Z natury bywał pamiętliwy. Od zawsze miał świetną pamięć, a wszelkie urazy trzymał w sobie długo. Raz skrzywdzony, nie wybaczał łatwo. Nie zapomniał niczego, żadnego szczegółu. Nawet te najmniejsze przewinienia potrafił rozpamiętywać w nieskończoność, cierpliwie czekając tylko na okazję, aby z satysfakcją odebrać swoje zasłużone zadośćuczynienie.
Tym razem było jednak trochę inaczej. W pierwszej chwili faktycznie zareagował dość nerwowo. Wyrwany z błogiego snu nie panował nad emocjami — miesiące spędzone w jednym ciasnym pomieszczeniu z Gasparem i Dylanem nauczyły go stanowczości i jasnego stawiania granic. Najlepszą obroną stał się atak, więc w momencie, gdy tylko poczuł na sobie ciężar spadającego plecaka, kierowany przyzwyczajeniem nie, wahał się zbyt długo, a niemal od razu zrugał swojego nowego współlokatora. Nie powstrzymywał się, a ostre słowa wypłynęły z jego ust szybciej, niż zdążył w ogóle je przemyśleć.
Pożałował swojego oburzenia niemal od razu, gdy tylko zobaczył przerażoną twarz stojącego w drzwiach mężczyzny. Osłupiały, wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać. Vaeril nie potrafił jednak ocenić, czy to zwykłe zaskoczenie, czy jego gwałtowny i niespodziewany wybuch wywołał u nowego współlokatora taką reakcję, ale mimo wszystko elfowi zrobiło mu się go po prostu odrobinę żal.
Niezręcznie. Bardzo niezręcznie. Vaeril nienawidził tego uczucia. Powoli odwrócił wzrok i szczelniej nakrył się kołdrą, jakby miała go ona uchronić przed narastającym z każdą kolejną sekundą wstydem. Nie potrafił znieść na sobie wzroku drugiego mężczyzny ani chwili dłużej. Jego policzki i uszy powoli poczerwieniały, a on sam poczuł dyskomfort — głównie przez własne absurdalne zachowanie. Nie lubił jednak przyznawać się do błędu i oczywiście, że nie miał najmniejszej ochoty tego robić. Nie chciał okazywać słabości. Wpatrując się w swoją kolorową pościel, głowił się, jak wybrnąć z tej nieprzyjemnej sytuacji z twarzą (lub przynajmniej jej resztkami). Zdawał sobie sprawę, że źle zaczął, ale pierwszego wrażenia już nie zmieni, choćby spróbował stanąć na głowie.
Dopiero wtedy dotarło do Vaerila, z gorzkim ukłuciem żalu, że robienie złego pierwszego wrażenia to chyba nieodłączny element każdego jego nowego spotkania. Jakby przewrotny los uparł się stroić sobie z niego okrutny, zupełnie nieśmieszny żart i nie pozwalał pechowi odstąpić go nawet na krok. Ta przytłaczająca myśl tylko pogłębiła jego kiepskie samopoczucie.
Skala niezręczności i napięcia powoli wykraczała już poza cienkie ściany małego akademickiego pokoiku. Wyczuwał ją chyba nie tylko Vaeril, ale także jego nowy współlokator. Po chwili krótkiej, choć elfowi wydawała się ona ciągnąć w okrutną nieskończoność, stojący w drzwiach mężczyzna przerwał przytłaczającą ich obu ciszę. Przedstawił się, spychając (najpewniej dla dobra ich obu) incydent z plecakiem na dalszy plan. Vaeril podziękował Sammy’emu w duchu, samemu także pospiesznie zdradzając swoje imię. Przy okazji poprosił o zgaszenie światła, nie marząc o niczym innym, niż o wyrwaniu się z tej krępującej rozmowy i o powrocie do przerwanego brutalnie snu.
Jego prośba na szczęście została szybko wysłuchana i już kilka sekund później pokój ponownie ogarnął bezpieczny mrok. Vaeril odetchnął cicho z ulgą. Powoli, odprowadzając Sammy’ego wzrokiem po zaciemnionym pomieszczeniu, położył się ponownie i odwrócił do ściany, pozostawiając resztę pokoju za swoimi plecami. Wtedy niemal od razu przycisnął do swojej czerwonej od zakłopotania twarzy poduszkę, próbując się w niej ukryć, jakby czerń nocy nie była już wystarczającym schronieniem przed narastającym zażenowaniem.
Z jednej strony wciąż czuł przytłaczający wstyd z powodu swojego oschłego tonu i nerwowego powitania nowego współlokatora. Z drugiej próbował usprawiedliwiać swoje zachowanie nagłą pobudką i zaskoczeniem — nie miał przecież czasu, by zastanowić się nad doborem wypowiedzianych naprędce słów. Wmawiał więc sobie, że irytacja wcale nie była jego winą. Jednocześnie jednak nie potrafił obarczać nią Sammy'ego. Przecież mężczyzna nie rzucił w niego celowo plecakiem wypchanym po brzegi cegłami, prawda? Bo jeśli tak, Vaeril chyba powinien zacząć się martwić.
W każdym razie wszystko to wyglądało jak jedno wielkie nieporozumienie.
Mimowolnie jednak Vaeril nie mógł powstrzymać się od cichego westchnienia, gdy tylko usłyszał jak jego współlokator ponownie przerywa (i tak już pełną napięcia) nocną ciszę, niespodziewanie z hukiem się o coś potykając. Cóż za niezwykła seria niefortunnych zdarzeń tego jednego krótkiego wieczora. Mieszkanie z Sammy’m na ten moment zapowiadało się… wesoło.
Vaeril z tą myślą podciągnął kołdrę i nakrył nią głowę w całości, szukając ratunku wśród miękkiej, pachnącej konwaliowym płynem pościeli. Miał nadzieję, że uda mu się szybko zasnąć i zapomnieć o upokorzeniu. Pragnął wierzyć, że wraz z porankiem atmosfera w pokoju się zmieni. Nowy dzień zwiastował szansę na zrobienie znacznie lepszego wrażenia.
Jednak mimo usilnych prób i narastającego zmęczenia nie mógł zmrużyć oka. W jego głowie wciąż pojawiały się żenujące wydarzenia z ostatnich kilku minut. W myślach bez końca przeklinał samego siebie. Nienawidził tego, że niczego nie umie zrobić jak należy. Nienawidził siebie. Miał wrażenie, że potrafi zepsuć dosłownie wszystko — każdą relację, niezależnie od tego, czy z najbliższymi, czy z ludźmi dopiero co poznanymi. Czuł się tak żałośnie. Przytłaczająca świadomość własnej beznadziejności i bezradności nie pozwalała mu zasnąć. Najgorsze było jednak to, że nie pierwszy raz zareagował w ten sposób. Już wcześniej zdarzało mu się wybuchnąć pod wpływem emocji, a potem wracać do pokoju i walczyć z przytłaczającymi wyrzutami sumienia. Działo się to zdecydowanie częściej, niż powinno — w pracy, na uczelni, na ulicy, wszędzie tam, gdzie cokolwiek wyprowadziło go z równowagi. A irytowało go zdecydowanie zbyt wiele rzeczy. Vaeril nie miał pojęcia, dlaczego taki jest. Wiedział tylko jedno: mimo najszczerszych chęci prędzej czy później znowu zrobi coś głupiego. Coś, czego również będzie żałować przez całą noc, przyciskając poduszkę do głowy.
Długo przewracał się z boku na bok, nim wreszcie udało mu się z trudem uspokoić zagmatwane myśli i wreszcie zasnąć.
Zerknął w stronę drugiego łóżka. Wszystko wskazywało na to, że Vaeril obudził się jako pierwszy. Poczuł z tego powodu nawet małą, irracjonalną ulgę. Miał szansę mentalnie przygotować się na poznanie nowego współlokatora, wziąć głęboki oddech i podejść do tego na spokojnie. Bez żadnych niespodzianek, bez zaskoczeń, bez żadnych ciężkich plecaków spadających na niego w środku nocy.
Najpierw jednak postanowił się ubrać. W świetle porannego słońca przestał czuć się już komfortowo w samych spodniach, więc pospiesznie wyciągnął z szafy pasującą górę od piżamy i ją na siebie narzucił. Następnie skorzystał z przywileju posiadania łazienki przynależącej do pokoju. Chciał tylko przemyć twarz, aby się rozbudzić, ale nie zdążył nawet podejść do zlewu, a ocknął się całkowicie.
W samym centrum pomieszczenia na szarych kafelkach siedział karaluch. Wielki i obrzydliwy poruszał leniwie czułkami. Vaeril z zaskoczenia niemal podskoczył. Nie spodziewał się go tutaj. Chociaż, cóż, podobne insekty na terenie akademika spotkać można było niestety bardzo często. Karaczany radośnie przebiegały wzdłuż korytarzy, mieszkały w śmietnikach, czasem nawet umykały pod łóżko czy inne meble wraz z otworzeniem drzwi do pokoju. To nie był więc pierwszy raz, kiedy elf miał nieprzyjemność natknąć się na tego paskudnego owada, ale jego widok i tak wprowadził go w wyjątkowo ponury nastrój. Wtedy też karaluch niespodziewanie się zbliżył się do niego, a Vaerila przeszły dreszcze. Zmarszczył brwi i postanowił stanowczo pozbyć się problemu. Raz na zawsze. Z obrzydzeniem zgarnął intruza na szufelkę (ten pokój posiadał szufelkę!), a już sekundę później z kamienną twarzą obserwował, jak owad znika w czeluściach odpływu umywalki wraz z puszczoną z kranu wodą. Pokój jego karaczanej duszy. Obyśmy się nigdy więcej nie spotkali.
Jakież było więc zaskoczenie Vaerila, gdy zaraz po przebudzeniu Sammy z zadziwiającym, wręcz niepokojącym spokojem opowiedział mu o Martinie — niezniszczalnym karaluchu, który uparcie wracał do ich łazienki niczym bumerang. Elf słuchał historii współlokatora ze słusznym dla tej opowieści niedowierzaniem. Przez krótką chwilę nawet zastanawiał się, czy przypadkiem nie powinien zacząć obawiać się zemsty ze strony owada. Również w tej samej chwili Vaeril zdał sobie sprawę, że był to dopiero jego pierwszy dzień w nowym pokoju, a już zdążył źle zacząć znajomość z obydwojgiem jego lokatorów — z ironią przypomniał sobie, że gdy Sammy, choć tylko przypadkiem, próbował go zabić, to sam elf już z premedytacją próbował pozbyć się karalucha. Absolutna, chociaż bardzo pokrętna, harmonia w pokoiku została zachowana.
Miał jednak szczerą nadzieję, że karaluch już nie wróci. Lub chociaż zacznie dokładać się do czynszu.
Po krótkiej rozmowie na temat związany z niechcianymi owadami (imponujący sposób na rozpoczęcie konwersacji, przynajmniej nie roztrząsają wydarzeń wczorajszego wieczora), Sammy przekierował tok ich dyskusji na temat samego Vaerila:
— Studiujesz?
Elf pokiwał głową.
— Ostatni rok filologii novendyjskiej — mówiąc to, zerknął na zegarek, aby upewnić się, że ma jeszcze czas na rozmowę. — Też jesteś studentem?
— Już nie — odpowiedział, ku zaskoczeniu Vaerila, Sammy. — Jestem rezydentem w pobliskim szpitalu.
— Rezydentem? — powtórzył z niedowierzaniem elf, wysoko unosząc brwi. — To brzmi jak bardzo odpowiedzialna fucha. Podziwiam, bo domyślam się, że pewnie nie jest łatwo.
Na dźwięk tych słów jego współlokator położył rękę na karku, który zaczął masować i zaśmiał się nerwowo:
— Wiesz, bywają lepsze i gorsze dyżury. Tak naprawdę nigdy nie wiem, co zastanę, kiedy wchodzę do szpitala. Może się wydarzyć... dosłownie wszystko. Każdego dnia trafiają do nas pacjenci z najróżniejszymi przypadłościami. Widziałem już tyle, że niektórych rzeczy wolałbym nawet nie wspominać. Ale czuję, że jestem w miejscu, w którym chciałem być.
Vaeril z uwagą wsłuchiwał się w wyjaśnienia Sammy’ego. Widział w nim swoisty entuzjazm. Wyglądało na to, że mimo wszystkich swoich przeżyć, lubi to, czym się zajmuje.
— Cóż, przynajmniej się nie nudzisz. — Elf nie mógł powstrzymać się od delikatnego uśmiechu.
— A ty co zamierzasz robić po skończeniu studiów? — dopytywał Sammy, zmieniając temat. — Masz już jakiś plan?
Uśmiech od razu zniknął z twarzy Vaerila. Spochmurniał.
— Najpierw muszę skończyć te przeklęte studia — westchnął zmarnowany, odwracając wzrok. — I nie, nie mam żadnego planu. Właściwie, to nie mam pojęcia, co chciałbym robić dalej.
Nie przepadał za rozmowami o przyszłości. Stresowały go. Tak naprawdę Vaeril nie posiadał jeszcze żadnego pomysłu na siebie. Dopóki studiował, wszystko wydawało mu się być na swoim miejscu. Nie przejmował się niczym innym. Bo gdy tylko myślał o planach dalekosiężnych, robiło mu się niedobrze Nie wiedział jeszcze, gdzie rzuci go przewrotny los. Niczego więc nie planował, bo czuł, że i tak nie uda mu się tego osiągnąć. Naiwnie jednak gdzieś w głębi serca wierzył, że gdy tylko przyjdzie odpowiedni czas, wszystko wreszcie samo jakoś się ułoży.
Vaeril nie miał ochoty dłużej ciągnąć tego tematu. Niespodziewanie wstał i wskazując na zegarek, przeprosił swojego współlokatora:
— Muszę się zbierać. Wrócimy jeszcze do naszej rozmowy, okej?
Sammy z początku zaskoczony nagłą reakcją elfa, w pierwszej chwili szerzej otworzył oczy, ale wkrótce załapał aluzję i pokiwał powoli głową.
— Jasne, powodzenia na uczelni!
— Dzięki, tobie również w… - Vaeril zawahał się, szukając odpowiednich słów — …ratowaniu żyć.
Wstał i zgarniając z łóżka przygotowane na wyjście ubrania, skierował się do łazienki. Tam szybko się przebrał, umył zęby i przeczesał włosy. Gdy absolutne minimum zostało wykonane, pożegnał się z Sammy’m, lecz nim opuścił pokój, zatrzymał się w drzwiach. Po krótkiej walce z wątpliwościami, zapytał:
— Robisz coś dzisiaj wieczorem? Tak się składa, że pracuję na barze w klubie znajdującym się niedaleko akademika i będę tam dzisiaj całą noc, więc jeśli masz ochotę, to możesz wpaść i się napić. Mam duże zniżki pracownicze.
Propozycja ta widocznie zaskoczyła Sammy’ego, który chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią:
— Cóż, dziękuję! Niczego nie mogę obiecać, ale zobaczę, co da się zrobić.
— No, to do zobaczenia! — Vaeril rzucił słowa pożegnania i wyszedł na podłużny korytarz. Cicho westchnął. Czekał go kolejny długi dzień na uczelni. A zaraz po nim równie długa noc w pracy.
Wprawdzie miał nadzieję, że Sammy pojawi się w klubie. Nie zdążył poznać go zbyt dobrze, ale nawet mimo niezręcznych początków, wierzył, że uda im się dogadać. Ich krótka poranna rozmowa utwierdziła go w tym przekonaniu. Sammy w oczach Vaerila jawił się jako naprawdę miła osoba. W niczym nie przypominał jego poprzednich współlokatorów — pracował, utrzymywał względny porządek, a nawet potrafił go zaskoczyć (i to jeszcze jak!). Mieszkanie z nim wcale nie wydawało się być spisane na katastrofę (pomijając oczywiście tę jedną feralną noc).
Zajęcia minęły Vaerilowi szybciej niż zwykle. Nim się obejrzał, już był w drodze do pracy. Na miejscu przebrał się w klubowy uniform, nałożył brokat na powieki i zajął swoje typowe miejsce za barem. Wkrótce do lokalu zaczęli schodzić się klienci. Stoły powoli wypełniły się gośćmi, a muzyka stawała się coraz głośniejsza, porywając do tańca tych już bardziej wstawionych klubowiczów. Niedługo później salę zalał tłum ludzi. Vaeril przestawał nadążać z przygotowywaniem zamówionych napojów, mimo, że zwykle przychodziło mu to bez większego trudu. Był wyjątkowo rozproszony. Wciąż podrywał głowę znad baru i rozglądał się po parkiecie — szukał wzrokiem jasnobrązowych Sammy’ego. Elf był naprawdę ciekaw, czy jego współlokator skorzysta z zaproszenia i pojawi się dzisiaj w klubie. Jeśli tak, to pierwszą kolejkę będzie mógł wypić za darmo, na jego koszt.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz