Baskerville
Data urodzenia: 03.05
Płeć: kobieta
Rasa: człowiek, czarodziejka
Pochodzenie: Novendia, Stellaire
Zawód: Nauczycielka w prywatnej szkole dla czarodziejów, uczy dzieciaki podstaw magii
Opis: Dziewczyna wiecznie uśmiechnięta i może nieco zbyt tryskająca optymizmem. A przynajmniej skutecznie taką udaje, w głębi kryjąc zestresowaną każdą głupotą dnia codziennego istotkę. Uczy dzieci, jak być czarodziejami, zaszczepiając w nich tak przydatną w życiu potrzebę ciągłego samorozwoju i samodoskonalenia. Do tego dźwiga na barkach odpowiedzialność za pewne stare zaklęcie, które niepilnowane może wymknąć się spod kontroli i narobić burdelu...
Paradoksalnie pierwszym, co dostrzegasz, mijając ją na ulicy, jest jej uśmiech. Nie, nie te przeklęte, różowe włosy, za które kiedyś z pewnością zebrałaby niezłe lanie od ojca. Właśnie uśmiech, szeroki i, jak się zdaje, zawsze zupełnie szczery. Roświetlający to piegowate oblicze i intensywnie błękitne oczy, zachęcający ,,Zagadaj, śmiało, z czym trzeba, to pomogę".
Ma 169cm wzrostu i raczej drobną budowę. Chociaż piecze chore ilości słodkości, rzadko kiedy faktycznie je potem konsumuje, może dlatego skutecznie utrzymuje wagę, chociaż ćwiczenia fizyczne nie są jakimś jej ulubionym zajęciem. Albo może to te regularne, przymusowe biegi przełajowe po lasach i ciemnych uliczkach utrzymują ją w całkiem niczego sobie formie?
Ubierając się zawsze stawia na wygodę, choć przez swojego lisiego przyjaciela w ostatnim czasie jej szafa zaczyna wypełniać się coraz bardziej eleganckimi strojami. Zawsze jednak będzie psioczyć na obcasy i nie wiadomo jak mocne makijaże — pod tym względem jest to przypadek beznadziejny. Bardzo często nosi długie rękawy, golfy, długie spodnie — nawet przy wysokich temperaturach. Nauczyła się kilku zaklęć pomagających jej się chłodzić w upały, a taki ubiór lepiej maskuje falujące na jej skórze, czarne znaki. Przez lata, odkąd ich towarzystwo stało się normą, uczyniła rutynę z uważnego pilnowania, by nie zostały dostrzeżone. Jeśli nawet osiądą akurat w miejscu, którego zakryć się nie da, dziewczyna woli nie wychylać nosa z domu do czasu wypełnienia swojej części umowy — nie chodzić na zakupy, do pracy... Byle by przed nikim nie ujawnić istnienia czarnych symboli zdobiących jej skórę.
Lucille od początku daje się poznać jako bardzo uprzejma i uczynna dziewczyna. Chętnie pomaga sąsiadom w drobnych sprawach domowych — to wdrapie się na parapet powiesić firanki tej starszej kobiecie spod trójki, to przygotuje za koszty produktów kolorowego torta na urodziny najmłodszej córki rodziny spod ósemki — i nie, zdecydowanie nie robi tego po to, aby dzięki swojej mocy dostać coś w zamian. Ot, zwyczajnie czerpie przyjemność z pomagania oraz oglądania radości na twarzach obdarowywanych.
Wielu mówi, że optymizm i pozytywna energia, którymi Lu promieniuje w kontaktach z przypadkowymi ludźmi, są zaraźliwe. Przechodnie na widok jej uśmiechniętego od ucha do ucha oblicza sami wręcz mimowolnie unoszą kąciki ust, uprzejme powitanie pracowników odwiedzanych sklepów poprawia humor niejednemu znudzonemu kasjerowi. Nigdy się nie awanturuje, zawsze woli odpuścić, nawet jeśli uważa, że ma rację. Wyjątkiem od tej reguły są kitsune, które pewnego razu uczepiły się jej i nie chcą zostawić w spokoju… Bezcelowe debaty i uparte trwanie przy swoim, mimo miażdżących argumentów świadczących przeciwko niej, są na porządku dziennym.
Generalnie, gdy lepiej Lu poznać, ten płaszczyk ,,pani idealnej” opada. Wciąż jest niezwykle miłą osobą, tylko… Okazuje się, że jednak ma jakieś granice. I nie waha się ich postawić, gdy ktoś przegina. Widać to całkiem dobrze, jeśli spojrzeć, jak prowadzi lekcje i jakie ma relacje z uczniami. Z jednej strony ma do nich baaaaardzo dużo cierpliwości, odpuszcza drobne głupotki, które robią na przerwach czy zajęciach dzieci w ich wieku, z drugiej zdecydowanie wymaga od nich zaangażowania w zajęcia. Tajemnica dobrego życia z Lucille-nauczycielką? Po prostu chcieć. Rozwijać się, uczyć nowych rzeczy, stawać coraz lepszym. Ktoś pajacuje i przeszkadza pozostałym w korzystaniu z zajęć? Bez cackania ląduje na korytarzu. Choć, trzeba przyznać, trudno powiedzieć, kiedy ostatni raz taka sytuacja miała miejsce. Lu wśród młodzieży jest raczej lubiana i, zdaje się, z jej obecnych grup każdy oczekuje lekcji z nią z niejaką ekscytacją.
Zawsze stara się być odpowiedzialna, czasami może za bardzo. Zawsze brakowało jej tego luzu i beztroski, charakterystycznych dla młodego pokolenia. Przejmuje się dosłownie wszystkim. Czy kogoś nie obraziły jej słowa? Czy na pewno ubrała się odpowiednio do okazji? Czy nie za bardzo polega na innych? Czy na pewno dobrze wytłumaczyła swoim uczniom temat na ostatnich zajęciach? Czy na pewno czegoś nie pomieszała w przepisie i ciasto wyjdzie, jak powinno? Byle pierdoła doprowadza ją często na skraj. Generalnie kiepsko radzi sobie ze stresem… Nie widać? Gwarantuję, niemal każdą durnotę w ciągu dnia wieczorem odchorowuje.
Nigdy też nie uważała się w głębi serca za wystarczająco dobrą. Ciągle dąży do tej legendarnej perfekcji, której wizją była na siłę karmiona przez ojca w dzieciństwie. Stale się rozwija, chce uczyć się nowych rzeczy, szlifować umiejętności, które już posiada. Jej dzień po korek zapełniony jest pracą. Ciągle coś robi, nie potrafi usiąść na tyłku i po prostu odpocząć (nicnierobienie, swoją drogą, także ją stresuje). Jej największym koszmarem jest bycie znowu od kogoś zależną. Broni się przed tym, jak tylko może, wciąż na nowo popełniając te same błędy. Jakby w tym tylko zakresie jej chłonny jak gąbka mózg nie przyswajał zdobytej wiedzy.
Chociaż, może jest jeszcze coś, z czym umysł Lucille sobie nie radzi — relacje międzyludzkie. Czasem nie sposób przyglądać się jej i nie zastanawiać, jakim cudem ma tak szeroką wiedzę, a jednak jest… Tak głupia. Powiedzieć, że kiepski z niej łączykropek, to jak nic nie powiedzieć. Jest totalną amebą, jeśli chodzi o domyślanie się, czego ktoś od niej oczekuje, co o niej myśli albo co względem niej czuje. Nie łapie zawiłych czy dwuznacznych komunikatów, trzeba jej wszystko wykładać drukowanymi literami, bo na pewno sama się nie domyśli (podobno doprowadza to Minkiego do szału).
Dla jakiegoś pobieżnego ładu podzielmy umiejętności Lucille na te, o których powszechnie wiadomo, oraz te, którymi, ujmując temat dyplomatycznie… dziewczyna się nie chwali.
- Wśród innych czarodziejów w jej wieku plasowała się zawsze dość wysoko we wszystkich szkolnych rankingach. Szczególnie dobrze radziła sobie z wykorzystywaniem magii leczącej, choć samej siebie nigdy uzdrawiać nie potrafiła. Nie było to jednak niezbędnym wymaganiem do tego, by perfekcyjnie zaliczać sprawdziany. Magia defensywna, ofensywna… Nie, to nie jej bajka. Była z nich najlepsza w klasie? Dzieło przypadku, a może ówczesna determinacja… Na co dzień rzadko korzysta z magii. Stara się nie robić ze swoich zdolności remedium na każdy problem w życiu. Potrafi przenosić wiele przedmiotów na raz zaklęciem telekinezy, a i tak używa do tego rąk, chyba że akurat jest w pilnej potrzebie, a nie jest w stanie wszystkiego chwycić w dwie tylko ręce. Ogólnie dość dobrze improwizuje zaklęcia, nie używa różdżek ani innych akcesoriów magicznych, bo generalnie nie uważa tego za potrzebne, a istniejący pakt z Minkim jest wystarczającym źródłem ukierunkowania jej mocy. Kreślenie kręgów, recytowanie zaklęć z przedpotopowych ksiąg? Czasem się zdarza, ale tylko do celów, powiedzmy, zawodowych.
- Zawarła pakt z dziewięcioogoniastym lisem. Potrafi korzystać z płynącej przez niego lisiej magii, wzmacniając tym znacząco swoje własne umiejętności. Nie potrafi robić przez to tego, co on — zobrazujmy to w sposób następujący: Minki jest dla niej zbiornikiem, z którego może czerpać energię, ale nie zdobywa przez to możliwości jej wykorzystania, jakimi dysponują kitsune.
A przechodząc do mniej oficjalnej części…
- Jest sobie pewne zaklęcie. Stare, bardzo stare… Zrodzone w zawiści, chęci posiadania tego, czego natura posiadać nie pozwalała, zyskania potęgi, jaką nie powinna dysponować jedna tylko osoba. Okupione strachem, bólem i nieopisaną stratą osób, które otaczały jego stwórcę.
Rodzina Lucille od lat je posiadała. Przekazywane z ojca na syna, przez pokolenia, jako najcenniejszy skarb ich domu. Pozwalające na odbieranie magicznych zdolności innym w niezwykle prosty sposób…
Zawrzyj z kimś umowę, a w zamian za udzieloną pomoc, odbierz fragment jego mocy.
Równowaga jednak musiała być zachowana. Moc, przekazana na kogo innego, zanikała u prawowitego właściciela. Kto wie, ile osób zostało w ten sposób skrzywdzone, nie znając tego drobnego szczegółu umowy, którą zawierali. Bo przecież pozwolenie na skorzystanie z ich zdolności zmiany formy czy czytania w myślach nie brzmiało jak szczególnie wygórowana cena w zamian za spełnienie ich najskrytszych marzeń…
Tak było kiedyś. W końcu trafił się ktoś rozsądny, zdecydował porzucić korzystanie z niego, zamurować księgę mówiącą o jego istnieniu głęboko w podziemiach rodowej biblioteki, aby już nikt nigdy nie zdołał z niego skorzystać.
O kilkaset lat za późno.
Choć tego rodzaju czarna magia zawsze niosła ze sobą raczej mało przyjemne niespodzianki, to nikt nie spodziewał się, że zaklęcie ewoluuje w coś więcej, niż tylko zaklęcie. Nie minęło pół wieku, jak w okolicy zaczęły chodzić słuchy o pojawieniu się człowieka, który w zamian za użyczenie mu fragmentu swojej mocy, spełni każde życzenie. Zaklęcie uciekło ze swojego ceglanego więzienia. Zaczęło się panoszyć, szerząc ten sam ból straty nieskończonych istnień. Ówczesna głowa rodu Baskerville po latach prób, w końcu położyła temu kres, dochodząc po tym zdarzeniu do jedynych, sensownych wniosków, jakie można było wyciągnąć: zaklęcie musi być używane pod kontrolą, aby nie spowodowało już nigdy więcej tak wielkich zniszczeń.
I tak ponownie, z ojca na syna, przekazywany był obowiązek korzystania z zaklęcia, jednak już nie tak radykalnego, jak do tej pory. Wymyślono metody, jak je ograniczyć, ukryto tylko fragmenty wiedzy o nim, które były problematyczne. Zamiast odbierać zupełnie moc, użytkownik zaklęcia jedynie pożycza czyjeś zdolności — ogranicza go czas lub ilość możliwych użyć danej przemiany. Każda zawarta umowa odrysowywana jest przez zaklęcie znakami na skórze użytkownika. Linie, czarne jak sama noc, osiadają w jednym miejscu na ciele, swym delikatnym falowaniem i subtelnym pieczeniem stale przypominając o konieczności dopełnienia swojej części umowy. Jeśli się tego nie zrobi? Zaklęcie zjada swojego użytkownika, drenuje z energii, kropla po kropli wykańczając jego siły życiowe, aż nie pozostaje z niego nic poza pustą skorupą…
Jednak, po dopełnieniu umowy, czarna linia zyskuje kształtów, układa się w formę zależną od fragmentu mocy, który przejęła i teraz symbolizuje. Lis, dla przemiany w to zwierzę, oko z sierpem księżyca wewnątrz, dla doskonałego widzenia w ciemności… Znak blednie w miarę wykorzystywania i znika, gdy się wyczerpie.
Używane zaklęcie nie próbuje wydostać się na wolność. Trwa wiernie przy swoim właścicielu, głodne kolejnych umów, czekając z niecierpliwością, by nakarmić się kolejnym fragmentem czyjejś zdolności. Lucille, jako jedyne dziecko swoich rodziców, w 16-te urodziny przejęła brzemię rodziny i po dziś dzień dba o to, by zaklęcie już nigdy więcej nie wydostało się na wolność.
— Niezwykłe z niej dziecko, zawsze takie wesołe, uśmiechnięte.
Zaciśnij zęby, unieś kąciki ust, powtarzaj sobie, że wcale nie boli. Uśmiechnij się, przecież umiesz, ćwiczyłaś to tyle razy przed lustrem.
— Chyba nigdy nie widziałam, jak płacze.
Nieprzespane noce, czuwanie w kącie, w tej wnęce za szafą, nasłuchiwanie, czy już skończył tłuc się po salonie, czy poszedł spać. Czy mogę już wyjść, zjeść kolację, o ile cokolwiek było w lodówce. Nie mogę głośniej nabrać powietrza, boję się poruszyć, co, jak wydam przy tym jakiś dźwięk, jak go to zdenerwuje? Kiedyś łzy się pojawiały, szloch wzbierał w piersi za każdym razem, jak wracał w tym stanie do domu.
Szybko zrozumiałam, że płacz był najgorszym, co mogłam zrobić.
— Taka dobra z niej uczennica, chodzi z moim synem do jednej klasy od podstawówki, zawsze miała najlepsze oceny. Istny geniusz.
,,Akceptuję doskonałość, nic poniżej. Perfekcja powinna być twoją drugą naturą, stać się odruchem, jak oddychanie.” Słowa ojca wypalone pod czaszką nigdy nie pozwalały o sobie zapomnieć.
— Dziwna jest. Dlaczego się nie cieszy, przecież zajęła drugie miejsce w krajowym konkursie. Każdy chciałby być na jej miejscu, a ona robi tak niezadowoloną minę?
Cios za ciosem, wściekłość wylewająca się bez zawahania. ,,Przegrałaś.” Kiedyś przepraszałam, błagałam, żeby przestał. Obiecywałam, że się poprawię.
Teraz po prostu tam stałam, a gdy któryś z wymierzonych we mnie ciosów pięścią zdołał mnie przewrócić, podnosiłam się szybko. Choć w oczach chciały stanąć mi łzy nie pozwalałam im na to.
Uśmiech. Potrafisz. Uśmiechnij się. Ma rację, to twoja wina, powinnaś była więcej ćwiczyć.
— Dziwaczka. Nie ma żadnych przyjaciół, na przerwach siedzi sama, nigdy nie wychodzi na imprezy, ciągle tylko się uczy albo chodzi do studia na lekcje tańca.
Pracuj ciężej, bardziej, mocniej. Każdą sekundę swojego życia poświęcaj na dążenie do perfekcji. Musisz być idealna, żeby go zadowolić. Tylko tak…
— Jesteś największą porażką w moim życiu.
Perfekcja. Doskonałość. Możesz. Osiągniesz to, musisz się tylko jeszcze trochę postarać. Boli? Zaciśnij zęby.
Nic poniżej perfekcji nie jest dla ciebie opcją.
***
Wiecie, co jest najlepsze w dorosłości?
Nikt wam już nie może powiedzieć, że musicie utrzymywać kontakty z tymi, którzy powołali was na ten świat. Więcej — w zasadzie oczekuje się od was wyprowadzki, znalezienia niezwykle dobrze płatnej i prestiżowej pracy, polegania wyłącznie na sobie, wkrótce założenia własnej rodziny…
Z tego wszystkiego wyszła mi co prawda tylko wyprowadzka, ale, hej, za jednym zamachem pozbyłam się przy tym z życia ostatniej osoby, którą by pozostałe rzeczy z tej listy interesowały, co nie?
Choć nigdy ci tego nie powiem, nie chcę cię więcej widzieć. Choć tyle lat nie protestowałam, słowem, czynem, nigdy nie pokazałam, że cię nienawidzę — nie chcę cię w swoim życiu.
Mogłam w końcu odetchnąć pełną piersią. Nie żyć strachem, który stał się codziennością na tak wiele lat, które spędziłam pod jego dachem. Zmienił się po śmierci mamy, jedynej osoby, która go powstrzymywała. Z trudem jestem w stanie przywołać w pamięci dni, kiedy nie był pijany. Kiedy pytał, co w szkole, czy dobrze się dogaduję ze znajomymi. Gdy obchodziło go, jak się czuję.
Chciałam, żebyś był ze mnie dumny. Choć raz.
W odpowiednim momencie zrozumiałam jednak, że to się nigdy nie wydarzy. Po 18-stu latach udręki wreszcie mogłam sama zdecydować, czego chcę w życiu. I wybrałam.
Zupełnie nie to, czego ojciec ode mnie oczekiwał. Miałam być lekarzem. Z moimi umiejętnościami magicznymi, chłonną do wiedzy głową, wynikami w szkole stawiającymi mnie na samych szczytach krajowych rankingów? Z łatwością bym się dostała. Ale nawet nie spróbowałam, ku przerażeniu moich nauczycieli i niezmierzonej wściekłości ojca — poszłam na studia dydaktyczne. Pokazałam im wszystkim środkowy palec i tyle mnie widzieli.
Niezwykle wyzwalające doświadczenie.
***
Pojawił się w moim życiu niespodziewanie. Niechciane oparcie w każdej w zasadzie sytuacji. Kąśliwy, wredny, przemądrzały… A to tylko początek jego zalet.
Wraz ze swoim bratem bliźniakiem zatrząsł w posadach moim już mniej więcej uporządkowanym światem. Wywrócił go na drugą stronę, cały spokój, który w końcu zyskałam, zastępując swoim chaosem. Niezliczoną ilość razy obrażał, a jednak nigdy nie skrzywdził. Zawsze mówił to, co potrzebowałam usłyszeć. A gdy wymusił na mnie ten pakt?
Przecież muszę cię mieć na oku, zginiesz beze mnie szybciej niż później.
Tak, w zasadzie nie wiedziałam, jakim cudem przeżyłam bez jego pomocy te siedem lat.
- Minki Fox
— Minki? Ta cwana, paskudna, lisia żmija? Nie, nie znam.
— Całkiem dobrze go opisałaś jak na kogoś, kogo nie znasz. A w sumie co to za wisiorek? Ładny. W kształcie lisa?
Szybko zerkam na podarowaną przez przyjaciela błyskotkę zwisającą na łańcuszku z mojej szyi. Odruch, naprawdę, nic więcej. Pamiętam, jak długo nie mogłam się do niego przyzwyczaić, gdy władował mi to na szyję i zagroził, że mi nogi z dupy powyrywa, jak kiedykolwiek w jakiejkolwiek sytuacji spróbuję go ściągnąć. Nie daję rady powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu na to wspomnienie, więc szybko wracam wzrokiem do trzymanego kubka z kawą i upijam łyk, żeby ukryć swoją mimikę. Dostrzegam jednak uniesione w rozbawieniu brwi mojej rozmówczyni. Zauważyła.
— Ach, czyli jednak? — nie kryje rozbawienia, także sięgając po swój zamówiony napój.
Wywracam oczami.
— Dobrze, znamy się i tyle. Zadowolona?
— Wydawało mi się, że kitsune generalnie są nieufne…? Twierdzisz, że nic was nie łączy, a jednak dał ci to cacko i jeszcze zawarł z tobą pakt? Bo to on jest teraz twoim chowańcem, prawda?
Mierzę ją wzrokiem, zastanawiając się, skąd w zasadzie o tym wie.
— Oj, nie rób takiej miny — śmieje się, przekrzywia głowę, kąciki ust unoszą jej się w rozbawieniu. — Dzieci lubią plotkować. Był z tobą na zajęciach, co?
— Nie prosiłam go o żadną z tych rzeczy — poddaję się w końcu z udawaniem, że nie mam z nim nic wspólnego. Odstawiam kubek, zajmując ręce dla odmiany talerzykiem z kawałkiem sernika. — Przyczepił się do mnie jak rzep do psiego ogona i nie chce zostawić w spokoju. Wiecznie na mnie narzeka, że jestem nieodpowiedzialna, że to, że tamto… Ale wiesz co? Nikt go nie trzyma na siłę!
— Ach, tak? — znajomy głos, tuż koło mojego ucha, tak blisko, że jego ciepły oddech muska moją skórę. Podskakuję w fotelu, zaskoczona, natychmiast odchylam się na bok, żeby zwiększyć dystans między nami. Nigdy nie rozumiał pojęcia przestrzeni osobistej. Patrzy teraz na mnie, wyraźnie rozbawiony, tymi swoimi ciemnymi, lisimi oczami. — Doby byś beze mnie nie przeżyła, gdybym cię zostawił.
— Chcesz się założyć? — odpyskowuję, choć dobrze wiem, że nie ma to sensu. Zawsze i tak kończy się na jego. Siada bezpardonowo na podłokietniku mojego fotela, ramię zarzuca na oparcie za moimi plecami. Garbię się odruchowo. Znowu za blisko. — Poza tym to nieładnie podsłuchiwać.
— Nieładnie obgadywać osób, które są nieobecne! — pochyla się jeszcze bardziej w moją stronę, łapie palcami za luźny kosmyk moich włosów, miętosi go przez chwilę, a ja naprawdę mam ochotę go stąd zepchnąć. — Ale wracając, tęskniłabyś za mną, gdybym zniknął, co? — opiera policzek o czubek mojej głowy, jego ręka wędruje na moją talię. — Przyznaj, myślisz o mnie raz na jakiś czas!
— Codziennie o tobie myślę, dupku.
- Minhyuk Fox
— Ej, Lu, gdzie są te makaroniki, co mówiłaś, że ich narobiłaś jak dla armii, a nie masz miejsca w zamrażarce i trzeba je zjeść? — pytanie dobiegające z kuchni przebija się przez odgłosy strzelanki, w którą gra Hyuk na konsoli, przytarabanionej pewnego dnia do mojego mieszkania przez Minkiego.
— W lodówce — odkrzykuję, kończąc sprawdzanie kolejnego testu. Pokreślona na czerwono kartka ląduje na kupce już pokreślonych, a ja sięgam po kolejną ze sterty pozostałych do poprawienia.
— Tak? Gdzie? — odchylam się na oparcie krzesła, przekrzywiam głowę na bok i patrzę na medytującego przed lodówką Minkiego.
— Otwórz oczy, to zobaczysz — wzdycham. Uderzam kilkukrotnie niepiszącą końcówką trzymanego długopisu o stół, czekając, aż przyjaciel znajdzie to, czego szuka. Ten jednak rzuca mi tylko mordercze spojrzenie i robi krok w bok, żebym mogła ponad wyspą kuchenną sama zajrzeć do środka urządzenia.
— No? Otworzyłem. I co?
Makaroników nie ma na półce, na której je zostawiłam.
Natychmiast obydwoje przenosimy wzrok na Hyuka, który dalej zażarcie klika w pada. Na ekranie w niezwykle zażartej walce grupowej przeciwnik za przeciwnikiem jest rozstrzeliwany przez potężny karabin postaci kitsune.
— Ej, brat. Gdzie są makaroniki? — Minki zadaje to pytanie, ale zdecydowanie zna już odpowiedź. Zamyka lodówkę z zawiedzioną miną.
— Zjadłem, a co?
Prycham rozbawiona tym, jak bardzo niewzruszony jest, odpowiadając. Starszy z braci omija wyspę, stół, przy którym siedzę, i dopada kanapy, na której rozwalił się jego brat. Drugi z mężczyzn pozostaje jednak niewzruszony jego reakcją… Dopóki Minki nie staje przed nim, zasłaniając mu ekran telewizora.
— Ej, umarłem przez ciebie!
— Zeżarłeś moje makaroniki.
— To były nasze makaroniki, poza tym było ich mało. Trzeba było przyjechać od razu, jak napisała.
— Byłem w pracy, co miałem, rzucić wszystko i się tu przeteleportować?
Mordują się spojrzeniami, a ja nie wytrzymuję. Wybucham śmiechem.
— A czego się spodziewałeś po naczelnym opróżniaczu mojej lodówki? Że ci coś zostawi? — pytam, wstając od stołu. Prace poczekają, wściekły kitsune ograbiony przez własnego brata ze słodyczy już raczej nie. — Chodź złożę ci resztę, co została. Wcześniej już mi się nie chciało.
- Po czym najlepiej poznać, że ma gorszy dzień? Po ilości własnoręcznie wykonywanych słodyczy, które zaczyna robić wręcz maniakalnie, gdy życie ją przetyra. Oczywiście pieczenie, a jedzenie potem tego, co zrobi, to dwie osobne kwestie... Więc jeśli tak się złożyło, że się poznaliście, w zasadzie pewnym jest, że od czasu do czasu załapiesz się na możliwość skonsumowania jej wypieków, gdy po raz kolejny narobi ich, jakby chciała wykarmić całe sąsiedztwo, a potem jakoś już nie ma ochoty ich nawet próbować.
- Z wyboru nie je mięsa~ Jednocześnie nieodpłatnie robi za kucharkę dwóch mięsożernych kitsune, więc zwykle i tak ma w domu przygotowane dwa obiady... Tak, warto przyjaźnić się z Lu, z nią nikt głodny chodzić nie będzie ;P
- Kiedyś taniec sprawiał jej przyjemność. Naprawdę to lubiła, z niecierpliwością wyczekiwała dni, kiedy będzie mogła stanąć na parkiecie i zatańczyć tak, jak chciała, jak lubiła najbardziej. Wolna.
Teraz tego nienawidzi. Sama myśl o poruszaniu się w rytm muzyki przyprawia ją o mdłości. Czasami zastanawia się, co by było, gdyby jej instruktorka nie wzięła jej wtedy na zawody. Gdyby się nie okazało, że ma naprawdę niezły potencjał i może sporo w tańcu osiągnąć.
Może wtedy dalej by to kochała. - Ma w domu sporo roślin i ambicje, by utrzymać je przy życiu. Niestety... kiepsko jej to idzie. Pamięć w takich sprawach jak regularne podlewanie czegoś, co nie krzyczy, że potrzebuje podlania, nie jest jej mocną stroną.
- Nowinki technologiczne są kolejną z jej słabych stron... Obsługa jej własnej drukarki ją przerasta, telefonu używa dosłownie tylko do dzwonienia i smsowania, nie wie o istnieniu większości funkcji w tym urządzeniu
także o tym, że Minki na bezczelnego już od dłuższego czasu 24/7 udostępnia sobie jej lokalizację
Coming soon...
Coming soon...
Coming soon...
Postać stworzona przez: thatswhyy Ostatnia aktualizacja: ---

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz