TW: krew, śmierć, przemoc.
Słońce jeszcze świeciło wysoko na niebie, oświetlając rozciągające się w nieskończoność Wielkie Równiny. Po niebie leniwie snuły się białe obłoki, rzucając na ziemię wielokształtne plamy cieni. Złote trawy szeleściły od wiatru, kołysały się niemal rytmicznie, tworząc fale przemierzające stepy. Panował spokój, błogość. To był właśnie ten krajobraz, który kochali wszyscy mieszkający tutaj Altańczycy.
Źdźbła uginały się pod kopytami gniadego kuca, który niespiesznym krokiem wędrował po równinach. Na jego grzbiecie siedział odziany w skóry, z futrzaną czapką na głowie, średniego wieku mężczyzna. Przez plecy miał przewieszony łuk i kołczan ze strzałami, tuż za nim spoczywała upolowana zwierzyna.
Jeździec poprawił w rękach lejce, cały czas uważnie się rozglądał, jakby czegoś szukał.