Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Medwia: Mężczyzna pokłócił się z niedźwiedziem o borowika
Mieszkaniec wsi pod Miedwogradem trafił na izbę przyjęć z licznymi zadrapaniami i, jak sam to ujął, „nadszarpniętą dumą”. W czwartek rano, podczas grzybobrania, mężczyzna natknął się na wyjątkowo okazałego borowika, którego w tej samej chwili upatrzył sobie niedźwiedź. Postanowił bronić znaleziska, powołując się na zasadę „kto pierwszy, ten lepszy”. Niedźwiedź tego argumentu nie uznał. „Godło kraju czy nie godło, ja go zobaczyłem pierwszy” – upiera się poszkodowany, który mimo obrażeń nie zamierza rezygnować z grzybobrania. Leśnicy przypominają, że jesienią niedźwiedzie intensywnie gromadzą zapasy przed zimą i nie są skłonne do negocjacji.

Nagłówek

01 listopada 2026

Od Vaerila — Pragnienie

Kolejna chłodna noc.
Szybko zdążył pożałować, że nie zabrał z domu większej ilości rzeczy. Na własnej skórze przekonał się, że w czasie podróży może przydać się… właściwie wszystko.
Prawdę mówiąc, miał przy sobie tylko tajemniczy zaczarowany miecz, poplamione jeszcze krwią porwane ubrania, resztkę biżuterii (większość sprzedał lub wymienił na jedzenie) i kurczącą się w zastraszającym tempie garść monet w kieszeni. Zdobywał je podejmując się prostych prac: czasem posprzątał kurnik, znalazł zaginionego kota (to akurat zrobił z dużą przyjemnością) czy przenosił skrzynie z jednego pokoju do drugiego. Zarabiał w ten sposób grosze, ale rzeczywistość nie pozostawiła mu innego wyboru. Nie miał wyjścia. Zagryzł zęby, schował swoją szlachecką dumę i gdzie się nie pojawiał, pytał, czy za drobną opłatą nie mógłby wykonać jakiejś przysługi. Niekiedy prace te bywały bardzo nieprzyjemne — pracował bez przerwy w pocie czoła od rana do wieczora. Nie miał jednak najmniejszego prawa wybrzydzać.
Brakowało mu przepychu rodzinnego domu. Z żalem wspominał stół uginający się pod ciężarem wyśmienitych potraw i dzbanów pełnych miodu, który gasił pragnienie. Starał się jednak nie rozpamiętywać przeszłości. Gdy tylko myślał o swoich bliskich, ogarniała go przygniatająca rozpacz. Przed oczami wciąż malowały mu się obrazy tamtej przeklętej nocy — masakry, której doświadczył, piekła, z którego jako jedyny wyszedł żywy.
Nie potrafił jednak uciec od wspomnień. Za dnia wszystko zdawało się nieść pozorne echa normalności. Rozmawiał z ludźmi, podróżował pieszo leśnymi dróżkami, cieszył się blaskiem Słońca. Jednak, gdy tylko nadchodził wieczór, narastała w nim panika. Wraz z ciemnością powracały one. Demony czaiły się w cieniu, skradały się w ciemności, bacznie obserwowały każdy jego ruch i czekały. Ich chrapliwe głosy rozbrzmiewały w głowie Vaerila, a same potwory nie opuszczały go na krok, doprowadzając niemal do szaleństwa. Wiedział, że są zawsze blisko, a gdy tylko się pojawiały, tajemnicze znamię na jego obojczyku zaczynało obficie krwawić. Pomimo upływu czasu, rana wciąż się nie zagoiła. Była równie bolesna, co pierwszego dnia, przypominając o swoim okrutnym pochodzeniu.
Ze względu na nieustające zagrożenie szlachcic mało spał. Właściwie to prawie wcale. Bał się, że jeśli zamknie oczy na zbyt długo, to już więcej ich nie otworzy. Gdy bestii było zbyt wiele, gdy ich postacie przybierały zbyt znajome sceny krwawych zaślubin, nie potrafił zasnąć. Potwory nie zbliżały się, zniechęcone blaskiem miecza, ale doskonale wiedziały, jak doprowadzić swoją ofiarę do kresu wytrzymałości. Bywały więc noce, kiedy męczony przerażającymi wizjami Vaeril, właściwie nie miał szansy przespać nawet kilku krótkich minut. Skutkiem tego były podkrążone z niewyspania oczy, a on sam ledwo kontaktował ze światem. Wyglądał na tyle żałośnie, że zdarzało się, że podróżnicy, których spotykał na swojej drodze, litowali się nad nim i po prostu ofiarowali mu jałmużnę. Vaeril szczerze tego nienawidził. Czuł się wtedy tak okropnie, że podświadomie brzydził się samym sobą. W końcu to on niegdyś dzielił się pieniędzmi z ubogimi, wspomagał ich datkami i oferował pomoc. Ale wtedy miał majątek, nazwisko i władzę. Miał wszystko! Nigdy nawet nie przypuszczał, że ktoś tak szlachetnie urodzony i bogaty, jak on, podzieli losy wałęsających się po świecie żebraków. Gdyby tylko wszyscy wiedzieli, kim jest naprawdę!
Ale Vaeril Iversen przecież zginął tamtej feralnej nocy. Zginął, jak wszyscy pozostali. W końcu nikt nie ocalał z masakry. Takie plotki rozeszły się po świecie w zastraszającym tempie. Wieść o śmierci króla, jego rodziny i pozostałych możnych z okolicy rozniosła się echem po całym królestwie. Nie było osoby, która nie słyszałaby o tragicznych zaślubinach i tajemnicy, którą to wydarzenie obrosło. Z dnia na dzień pojawiało się coraz to więcej teorii i głosów na temat tego, jakie niestworzone okropieństwa spotkały uczestników ślubu. Szeptano o zamachu stanu, wynajętych mordercach czy zbrodniczym ataku tajemniczej sekty. Żadne z tych przypuszczeń nie pokrywało się jednak z prawdą. W końcu tylko Vaeril ją znał. I nie miał najmniejszych chęci, aby opowiedzieć komukolwiek swojej historii. Czuł, że i tak nikt nawet nie chciałby go wysłuchać, a nawet jeśli, to nie byłoby osoby, która by mu uwierzyła.
W ciszy nosił więc przytłaczające brzemię tajemnicy i obserwował, jak królestwo powoli pogrąża się w chaosie. Nie było władcy, nie było nikogo, kto poradziłby sobie z całym zamieszaniem związanym z bezkrólewiem. Cała rodzina królewska zginęła, więc wszyscy, którzy mieli odziedziczyć tron przepadli. Narastały liczne konflikty i sprzeczki — dalsi krewni, tak ledwo spokrewnieni, że nawet nie zostali zaproszeni na zaślubiny, zaczęli rościć sobie prawo do władzy. Napięcie rosło z dnia na dzień, a do uszu Vaerila wciąż docierały plotki o mobilizacji wojsk. Powoli, małymi krokami, choć bardzo niechybnie, zbliżała się wojna domowa. Zapach nadciągającego zbrojnego sporu i związane z nim napięcie oczekiwania były niemal wyczuwalne w powietrzu. Sprawa następcy musiała zostać rozwiązana jak najszybciej, nim sąsiednie królestwa dowiedzą się o aktualnej katastrofie i skorzystają z nadarzającej się okazji.
I choć Vaeril słuchał tych pełnych obaw opowieści, nie przejmował się nimi. Dawniej na pewno niestabilna sytuacja władzy w królestwie by go zmartwiła, lecz teraz miał on swoje inne priorytety. Zamierzał wkrótce opuścić znajomą okolicę i zamieszkać w Lesie Wróżek. Magiczny miecz dzielnie wskazywał mu drogę, a on nie bacząc na to, czy kroczy wydeptanymi ścieżkami, czy dzikimi ostępami, niezłomnie szedł przed siebie. Powtarzał sobie, że przestał być już częścią tego świata, jakby usilnie sam próbował w to uwierzyć.
Nigdzie nie zatrzymywał się na długo. Czuł, że tam, gdzie się pojawia, kroczy za nim nieszczęście. Obawiał się, że wraz z nim, krok w krok pogrążają bestie. Miał wrażenie, że obserwują go one z każdego zacienionego kąta. Patrzą na każdy jego ruch, czekając na chwilę zawahania, na najmniejszy błąd. Wraz z nocą wychodziły z ukrycia, wyłaniając się z ciemności, jasno dając do zrozumienia, że łatwo nie zrezygnują z obiecanej im przekąski.
Unikał miast i gospód, sypiał głównie pod gołym niebem, a gdy miał odrobinę szczęścia, znajdował opustoszałe domostwo czy osłoniętą przed wiatrem jaskinię. Na samym początku nie potrafił się do tego przyzwyczaić. Przez całe życie zażywał nieograniczonej niczym wygody. Wspominał swoje domowe łoże — miało wyjątkowo miękki materac, a leżącą na nim pościel uszyto z najprzyjemniejszych w dotyku materiałów i wypchano po brzegi gęsim pierzem. I to na nim Vaeril spał niczym król i to z tego łóżka nie ruszał się do późnych godzin popołudniowych. W nim leżał pod ciepłą pierzyną, snując swoje najbardziej zawiłe i skryte fantazje.
Z tego powodu z wielkim trudem (i bólem serca) przyszło mu przyzwyczajenie się do zimnej, twardej ziemi. Choć właściwie to dalej się nie przyzwyczaił. Nie wiedział nawet, czy można przywyknąć do czegoś takiego! Brak jakiejkolwiek wygody doszczętnie go męczył, a niekończące się i powtarzające się noc w noc koszmary tylko pogarszały sprawę. Vaeril właściwie nie pamiętał, kiedy ostatnio miał szansę się wyspać. Wraz z zachodem Słońca całe jego ciało ogarniało przerażenie, a chłód przenikał go do szpiku kości. Nawet płomienie rozpalonego ogniska nie były w stanie go ogrzać. Brakowało mu kogoś bliskiego, osoby, do której mógł się przytulić, z którą mógł porozmawiać, zaznać odrobinę wsparcia i poczuć przynajmniej namiastkę utraconego ciepła. Szczególnie dotkliwie odczuwał samotność nocami, gdy leżał wtulony w zimne ostrze miecza — swoją ostatnią deskę ratunku, od której obawiał się oddalić nawet o krok.
W przypływach samotności przeważnie myślał o matce. Wspominał jej delikatny uśmiech i pełne spokoju spojrzenie. Gdy potrzebował pomocy, wiedział, że może na nią liczyć. Rozpieszczała go na każdym kroku, dbała, aby niczego mu nigdy nie zabrakło. Kobieta zawsze też potrafiła wesprzeć go słowem, doradzić, pomóc podjąć trudną decyzję. Często go przytulała. Wciąż pamiętał miły dotyk jej dłoni, gdy tuliła go do swojej piersi, głaszcząc po głowie i uspokajając swoim najmilszym dla ucha głosem. Podobnej troski Vaeril nigdy jednak nie zaznał od ojca, który nigdy nie okazywał mu zbyt wiele ciepła. Wymagał od młodszego syna absolutnego szacunku i posłuszeństwa. To on podjął decyzję o ślubie, a u Iversenów słowo głowy rodziny było święte. Nikt nie miał prawa mu się sprzeciwić. Ale pomimo jego ogólnej powagi, srogości i powściągliwości, Vaeril szczerze za nim tęsknił. Brakowało mu ich obojga. Na same wspomnienie o rodzicach jego serce zaczynało bić szybciej, a łzy same napływały mu do oczu.
Paradoksalnie, najczęściej jednak wracał myślami do brata. Wciąż nie potrafił uwierzyć w to, co zrobił Derek. Nie rozumiał jego decyzji. Co mogło popchnąć go do tak okrutnych działań? Doprowadził do śmierci całej swojej rodziny… a potem rozpłynął się w mroku. Zniknął, wszelki słuch po nim zaginął. Tak, jakby nic z tego, co uczynił, nie miało znaczenia.
Vaeril pragnął z nim porozmawiać. Poznać powód. Spojrzeć mu w oczy i usłyszeć wyjaśnienia. A nawet gdzieś w głębi jego serca wciąż tliła się nadzieja, że żadne z podejrzeń tak naprawdę nie okaże się prawdą. Że to wszystko było tylko tragicznym nieporozumieniem, przeklętym zbiegiem okoliczności, okrutnym kaprysem losu. Nie wierzył, by Derek mógł chcieć go skrzywdzić. Wszyscy inni, ale nie on.
Zawsze okazywał mu troskę. Był jego najlepszym przyjacielem, powiernikiem sekretów, ulubionym towarzyszem rozmów. Wspierał go na każdym kroku, zawsze był obok, gdy Vaeril tego potrzebował. Ufał mu. Ufał tak bardzo, że teraz wszystko bolało jeszcze mocniej. Derek był dumą całej rodziny. Przy nim Vaeril czuł się kimś ważnym. Od dziecka go podziwiał. Z zainteresowaniem i wsparciem śledził jego wojskową karierę, gratulował kolejnych awansów. Z zapartym tchem słuchał opowieści z pola bitwy, z tęsknotą wyczekiwał jego powrotów, zamartwiał się, gdy zbyt długo nie było go w domu.
Vaeril nie potrafił więc pojąć, dlaczego jego brat podjął taką decyzję. Nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Ale gdzieś pod skórą czuł, że to nie było ich ostatnie spotkanie. Miał wrażenie, że prędzej czy później ich ścieżki jeszcze się przetną. Wtedy Vaeril mu nie odpuści. Pozna prawdę za wszelką cenę, choćby była to ostatnia rzecz, jaką zrobi w życiu.
Rozpacz szybko ustąpiła miejsce narastającej wściekłości. Vaeril z gniewem otarł spływającą po policzku pojedynczą łzę.
Zbliżał się ranek. Niebo pojaśniało od wschodzącego nieśmiało Słońca. Rojące się wokół młodzieńca potwory z przekleństwami na powykrzywianych paszczach powoli zaczęły się wycofywać. Powrócą, gdy tylko zrobi się ciemno.
Kolejny dzień, który udało się przetrwać. Kolejny dzień przybliżający Vaerila do celu.
Spał krótko, prawie wcale. Mimo wyczerpania, obolałych nóg i głodu ruszył w dalszą drogę. Nie mógł się zatrzymać. Nie teraz. Im szybciej dotrze do Lasu Wróżek, tym szybciej odpocznie. Oczami wyobraźni widział już, jak drzemie w cieniu drzew. Bez zmartwień i bez strachu.
Nie mógł się poddać. Rzucił wyzwanie przeznaczeniu i z podniesioną głową zmierzy się z każdym wyzwaniem, jakie los dla niego przygotował.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz