Metalowy grot lśnił w świetle południowego słońca. Leniwie sunące po nieboskłonie chmury przykrywały momentami promienie, aczkolwiek dzień był zasadniczo jasny. Wiatr swobodnie wiał, niemocno, jak gdyby nigdzie mu się nie spieszyło, a chciał jedynie wzbudzać fale nieskończonego morza złotych traw. Gdzieś w oddali przeleciały ptaki, zniknęły w koronach drzew formujących malutki lasek. Był to dość rzadki widok w tych rejonach, za każdym razem przyciągający wzrok przejezdnych. Niektórzy uważali takie miejsca za święte, które należało szanować. Inni z kolei widzieli w nich domy bestii, którym nikt nigdy nie powinien przeszkadzać.
Ten lasek jeszcze był tym pierwszym.
Rosły mężczyzna odziany w skóry i futra naciągnął bardziej strzałę na cięciwę. Przymknął jedno oko, z boku powiek pojawiły się drobne zmarszczki, zakrzywiające lekko zdobiącą łuk brwiowy bliznę. Choć ciemne źrenice nadawały z reguły spokoju i ciepła, ten wzrok był przesiąknięty powagą, skupieniem. Niczym u doświadczonego łowcy, mającego na celu wybraną przez siebie zdobycz.
Wypuścił z nosa powietrze, wprawiony w ruch przez kuca, którego dosiadał. Zwierzę zaczynało się niecierpliwić. Normalnie powinno być spokojne, w ciszy skubać trawę, lecz tego nie robiło. Stało bokiem do obranego przez jeźdźca celu, również go mierząc uważnie wzrokiem. Koń jednym okiem analizował każdy ruch, każdą zmianę w otoczeniu. Prychnął krótko, poruszył uchem. Był gotowy do ucieczki tu i teraz.
Łowca jednak nie zamierzał się wycofywać. Coś burknął do wierzchowca, poprawił chwyt na strzale, ponownie wycelował. Zmarszczył groźnie brwi.
Paręnaście kroków od niego znajdował się nieduży drapieżnik. Stał on szeroko na łapach, czarna jak noc sierść z daleka wydawała się pochłaniać promienie słoneczne. Uszy położone po sobie, podkreślając formującą się na łbie parę rogów, ogon spuszczony aż do ziemi; wargi uniesione, ukazujące długie, ostre kły i mocne trzonowce zdolne bez problemu złamać kość. W postać człowieka wbite były jarzące się złowrogą czerwienią ślepia.
Wyglądał jak pies, lecz z pewnością nim nie był.
To była jedna z bestii Wielkich Równin. Brutalny potwór, który wcześniej, udając niewinnego szczeniaka, wmieszał się w spokojną grupę Altańczyków. Oszukał wszystkich, a potem pokazał swoje prawdziwe, straszliwe oblicze. Rozszarpał rękę, która go karmiła.
Więc teraz powinien spotkać się ze swym końcem.
Łowca wstrzymał oddech.
— Nie możesz!
Nagły krzyk wybił go z rytmu. Odruchowo puścił nasadkę – strzała ze świstem poleciała, lecz nie trafiła spowitą węglem sierść, a jedynie przecięła powietrze dwa kroki obok. Grot wbił się w ziemię, stwór zaczął głośno ujadać. Skoczył do przodu, wprawił nomada w obawy, lecz przystanął, jakby w planach nie miał ataku. Ogon uniósł się wysoko, zaczął szybko wyginać się na boki. Uszy stały prosto, dokładnie nasłuchiwały.
Szczeknął parę razy, a potem już tylko warczał.
Kuc zarżał głośno w odpowiedzi na naskok bestii, poderwał się na tylne nogi. Odwrócił się z zamiarem przystąpienia do ucieczki, ale łowca go przed tym powstrzymał pociągnięciem za lejce i długim prychnięciem. Zwierzę przystanęło, cicho fuknęło, dając znak, że drugi raz może już nie posłuchać.
Nomad westchnął ciężko, następnie spojrzał za siebie.
— Niby dlaczego nie mogę? — spytał.
Do niego podjechał na koniu mężczyzna, znacznie starszy od niego. Siwe włosy miał w większym stopniu schowane pod dużą, przyozdobioną piórami czapką, ze stroju zwisały podłużne wstęgi kolorowego materiału. Po zdyszanym wierzchowcu dało się określić, że starzec się spieszył.
— Nie możesz go zabić — powiedział nieco ochrypniętym, acz śmiertelnie poważnym tonem.
Łowca popatrzył na niego, nie ukrywając zdziwienia.
— To nie jest pies Naranbaatara — odparł. — To bestia!
Dobył z kołczanu drugą strzałę i naciągnął na cięciwę, co od razu wywołało reakcję u psowatego; z gardła zaczęły wyskakiwać szczeknięcia, zęby złowieszczo lśniły przy każdym kłapnięciu szczęk.
— Nie każda bestia zasługuje na zgładzenie — rzekł starzec.
— On zabił mojego brata! — wycedził przez zęby.
— I nie każdy człowiek zasługuje na życie.
Słysząc te słowa, mężczyzna zastygł w bezruchu. Dopiero po krótkiej chwili wolno odwrócił głowę, by spojrzeć na towarzysza.
— Co? — ledwo z siebie wydusił.
— Twój brat sam sobie przygotował taki los. Postąpiłby inaczej, żyłby do dzisiaj, ty nie celowałbyś do spowitego nocą stworzenia, a ono nigdy nie zostałoby powołane do życia.
Łowca mierzył go wzrokiem, przyglądał się twarzy. Zmarszczki dawały wyraźny dowód przeżycia wielu lat, które nieustannie kształtowały umysł. To w połączeniu z regularnym kontaktem z tymi, którzy byli nieuchwytni, kreowało człowieka mądrego, niosącego wielką wiedzę równie łatwo, co pierzastą czapkę.
— Nie widzisz, co on robi? — Starzec ruchem głowy wskazał zwierzę. — Nie ujada, żeby cię zaatakować. Broni jedynej rzeczy, która mu pozostała.
Kolejnym gestem kazał łowcy przyjrzeć się dokładniej scenerii. Tamten niepewnie to zrobił. Psowaty nadal stał tam, gdzie się zatrzymał, uszy wciąż postawione, ogon wciąż w ruchu. Znajdował się w idealnie prostej linii przed niewielkim, ręcznie ułożonym stosem kamieni. Nomad już wcześniej zauważył ten element otoczenia, lecz nie pomyślał o nim w ten sposób, w jaki to zrobił teraz. Wrócił spojrzeniem na psa.
— Nie postępuj jak twój brat — usłyszał — i posłuchaj się mnie, kiedy jeszcze masz na to szansę.
Zerknął na starca. Spoglądał na niego w milczeniu, aż ostatecznie powoli opuścił łuk.
Krótko potem dwójka zawróciła swoje konie i odjechała. Pies odprowadzał ich wzrokiem, wraz ze zwiększającą się odległością jego napięcie malało. Przestał merdać ogonem, spuścił go niemal do ziemi, uszy rozluźniły się nieco, nie stojąc już na baczność. Gdy nie słyszał nawet oddalających się uderzeń kopyt o ziemię, zatoczył mały łuk, żeby wrócić na swoje miejsce. Położył się tuż przy kamieniach, oparł pysk na przednich łapach. Usychająca pod nim trawa odzyskała swoją miękkość.
Lecz spoczywające głębiej ciało dalej jednoczyło się powoli się z ziemią.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz