegawczo w stronę nieznajomej. Mishka zatrzymała się wpół kroku, wyraźnie zadziwiona reakcją pluszowego wąsacza i dopiero gdy poczuła wokół kostek nieznajome ciepło, dostrzegła przy swych nogach ocierającego się o jej łydki Krzesimira.
— Krzesimirze! — zawołała w stronę burego kocura, by zaraz kucnąć i zrównać się z jego spojrzeniem. Krzesimir podniósł leniwie łeb, wielkimi zielonymi oczyskami zerknął w stronę Mishuni. — Szedłeś za mną całą tę drogę?
Jakby na potwierdzenie mishkowego pytania, bury usadowił się ospale na wydeptanej do ganku dróżce, podniósł ostentacyjnie przednią łapę i wyciągnąwszy różowy jęzor, zaczął niespiesznie czyścić pokryte kurzem szosy poduszki.
— No dobra nicponiu, idziesz więc ze mną — stwierdziła krótko i szybciutko złapała za koci brzuszek, Krzesimira usadawiając wygodnie w uścisku zielonych, elfich rąk.
Burawy wąsacz zamruczał przyjemnie w ramionach właścicielki, zupełnie jakby od samego początku czekał, aż ta obejmie go wreszcie długimi paluszkami i usadzi na miękkiej skórze szczupłych, podłużnych przedramion.
Z Krzesimirem w rękach zbliżyła się do drzwi, nieznajomy czarny kocur czmychnął w głąb ogrodu. Nie chcąc wypuścić kociska z ułożonej z własnych rąk kołyski, zapukała niezdarnie wierzchem rozłożonej dłoni w cichej nadziei, iż to wystarczy, by przywołać do siebie jednego z domowników.
Nie czekała długo na dochodzący z zewnątrz sygnał. Kakofonii dźwięków, głuchych łomotów i pobrzmiewających gdzieś w tle trzasków towarzyszyła dzika, pełna młodzieńczego wigoru energia, która przed Mishką zmaterializowała się w postaci młodej, z ciekawością obserwującej ją ciemnym okiem, dziewczyny.
— Cześć! — Mishka podskoczyła niemal w miejscu, buchając dzikim, nieujarzmionym entuzjazmem. W szmaragdowych elfki tęczówkach łysnęła iskierka szczerej, tak niezwykle dla niej charakterystycznej, radości. — Czy jest może w domu twój… chyba tata?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz