07 lipca 2026

Od Janka do Sammy'ego

Świetlica pachniała skwarkami po porannej jajecznicy, mokrym płótnem rękawic schnących na kaloryferze i kwiatem ylang-ylang, ponoć zawartym w płynie do płukania firanek. Obcemu nie powiedziałoby to nic, lecz dla Janka właśnie tak pachniał dom. Znał ten wielki stół, poznaczony obwódkami po kubkach, znał zblakłe, dziecięce rysunki dekorujące ściany, znał kanapę z jedną zapadniętą poduszką, w której nigdy nie naprawił sprężyn, bo Ylva lubiła siadać właśnie na niej i na żadnej innej.
Na ekranie trwały właśnie Mistrzostwa Świata i cała ekipa zebrała się wokół, każdy na swój sposób. Ylva, na swoim ulubionym miejscu, podwinęła nogi pod siebie, grzejąc dłonie o kubek z rumiankiem. Elowen siedziała po turecku zaraz obok, z tabletem na kolanach, więcej patrząc w tabelę wyników niż na sam wyścig. Vlad rozłożył się w najdalszym fotelu udając, że więcej uwagi poświęca tomikowi poezji, niż trwającemu właśnie wyścigowi. Gulm siedział wyprostowany, z rękami splecionymi na piersi, śledząc każdy zakręt tak, jakby czytał raport z przebiegu bitwy. Kapitan Arnbjǫrg przysiadła na poręczy, na wpół obecna, na wpół zajęta czymś we własnej głowie. A Janek, jak zwykle, słuchał jednym uchem, strugając scyzorykiem kawałek lipowego drewna – jeszcze nie wiedział, co z niego wyjdzie, ale dziwnie mu było, tak siedzieć i niczego nie mieć w garści.
Tarik odbierał wyścig całym sobą. Siedział najbliżej, okrakiem na krześle i przechylał się razem z nim, w tę samą stronę, w którą jego faworyt kładł się na zakręcie, jakby własnym ciężarem mógł dodać mu prędkości, jakby siedział nie w świetlicy, a tuż za nim, na samej trasie.
— No dawaj, dawaj, dawaj! Teraz go masz! — krzyknął, noga od krzesła dźwięknęła o podłogę. — Wchodź na wewnętrzną, na wewnętrzną! Ślepy jesteś?!
— Za wcześnie docisnął — orzekł Gulm. — Spali wszystko na prostej i nie zostanie mu nic na ostatnie okrążenie.
— Akurat ty się znasz. Ty byś jechał z kalkulatorem w zębach!
— Statystycznie — wtrąciła Elowen, nie podnosząc wzroku — zawodnicy prowadzący na tym etapie utrzymują pozycję w niespełna czterech przypadkach na dziesięć.
— O, dziękuję, bardzo pomogłaś. — Tarik machnął ręką, nie odrywając oczu od ekranu. — Jak on go teraz nie wyprzedzi na tej prostej, to ja normalnie…
Alarm rozdarł spokój.
Janek już był na nogach, reszta zerwała się w tej samej sekundzie. Krzesło Tarika huknęło o podłogę, zapadnięta poduszka odetchnęła, tablet spoczął na oparciu sofy, tomik poezji padł na ziemię. Głos dyspozytora sypał się z głośnika suchymi zdaniami, zagłuszając łomot ciężkich butów na korytarzu.
— ...zgłoszenie do szpitala miejskiego, awaria zasilania w całym obiekcie, zasilanie awaryjne częściowo sprawne, osoby uwięzione w kabinach wind, wymagana ewakuacja techniczna…
Buty, kombinezon, hełm. Ruchy tak wyćwiczone, że myśl mogła w tym czasie biec gdzie indziej. Klamki, sprzączki, trzask zamykanych drzwi. Silnik ryknął, syrena zawyła, wóz wystrzelił z remizy w gasnące popołudnie.
I finisz, i meta! Na ostatniej prostej, o włos, o pół długości! Nie do wiary, proszę państwa, nie do wiary! Czy państwo to widzą? Cóż za rozstrzygnięcie! — krzyczał komentator, lecz w świetlicy była tylko pustka.


Uderzyło go, zanim jeszcze zdążył wysiąść z wozu.
Nie widok, choć szpital tonący w mroku, połowa okien czarna, połowa drżąca bladym światłem awaryjnych lamp, sam przypominał pacjenta w stanie krytycznym. Nie hałas, choć spod ręcznie rozsuniętych drzwi buchał na zewnątrz cały chaos, płacz dziecka, brzęk metalowego wózka, głos w megafonie proszący o spokój tyle razy, że przestał już cokolwiek znaczyć.
To był zapach. Zapach strachu, dziesiątki serc bijących nierówno, ciepła woń spanikowanej krwi, ten słodki, obezwładniający sygnał, który budził jego instynkt. Coś w Janku poderwało się na ten zapach – byle ruszyć w pościg, tyle łatwej zdobyczy naraz, bierz, bierz, bierz ich WSZYSTKICH – a on chwycił ten głód za kark i wcisnął jego wyszczerzony pysk w ziemię.
Nie upoluję. Odnajdę.
— Winda numer cztery — meldowała ochroniarka, dzielnie starając się dotrzymać kroku kapitan Arnbjǫrg. — Stanęła między drugim a trzecim piętrem. Jest tam lekarz z pacjentką po postrzale, dziewczyna krwawi, musi jak najszybciej trafić na stół...
— Przyjęłam. — Arnbjǫrg nie zwolniła, rozdzieliła swoich jednym spojrzeniem. — Gulm, sprzęt do szybu i drzwi na trzecim. Elowen, mechanizm – chcę wiedzieć, na czym stoimy, zanim ktokolwiek tam wejdzie. Tarik, wesprzesz Gulma, może trzeba będzie cięższego sprzętu. — Zwróciła się do Janka. — Ty pójdziesz do szybu. Ylva, ubezpieczasz Janka. Vlad, zostaniesz ze mną na wypadek, gdybyś był potrzebny gdzieś indziej. Wszyscy znacie protokół. Wyciągniemy ich.
Ruszyli, rozdzielili się, każdy działał osobno, lecz wszyscy mieli jeden cel.
Korytarz techniczny cuchnął kurzem i zimnym metalem, ciemność oblepiała go niczym smar. Janek nie potrzebował jednak światła, sprawnie podążając tam, gdzie prowadziły fosforyzujące strzałki, pokonując piętro za piętrem, aż wraz z Ylvą dotarli do otwieranych tylko w razie niebezpieczeństwa drzwi między piętrami.
Janek? — głos Elowen odezwał się z jego komnikatora. — Uważaj z windą. Hamulce nie są w pełni zaciągnięte, a nie mogę przekierować zasilania, żeby je docisnąć.
— Przyjąłem — odparł, otwierając drzwi.
Nie poleć razem z windą.
Uprząż założył w dwóch gestach, Ylva przechwyciła linę, przytwierdziła stabilnie, bezpiecznie. Oszczędne skinienie głową i Janek zniknął w czeluści szybu.
Dwa serca, blisko siebie, zamknięte w metalowej skrzyni zawieszonej nad pustką. Jedno biło szybko, spłoszone, w gardle, tak jak bije serce zwierzyny, która wie, że jest w potrzasku, że to koniec. Drugie biło zbyt płytko, z przerwami, których nie powinno być.
Woń krwi przebiła się ponad zapach stali i elektryczności, podszyta ostateczną wonią kończącego się nieubłaganie czasu. Janek musiał się spieszyć.
Dach kabiny znalazł pod dłonią. Wsunął palce pod krawędź klapy serwisowej i pociągnął – powoli, równo, pamiętając słowa Elowen – i wsunął głowę w wąski przesmyk, pstryknął latarką, ogarnął wzrokiem przestrzeń.
— Hej — powiedział tym głosem, który miał znaczyć jedno: nie bój się, to tylko ja.
— Janek?
Sammy stał przy noszach wciśniętych w kąt kabiny, dłonie miał czerwone po nadgarstki, twarz białą jak ściana. Podniósł głowę, zamarł, zająknął się na jego widok.
— Nie bój — odparł strażak, nim cofnął się, w szybie pojawiły się ciężkie buciory. — Razem podziałamy i zaraz wszyscy stąd wyjdziemy.
Ostrożnie opuścił się do wnętrza kabiny. Metal jęknął głucho, wewnątrz nagle zrobiło się bardzo ciasno.
— Jak jest? — spytał, skinieniem głowy wskazując na pacjentkę.
Dziewczyna leżała bezwładnie na noszach, jej spojrzenie błądziło trochę w ciemności, usta straciły cały kolor.
— Ellis Kaur, piętnaście lat — wydusił z siebie Sammy, lecz zaraz odezwały się lata studiów, doświadczenie z oddziału i kolejne słowa wybrzmiały już szybciej, z przekonaniem. — Postrzał w bok i w przedramię. Ciśnienie leci na łeb na szyję, tętno rośnie, a krwawienie z boku... pakuję, uciskam, ale to nie starcza. Ona potrzebuje bloku, nie mnie z gazikiem. — Podsumował.
— To rychle ją na ten blok operacyjny damy. — Odparł spokojnie Janek. — Uciskaj dalej, ja porady zasięgnę.
Sięgnął komunikatora.
— Elowen? Jak z tym prądem?
Bez szans. Musicie ewakuować drzwiami.
— Oj dolo — mruknął, rzuciwszy spojrzenie w stronę drzwi.
Bo nie problem był, by drzwi otworzyć – nad tym już Gulm z Tarikiem pracowali i Janek wiedział, że lada chwila zobaczy twarze pozostałych strażaków. Problem był i niebezpieczeństwo, że jeśli owa niestabilna winda choć trochę spróbowałaby opaść, gdy ktoś przez drzwi próbuje się przedostać, to niczym sieczkarnia do słomy by taka winda zadziałała, a że człowiek nie słoma, to źle by się to dla takiego chwata skończyło. Janek westchnął, spojrzał na Ellis.
— Zimno mi... — szepnęła.
— Wiem, dziewuszko. — Jednym ruchem zdjął swą strażacką kurtę i okrył ją, zostawiając tylko miejsce na ściskające rany dłonie Sammy'ego. — Zaraz cię stąd wyniesiemy, obiecuję.
Kabina drgnęła.
Cal w dół, może dwa, dość, by Ellis jęknęła, by Sammy zachwiał się na nogach.
— Gulm? — Janek odezwał się do komunikatora. — Jak…
Wtem drzwi jęknęły, stęknęły, metal rozwarł się powoli, a w wąskim przesmyku, w górnej części drzwi, ukazała się spocona twarz pochylonego do samej ziemi orka. Poświecił latarką do wnętrza windy, mruknął coś pod nosem, oceniwszy sytuację.
— Stoicie dokładnie w połowie piętra — zawyrokował.
Jakiś silnik zawarczał w tle i stalowe szczęki nabrały więcej mocy, stopniowo coraz mocniej rozwierając drzwi windy.
— Jak przyjdzie podnośnik, to zablokujemy windę, uniesiemy razem nosze…
Janek pokręcił głową.
— Teraz je przeciągniesz. Ja windę zabezpieczę.
— Vlad już poleciał po podnośnik, zaraz z nim wróci.
— Czasu nie mamy — Janek popatrzył na oddychającego ciężko Sammy'ego, na coraz bledszą Ellis. — Ona go nie ma.
Gulm milczał chwilę, Janek widział jak dokonuje nowej oceny sytuacji, jak plan formułuje się w myślach orka.
— Robimy to.
— Co robimy? — spytał Sammy, patrząc to na jednego strażaka, to na drugiego.
— Ratujemy wszystkich.
Janek odpiął uprząż, karabińczyk zadyndał luźno pod samym włazem. Gulm cofnął się nieco od drzwi, robiąc mu miejsce, gdy strażak dźwignął się, stanął w otwartych drzwiach, plecami wsparł o górną część.
Winda jęknęła.
— Teraz te nosze — powiedział, zapierając się mocniej nogami, szukając najstabilniejszego oparcia. — Wyciągajcie ją, ja trzymam. Cokolwiek się stanie, ja trzymam.
Gulm skinął mu głową, zwrócił się do Sammy'ego.
— Pakuj się na nosze, wyciągniemy was oboje.
Moment zawahania, nim lekarz wspiął się na nosze, klęknął niezgrabnie nad pacjentką, dłonie nawet na moment nie popuściły uścisku.
— Co się dzieje? — spytała dziewczyna niezbyt składnie.
— Wszystko dobrze — Sammy posłał jej uśmiech. — Nic się nie martw, wszystko będzie dobrze.
Gulm sięgał, Tarik zabezpieczał, Janek podtrzymywał. Ork stęknął, wyciągając się po nosze, przeciągając je w stronę przejścia, nim szarpnął, zmusił przednie nogi do złożenia się, jak składały się wjeżdżając do karetki.
Nosze weszły w próg. Zawisły w pół drogi. Połowa jeszcze w kabinie, połowa już nad piętrem, dziewczyna rozpięta dokładnie tam, gdzie krawędź stali czekała jak ostrze, głowa Sammy'ego tuż pod samą gilotyną.
I wtedy kabina puściła.
Bestia wyszła z niego bez reszty. Ciało stężało, ścięgna naprężyły się jak korzenie, plecy przyjęły cały ciężar i nie ugięły się ani o cal. Kabina zawisła na jego karku i barkach, dygocząca, a on trwał pod nią, zaparty o podłogę, wrośnięty w próg jak stary dąb w skałę – zwierzę, które prędzej da się rozerwać, niż puści to, co trzyma.
— WYCIĄGAJCIE! — warknął, w głosie nie zostało już nic ludzkiego.
Szarpnęli. Nosze wyrwały się z progu, przeleciały kawałek, wypadły na piętro.
Zostały ostatnie sekundy. Janek zebrał się w sobie, nabrał tchu, z rykiem wyrwał się spod przytłaczającego jarzma. Winda opadła z ogłuszającym jazgotem szorujących po prowadnicach hamulców, pomknęła w dół, a potem był tylko huk i upiorna cisza.
Janek zwalił się na posadzkę korytarza, ciężko, jak zrąbane drzewo, i przez długą chwilę tylko dyszał, wpatrzony w drżące na suficie światło awaryjnej lampy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz