Stellaire miało w sobie coś, czego Soren nie potrafił odnaleźć w żadnym innym mieście. Za dnia olśniewało swoim pięknem, idealnie skrojonymi sylwetkami sunącymi po wybiegach, błyskiem fleszy odbijającym się od szklanych fasad i precyzyjnie wyreżyserowanym chaosem, który dla postronnych wydawał się czymś niemożliwym do pojęcia, jednak dla ludzi z branży był po prostu codziennością. Dopiero noc zdejmowała z niego tę starannie dopracowaną maskę. Kiedy ostatni pokaz w końcu dobiegł końca, gdy projektanci odetchnęli z ulgą, modele rzucili w kąt niewygodne buty, a fotografowie zamknęli obiektywy w futerałach, miasto zdawało się rozluźniać ramiona i wypuszczać z płuc długo wstrzymywany oddech. W powietrzu unosił się zapach rozgrzanego od słońca asfaltu, kwiatów rosnących przy szerokich bulwarach i perfum. Nad ulicami wisiały girlandy świateł, odbijające się w mokrym bruku, a ludzie śmiali się głośniej niż zwykle, jakby wszyscy zgodnie uznali, że skoro przez tydzień żyli w nieustannym napięciu, teraz mają pełne prawo pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa.
Do klubu trafił niemal instynktownie. Bas dobiegający z głośników pulsował mu w klatce piersiowej. Ściany ginęły w półmroku, rozcinanym smugami światła, przesuwającego się leniwie po suficie. Granat przeplatał się z fioletem, bursztyn z karminem, a każdy kolor zdawał się na moment zatrzymywać na czyjejś skórze, zanim rozpływał się w następnym błysku. Powietrze było ciężkie od zapachu cytrusów, wanilii, rozgrzanych ciał i alkoholu, otulając Sorena przyjemnym poczuciem oderwania od rzeczywistości. W takim miejscu łatwo było mu zapomnieć, która jest godzina. Łatwo było uwierzyć, że noc może trwać bez końca i bez żadnych czekających na niego rankiem konsekwencji.
Soren od razu poczuł, jak szeroki uśmiech sam pojawia się na jego twarzy. Nie potrzebował bowiem wiele, żeby poczuć się szczęśliwy. Czasem wystarczała mu odpowiednia piosenka, czasem rozmowa z kimś poznanym pięć minut wcześniej. Zdarzało mu się zakochiwać w drobiazgach z niepokojącą wręcz łatwością. W cudzym śmiechu. W sposobie, w jaki ktoś poprawiał włosy za ucho. W błysku pierścionka, kiedy czyjaś dłoń przecinała światło reflektorów. Nigdy nie uważał tego jednak za słabość. Wręcz przeciwnie, był przekonany, że świat staje się piękniejszy właśnie dlatego, że pozwala sobie zachwycać się bez opamiętania.
Model odchylił głowę, śmiejąc się głośno, gdy barman postawił przed nim kolejnego kolorowego shota. Oparł przedramiona o chłodny blat baru i z uśmiechem przesunął opuszkami palców po gładkim szkle kieliszka, posyłając mężczyźnie rozbawione spojrzenie. Warstwy alkoholu układały się w delikatny gradient. Na dnie połyskiwał głęboki szafir, wyżej przechodził w intensywny róż, by na samej górze rozbłysnąć złotą warstwą, która łapała światło przy każdym najmniejszym ruchu dłoni. Przez chwilę obracał szkło między palcami, zachwycony samym wyglądem drinka.
— Za ostatni tydzień. I za nas. — mruknął z cichym rozbawieniem, unosząc kieliszek do ust
Alkohol rozlał się po języku słodyczą owoców, by po chwili zostawić po sobie przyjemne, rozgrzewające pieczenie. Skrzywił się przesadnie tylko po to, by zaraz wybuchnąć śmiechem, a jego oczy rozbłysły jeszcze mocniej.
Nie trzeba było długo czekać, żeby parkiet przyciągnął go z powrotem. Wszedł między tańczących z naturalną pewnością siebie. Wiedział przecież doskonale, że przyciąga spojrzenia. Wiedział to od dawna. Lata pracy przed aparatem nauczyły go, jak wygląda człowiek świadomy własnego uroku, ale nigdy nie zamieniły tej świadomości w chłodną próżność. A przynajmniej tak mu się wydawało i takim kłamstwem zamierzał poić sam siebie. Poruszał się swobodnie, pozwalając muzyce prowadzić każdy ruch. Materiał jedwabnej koszuli miękko przesuwał się po jego ramionach, światło zatrzymywało się na odsłoniętej linii szyi, a na jego ustach nieustannie igrał uśmiech, sprawiający wrażenie, jakby prowokował wszystkich wokół do podjęcia próby zbliżenia się do niego. Nie obiecywał nikomu niczego więcej, niż chwilowej, przelotnej uwagi. Nigdy nie musiał.
Ludzie pojawiali się obok niego i znikali równie szybko jak kończyły się kolejne piosenki. Ktoś zatańczył z nim przez jeden utwór, ktoś inny zaśmiał się z jego żartu, jeszcze ktoś złapał jego spojrzenie ponad tłumem i nie odwrócił wzroku przez kilka długich sekund. Soren uwielbiał takie momenty. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby poczuć cichą nić porozumienia z kimś zupełnie obcym. Wystarczyło kilka wymienionych zdań, żeby świat na chwilę zwęził się do jednej twarzy i jednego uśmiechu.
Schodził z parkietu wyłącznie po to, by zamówić kolejnego kolorowego shota albo porozmawiać z kimś, kto zatrzymał go komplementem czy mniej lub bardziej udanym żartem. Rozmowy płynęły lekko, niemal same odnajdując swój rytm. Soren słuchał ich połowicznie, śmiał się prawie szczerze, odpowiadał z charakterystyczną dla siebie figlarnością, a kiedy czuł, że ich wspólna chwila dobiega końca, żegnał rozmówcę krótkim, niezobowiązującym pocałunkiem. Delikatnym i ciepłym, przypominającym bardziej gest wdzięczności za chwilową uwagę niż obietnicę czegokolwiek więcej. Nigdy nie pytał, dokąd ta osoba pójdzie później. Nigdy nie oczekiwał, że spotkają się ponownie. Doskonale wiedział, że następnego ranka większość imion rozpłynie się gdzieś pomiędzy wciąż rozbrzmiewającą w jego uszach muzyką a lekkim bólem głowy.
Kiedy po raz kolejny usiadł przy barze, barman uśmiechnął się tylko porozumiewawczo i bez pytania zaczął przygotowywać następnego drinka.
— Nie przesadzasz trochę? — rzucił z udawaną troską
Soren zaśmiał się cicho, obracając kieliszek między palcami.
— Żyje się tylko raz. A zakończenie kolejnego Fashion Weeka wydaje mi się zdecydowanie zbyt piękną okazją, żeby wrócić do mieszkania o rozsądnej porze.
Na chwilę odwrócił głowę w stronę parkietu. Soren poczuł znajome, lecz zarazem niezwykle dziwne ukłucie wdzięczności. Za to, że mógł tu być. Za ludzi, których spotykał. Za ulotne przyjemności, z których składało się jego życie. Nie żałował ani jednej decyzji, która przyprowadziła go właśnie tutaj. Nie tej nocy.
Soren absolutnie żałował każdej decyzji, którą podjął poprzedniej nocy. Obudził się z nieprzyjemnym wrażeniem, że ktoś przez całą noc siedział na brzegu jego łóżka i miarowo uderzał młotkiem o wnętrze jego czaszki. Ból rozlewał się powoli po skroniach, pulsował gdzieś za oczami i cierpliwie przypominał o każdej decyzji podjętej poprzedniego wieczoru, jakby organizm z wyjątkową satysfakcją postanowił wystawić mu rachunek za wszystkie kolorowe shoty, które jeszcze kilka godzin wcześniej wydawały się tak niewinnym pomysłem. Przez dłuższą chwilę leżał nieruchomo, wtulony policzkiem w chłodną poduszkę, z zamkniętymi oczami i ręką niedbale przerzuconą przez twarz. Miał naiwną nadzieję, że jeśli wystarczająco długo nie będzie się ruszał, nienawidzący go organizm pozwoli mu przespać cały dzień. Niestety, świat nie należał do szczególnie wyrozumiałych miejsc, a kac tym bardziej nie miał zwyczaju okazywać litości.
Z westchnieniem uchylił powieki, natychmiast mrużąc oczy przed smugą światła przeciskającą się przez niedokładnie zasłonięte okno. Pokój powoli odzyskiwał ostrość, ukazując obraz, jakby poprzedniej nocy przeszedł przez niego niewielki huragan. Kurtka zwisała z oparcia fotela tylko jednym rękawem, koszula leżała zmięta na środku pokoju, pasek zawisł na klamce od drzwi, a jeden z lakierowanych butów tkwił pod stolikiem nocnym. Drugi zauważył dopiero po chwili, wystający spod zasłony. Przez moment wpatrywał się w ten osobliwy krajobraz z mieszaniną rozbawienia i rezygnacji. Nawet nie próbował zgadywać, jak wyglądała droga od drzwi mieszkania do łóżka. A tym bardziej droga z imprezy do domu. W jego pamięci ostatnim wyraźnym obrazem pozostawały migające światła klubu i kolejny toast wzniesiony z przekonaniem, że następnego ranka niczego nie pożałuje.
Och, jak bardzo się mylił.
Och, jak bardzo się mylił.
Powoli usiadł na łóżku i od razu tego pożałował. Świat zakołysał się delikatnie, a żołądek zaprotestował cichym, lecz bardzo wymownym skurczem. Soren syknął przez zęby, opierając łokcie na kolanach i chowając twarz w dłoniach. Dopiero wtedy poczuł pod opuszkami coś dziwnie szorstkiego. Zmarszczył brwi i ostrożnie przesunął palcami po policzku, a potem po szyi. Skóra nie była gładka. Jakby pokrywała ją cienka warstwa zaschniętej farby. Sięgnął po telefon leżący na szafce nocnej, odblokował wygaszony ekran i wykorzystał go jak prowizoryczne lusterko.
— O nie...
Na jego policzku widniał wyraźny ślad czerwonej szminki, lekko rozmazany aż do linii żuchwy. Drugi znaczył bok szyi, trzeci ledwie widocznie odbijał się tuż pod obojczykiem, gdzie kołnierzyk koszuli najwyraźniej przestał już poprzedniej nocy pełnić jakąkolwiek funkcję ochronną. Przez kilka długich sekund patrzył na swoje odbicie w absolutnym milczeniu, próbując wydobyć z pamięci choćby najdrobniejszy szczegół. Twarz. Imię. Kolor włosów. Cokolwiek. W odpowiedzi otrzymał jedynie kilka rozmazanych przebłysków muzyki, czyjś głośny śmiech i błysk kieliszka unoszonego do toastu. Nic więcej.
— Fantastycznie — mruknął do siebie ochrypłym głosem. — Naprawdę, kurwa, fantastycznie.
Zsunął się leniwie z łóżka z godnością człowieka, który tej godności miał już niewiele do stracenia, i niemal instynktownie skierował kroki do kuchni. Przez chwilę stał oparty o blat, próbując przypomnieć sobie, po co właściwie tutaj przyszedł, zanim wzrok padł na stojące na półce saszetki z elektrolitami. Skinął głową z uznaniem dla własnej przezorności i geniuszu sprzed kilku dni. Trzeźwy Soren najwyraźniej doskonale znał pijanego Sorena i wiedział, że prędzej czy później ten drugi znowu doprowadzi ich obu do podobnego stanu.
Strumień wody uderzający o szkło brzmiał niemal kojąco, a pierwsze łapczywe łyki przyniosły ulgę tak natychmiastową, że przez moment miał ochotę ucałować szklankę z wdzięczności. Wypił wszystko do ostatniej kropli, po czym oparł biodro o kuchenną wyspę i sięgnął po telefon, którego bateria ledwo trzymała sprzęt przy życiu.
Ekran rozświetlił się lawiną powiadomień. Menadżer najwyraźniej przeszedł przez wszystkie etapy emocjonalnej żałoby. Od profesjonalnego „Oddzwoń, gdy się obudzisz”, przez zirytowane „Soren, błagam, odbierz”, aż po krótkie „Jeśli żyjesz, daj znak. Nie wiem, czy powinienem już szukać nowej pracy”. Cerese również nie pozostawała daleko w tyle. Kilkanaście wiadomości przeplatało troskę z doskonale znanym mu sarkazmem. „Powiedz tylko, że nie obudziłeś się przy kimś obcym na drugim krańcu miasta” Kilka minut później: „Dobra, nie odpowiadaj. Im dłużej milczysz, tym bardziej jestem przekonana, że właśnie to zrobiłeś”.
Parsknął cicho, mimo bólu głowy. Odpisze później. Kiedy odzyska zdolność logicznego myślenia. Kiedy przestanie wyglądać jak ofiara własnych decyzji. Przesunął kciukiem niżej. I wtedy zdecydowanie pożałował swoich decyzji.
Powiadomienie z Chirpera wyglądało zupełnie niepozornie. Prywatna wiadomość od użytkownika o nazwisku, którego Soren był absolutnie pewien, że nigdy wcześniej nie widział. Nie kojarzył zdjęcia profilowego. Nie kojarzył nicku. Nie kojarzył dosłownie niczego. Zaciekawienie wygrało z rozsądkiem. Otworzył rozmowę.
Już po pierwszych kilku linijkach poczuł, jak między łopatkami przebiega mu chłodny dreszcz. To zdecydowanie był jego własny sposób pisania. Nie dało się pomylić go z niczym innym. Charakterystyczne poczucie humoru, przesadne dramatyzowanie, niepotrzebna liczba emotikonów, spontaniczne komplementy i żarty, które na trzeźwo wydawałyby mu się odrobinę zbyt nie na miejscu. Rozmowa płynęła lekko, naturalnie, jakby niemal natychmiast odnaleźli wspólny język. Problem polegał na tym, że Soren nie pamiętał ani jednego zdania z tej rozmowy. Czytał własne wiadomości z rosnącym niedowierzaniem, jakby zaglądał do pamiętnika napisanego przez kogoś o identycznym charakterze, ale zupełnie przy tym obcego. Jakby w jego życiu nagle pojawił się równie przystojny, jednak trzy razy bardziej nierozważny brat bliźniak.
Im dalej przewijał rozmowę, tym bardziej nie dowierzał. Od czasu do czasu jego usta mimowolnie rozciągały się w krótkim uśmiechu, kiedy trafiał na wyjątkowo trafny żart, by zaraz potem uśmiech ten gasł pod ciężarem własnej dezorientacji. Skoro potrafili rozmawiać z taką swobodą, musieli spędzić razem trochę czasu. Musieli się kiedyś spotkać. Musieli...prawda?
Palec zatrzymał się na ostatniej wiadomości.
Soren wpatrywał się w ekran tak długo, aż telefon sam wygasił wyświetlacz.
— Jakie znowu jutro? — wymamrotał w pustkę
Odblokował telefon ponownie i przeczytał wiadomość jeszcze raz.
Serce zaczęło bić odrobinę szybciej. W jednej chwili poczuł, jak resztki alkoholowego otępienia ustępują miejsca nieprzyjemnej, chłodnej trzeźwości. Kim był Vaeril? Gdzie go poznał? Dlaczego rozmawiali tak, jakby znali się od dawna? I przede wszystkim, dlaczego najwyraźniej umówił się z nim na spotkanie, którego planowania kompletnie nie pamiętał?
Z gorączkową determinacją zaczął przeszukiwać telefon. Galeria zdjęć nie przyniosła żadnych odpowiedzi. Kilkadziesiąt rozmazanych fotografii świateł, selfie z ludźmi, których twarze zlewały się w jedną barwną plamę, krótki film przedstawiający tańczący tłum i zaskakująco artystyczne ujęcie własnego drinka. To wszystko. Żadnego Vaerila. Żadnej wskazówki.
Dopiero kalendarz pozwolił mu odkryć fragment tej układanki. Dzisiejszy dzień zawierał jedno jedyne wydarzenie.
Randka z Vaerilem (kociakiem, meow).
Soren zamknął oczy. Otworzył je. Napis jednak nie zniknął. Jeszcze raz przeczytał nawias.
„Kociakiem, meow.”
Powoli, bardzo powoli oparł czoło o chłodną powierzchnię lodówki.
— Nie wierzę... — westchnął z autentyczną rozpaczą. — Zaraz się, kurwa, zabiję.
Z jednej strony miał ochotę umrzeć ze wstydu. Z drugiej nie potrafił powstrzymać cichego, zrezygnowanego śmiechu. To było tak absurdalnie charakterystyczne dla pijanej wersji jego samego, że aż trudno było mieć pretensje do kogokolwiek poza sobą. Wystarczyło kilka drinków za dużo i człowiek, który na wybiegach uchodził za uosobienie opanowania i elegancji, zamieniał się w hormonalnego idiotę gotowego pójść na randkę z pierwszą lepszą osobą.
Pod tytułem wydarzenia widniał adres. Obcy. Zupełnie nic mu niemówiący. Nie rozpoznawał nazwy ulicy ani numeru budynku. Wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę, czując, jak w jego głowie powoli rodzi się jedyna myśl, która miała w sobie choć odrobinę sensu.
Za kilka godzin miał iść na randkę z mężczyzną, którego nie pamiętał.
Soren wiedział, że mógłby po prostu nie pójść. Właściwie ta myśl była najrozsądniejszą rzeczą, jaka pojawiła się w jego głowie od momentu przebudzenia. Mógłby zignorować pijackie wpisy w kalendarzu, udawać, że nigdy ich nie widział, odłożyć telefon na blat i pozwolić, by ta historia po prostu odeszła w niepamięć. W jego życiu nie zmieniłoby to absolutnie niczego. Fashion Week już się skończył, nikt nie oczekiwał od niego żadnych pilnych decyzji, a nieznajomy mężczyzna z Chirpera mógłby równie dobrze pozostać jedynie wybrykiem upojonej alkoholem wyobraźni. A jednak ta myśl, zamiast go uspokoić, tylko bardziej go uwierała. Bo jakaś część Sorena, ta sama, która zawsze pchała go w stronę rzeczy nie do końca rozsądnych, nie potrafiła przejść obojętnie obok tej niewyjaśnionej historii. W tym wszystkim było coś niepokojąco pociągającego. Fragment rozmowy, której nie pamiętał, obietnica spotkania, którego nie był w stanie odtworzyć w swojej głowie. I choć rozsądek szeptał, że powinien to zignorować, ciekawość była głośniejsza. Ciekawość w jego przypadku zawsze była głośniejsza.
Fakt, że w grę wchodziła randka z mężczyzną, nie działał na jego niekorzyść, wręcz przeciwnie. Soren od zawsze traktował życie jak niekończący się ciąg przypadkowych spotkań, z których każde mogło okazać się początkiem krótkiej, intensywnej, romantycznej przygody. Może właśnie dlatego ta sytuacja, zamiast go odstraszać, działała na niego w zupełnie odwrotny sposób. Nie wiedział, kim był Vaeril, a jednak coś w tym wszystkim wydawało się dziwnie znajome, jakby jego własna pamięć celowo ukrywała przed nim fragment, który miała jeszcze czas ujawnić.
Pojawienie się na tym spotkaniu było decyzją nierozsądną. Właściwie można było ją nazwać głupią, impulsywną i całkowicie sprzeczną z tym, co powiedziałby mu menadżer, Cerese, a zapewne także każda rozsądna wersja jego samego, która nie budziła się z kacem. Soren od zawsze był jednak kimś, kto wybierał ciekawość zamiast spokoju, rozrywkę zamiast przewidywalności. I może właśnie dlatego, mimo pulsującego bólu w skroniach i nieprzyjemnego uczucia suchości w gardle, podjął decyzję, która była równie porywcza, co zwyczajnie idiotyczna. Umyje się, doprowadzi do porządku i pojedzie na spotkanie. W przebraniu, bo w ten sposób zdoła oszukać swój umysł choćby odrobinę, że nie podejmuje właśnie najgorszej decyzji swojego życia. Pojawi się tam na chwilę, zobaczy tajemniczego Vaerila i jeśli ten okaże się kompletnym dziwakiem, zwyczajnie odwróci się na pięcie i wróci do domu. Jakby nigdy nic się nie wydarzyło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz