Za oknem szarzał świt, gdy kawałek złapał w końcu właściwą barwę.
Nikt potem nie potrafił powiedzieć, czyja to była zasługa, że przestali kręcić się wokół celu, niczym grupa zdezorientowanych podróżników mijających po raz kolejny ten sam pniak. Muzyka wybrzmiała, jakby mgła podniosła się w dolinie, ukazując ścieżkę wprost do celu. Seymour przestał grać w pół taktu i podniósł na niego wzrok znad gryfu.
— No kurwa, wreszcie — powiedział z czułością pasującą do tych słów tylko wtedy, kiedy to Seymour je wypowiadał.
Zagrali całość jeszcze dwa razy, żeby mieć pewność, że im się nie przyśniło. Za każdym razem brzmiało tak samo dobrze.
Pakowali się powoli, ciężar w końcu opadł z ramion, nic nie uwierało wewnątrz. Raam rozciągał kolejno każdą z czterech rąk, aż strzelało mu w barkach, Arieth zwijał kable w staranne pętle, Seymour ziewał tak szeroko, że słychać było, jak chrupie mu w szczęce, a Ioannis wodził opuszkami po krawędzi klawiatury, zanim ostrożnie opuścił na nią pokrywę. Ignis przecierał gitarę miękką szmatką, łapiąc się na tym, że myślami znów jest zupełnie gdzie indziej.
Ostatnimi czasy zdarzało mu się to częściej, niż chciałby przyznać. Kobieta z galerii wracała do niego w najmniej spodziewanych chwilach – przy strojeniu, pod prysznicem, w połowie zwrotki, gdy powinien był myśleć wyłącznie o muzyce. Nie wiedział nawet, jak ma na imię. Nie zapytał, ona nie zapytała jego i dopiero w drodze powrotnej dotarło do niego, że już dawno nie rozmawiał z kimś nowym tak długo i nie musiał być przy tym nikim konkretnym. Wracało jej „naprawdę”, które zadrżało w nim wtedy jak kamerton przyłożony do kości i najwyraźniej nie przestało drżeć do dzisiaj, wracały blizny, które się nakładają, aż człowiek przestaje wiedzieć, ile pod nimi zostało jego samego. Ignis napisał w życiu sporo piosenek o stracie, a w tamtej sali po raz pierwszy poczuł, że pisał je jak ktoś, kto zna góry wyłącznie z pocztówek. Nie był pewien, czy to przez nią, ale w mostku, który dopisali w zeszłym tygodniu, odezwało się coś cięższego, szaroniebieskiego, czego jeszcze miesiąc temu by tam nie wpuścił. Może właśnie tego kawałkowi brakowało od samego początku?
Zapiął futerał, zarzucił go na ramię i zanim zdążył się nad tym zastanowić, już mówił:
— Ej, chodźmy gdzieś razem. Na śniadanie, głodny jestem, a w lodówce chujnia. Tak po prostu posiedzieć.
Raam rzucił mu zdziwione spojrzenie.
— Mało ci? — spytał. — Siedzimy tu od wczoraj, spędziliśmy razem całą noc – powinieneś mieć dość oglądania naszych gęb.
— No właśnie — odparł Ignis, szczerząc zęby. — Muszę sprawdzić, czy przy świetle dziennym też tak wyglądacie, czy to tylko wina jarzeniówek.
Raam prychnął, roześmiał się, Arieth wtrącił coś o zmianie percepcji wraz z długością fali świetlnej, Seymour mruknął pod nosem coś, czego nie dałoby się powtórzyć przy dzieciach. Tylko Ioannis nie dołączył. Jego twarz przybrała zamyślony wyraz, i mężczyzna odwrócił się w stronę Ignisa w ten szczególny sposób, który Ignis zdążył już dobrze poznać – lekko, z głową przechyloną na bok, jakby nasłuchiwał czegoś odległego. Ioannis nie widział, ale słyszał barwy, a głosy przyjaciół znał na pamięć, z każdym odcieniem i każdą plamką.
— Ignis — odezwał się łagodnie. — W twoim głosie od pewnego czasu jest coś, czego u ciebie nie słyszałem.
Ignis drgnął. Mógłby obrócić to w żart mówiąc, że widać przeziębienie go bierze i pewnie zrobiłby tak z kim innym, ale nie z Ioannisem.
— Pogadałem ostatnio z kimś — powiedział, wzruszając ramionami. — Zupełnie przypadkiem, w takiej małej galerii na obrzeżach. Dobra rozmowa, tylko trochę we mnie siedzi. — Uśmiechnął się. — Ale serio, nic się nie dzieje, żadnego rozpierdolu. Po prostu chcę z wami posiedzieć.
Ioannis milczał chwilę, obracając w myślach to, co usłyszał, a potem na jego twarzy pojawił się ten sam spokojny uśmiech, z którym zawsze przyjmował od Ignisa kubek herbaty.
— W takim razie chodźmy — powiedział. — Galerie bywają niebezpieczne. Coś o tym wiem.
Motor po nieprzespanej nocy nie był mądrym pomysłem, zresztą skoro mieli wyskoczyć gdzieś razem, to mieli wyskoczyć razem.
Knajpka wciśnięta między zakład szewski a sklep z używanymi płytami, z trzema stolikami w środku i czwartym wystawionym na chodnik, przy którym o tej porze nikt nie chciał siedzieć, właśnie się otwierała. Pachniało w niej kardamonem i goździkami, smażoną cebulą i świeżym pieczywem, a zza kontuaru wyjrzała starsza kobieta, która na widok Raama rozpromieniła się, jakby wrócił do niej dawno niewidziany syn. Ignis, zielonooki pod rekinią iluzją, wpasował się wraz z resztą ekipy między wolne stoliki, gdy Raam czynił honory wybierania ich dzisiejszego śniadania.
Kuchnia rozbrzmiała odgłosami krzątaniny, nad stolikiem uniosły się przypadkowe rozmowy, a potem pojawiły się zastępy talerzy i półmisków, w malowanych kubkach znalazł się aromatyczny czaj i jedzenie odsunęło wszystkie sprawy na dalszy plan.
Ignis rozsiadł się wygodniej, powiódł wzrokiem po tych pogniecionych, niewyspanych twarzach, po okruchach na obrusie i parującym dzbanku, i pomyślał, że właśnie tego mu było trzeba – jednego stolika w ciasnej knajpce i całej ekipy zebranej wokół.
— Opowiedz mi o tej galerii — odezwał się Ioannis, obejmując dłońmi ciepły kubek. — O samych obrazach. Rozmowę możesz zachować dla siebie.
Ignis uśmiechnął się, wdzięczny, że Ioannis jak zwykle wiedział, gdzie kończy się ciekawość, a zaczyna cudza sprawa.
— To nie były obrazy, tylko zdjęcia — powiedział i zaczął opowiadać o rosie na pajęczynie, parującej już w chwili, gdy ktoś ją fotografował, o zimnych ogniach w pomarszczonej dłoni i o amfiteatrze w zapuszczonym parku, z którego kolory odłaziły płatami. Opowiadał nieskładnie, gubił się w słowach i wracał do początku, ale Ioannis słuchał z głową przechyloną na bok, Ignis widział, jak te zdjęcia układają mu się pod powiekami w barwy, których on sam nie potrafiłby nazwać. — I wiesz co? Rozmawialiśmy o mono no aware, co ostatnio z tobą rozmawiałem, pamiętasz?
Ioannis skinął głową, roześmiał się cicho.
— I jak przyjęto mój skromny wkład w twoją erudycję?
— Ona miała na to lepszą odpowiedź niż ja — przyznał Ignis i wzruszył ramionami.
— Ona? — Raam podniósł głowę znad talerza.
— Właścicielka galerii. Albo ktoś, kto tam pracuje, nie wiem.
Raam otworzył usta, wyraźnie gotów pociągnąć temat, ale w tej samej chwili pod stolikiem coś stuknęło, Raam syknął i spojrzał z wyrzutem na Ioannisa, który z niewinną miną popijał czaj. Ignis parsknął śmiechem w kubek.
Rozeszli się koło południa, każdy w swoją stronę i każdy z pełnym brzuchem, a Ignis przespał resztę dnia jak nagrzany w słońcu kamień.
Kilka dni później zapowiadali deszcz, Norbert umówił ich w wytwórni w samym centrum, gdzie o tej porze nie dało się zaparkować nawet roweru, motor został więc pod domem, czekając na lepszą pogodę i bardziej sprzyjające warunki. Ignis połaskotał rekina jeszcze w przedpokoju i ruszył do metra, nucąc pod nosem. Kawałek, który przez tyle dni nie chciał się udać, był już nagrany na próbę, Norbert wysłuchał go w milczeniu, a potem nie powiedział ani słowa o terminach. Od tamtej pory Ignis chodził po świecie tak, jakby ktoś zapalił mu w piersi lampkę.
Metro o tej porze przypominało rzekę w czasie roztopów. Ludzie płynęli korytarzami gęstym, nieprzerwanym nurtem, z kubkami kawy w dłoniach i telefonami przy twarzach, spóźnieni albo bliscy spóźnienia, a pod niskim sufitem wisiał szum kroków, zapowiedzi z głośników, odległego stukotu ciężkich kół, gwizd wiatru wraz z wjeżdżającym na peron pociągiem, szary i jednolity jak zakłócenia w starym radiu. Ignis dał się nieść. W głowie wciąż dźwięczał mu nowy refren, ciepły i złoty, i nawet ścisk na schodach ruchomych nie był w stanie zepsuć mu humoru.
Gitarę usłyszał, zanim ją zobaczył. Przebijała się przez szum z trudem, raz po raz ginąc się w nim zupełnie, a kiedy wydostawała się na powierzchnię, brzmiała na odrobinę rozstrojoną. Ktoś przeskakiwał między akordami za szybko i nerwowo, jakby bał się, że nie zdąży, nim ochroniarz przyjdzie go wyrzucić. Dołączający głos brzmiał młodo i chropawo, w kilku miejscach się łamał, na wysokich dźwiękach potykał, lecz starał się, wcale nie zwalniał.
Chłopak siedział pod ścianą tam, gdzie korytarz rozszerzał się przed schodami, na rozkładanym taborecie turystycznym, takim, jaki zabiera się na ryby. Mógł mieć dwadzieścia lat, może trochę mniej. Gitarę miał czerwoną, z lakierem odrapanym na krawędziach do gołego drewna, a struny wyglądały na takie, które dawno temu powinny były trafić do kosza. Przed nim leżał otwarty futerał z garstką monet na dnie i kawałkiem kartonu, na którym ktoś wypisał flamastrem krzywe litery. Ludzie mijali go, nie zwalniając kroku. Kiedy ktoś zbliżał się do futerału, chłopak zaczynał grać głośniej i szybciej, jakby w ten sposób mógł złapać przechodnia za rękaw, a kiedy tamten szedł dalej, muzyka na moment przygasała, szarzała i kuliła się w sobie jak zmarznięty ptak.
Ignis znał ten ruch z własnej drogi.
Pamiętał róg ulicy, na którym stał z pustym żołądkiem, licząc w myślach, ile jeszcze piosenek musi zagrać, żeby starczyło na paczkę najtańszego makaronu, pamiętał dziurę w glanie, z tygodnia na tydzień coraz większą, i struny zmieniane dopiero wtedy, gdy któraś pękła mu pod palcami, bo na cały komplet po prostu nie miał pieniędzy. Najlepiej jednak pamiętał te dni, kiedy robił wszystko, jak należy – stroił się starannie, wybierał najlepsze kawałki, uśmiechał się do każdego, kto choćby zerknął w jego stronę – a i tak nikt się nie zatrzymywał. Grał wtedy coraz szybciej i coraz głośniej, z coraz większą desperacją, jakby wystarczyło uderzyć mocniej w struny, żeby świat wreszcie go usłyszał. Nie wystarczało. Słychać to było w każdym dźwięku, a ludzie omijali go, jakby był kałużą na chodniku. Jemu w końcu udało się dotrzeć tam, gdzie od zawsze miał utkwiony wzrok, lecz pamiętał, jak bardzo można stracić ducha, gdy cel przesłania gęsta mgła.
Nogi poniosły go same. Przeciął nurt ludzi, przepraszając na prawo i lewo, stanął z boku, tak żeby nie zasłaniać futerału, i po prostu słuchał, aż piosenka dobiegła końca. Potem wysypał do środka wszystkie drobne, jakie miał w kieszeni.
— Dobrze ci wychodzi to przejście w drugiej zwrotce — powiedział.
Chłopak podniósł na niego wzrok, trochę nieufny i bardzo zmęczony, jakby spodziewał się, że zaraz usłyszy, jakieś „ale”, albo że ma się stąd zabierać. Nic takiego nie nadeszło.
— Serio?
— Serio. Tylko za bardzo gonisz. Ludzie nie zatrzymają się bardziej przez to, że przyspieszysz. Raczej na odwrót.
— Łatwo powiedzieć — mruknął chłopak z rezygnacją, zerknął na garstkę monet w futerale. — Siedzę tu od szóstej.
— Wiem — odparł Ignis łagodnie. — Też kiedyś siedziałem.
Chłopak zmierzył go spojrzeniem od stóp do głów, od wytartej kurtki po nieogoloną od kilku dni twarz, i najwyraźniej uznał, że to akurat brzmi wiarygodnie.
— Mogę? — Ignis wskazał na gitarę. — Tylko na chwilę. Oddam w całości, słowo.
Chłopak zawahał się, przez moment ściskając gryf jak tę jedyną rzecz, której nie odda za żadne pieniądze. Ignis czekał cierpliwie z wyciągniętymi dłońmi i dopiero kiedy instrument w nie trafił, przyjął go ostrożnie, jak największy skarb. Wiedział, czym jest gitara dla kogoś, kto poza nią nie ma prawie nic. Chłopak został na swoim taborecie, za jego plecami, z rękami opuszczonymi bezradnie między kolanami. Przez myśl Ignisowi nie przeszło, co powiedziałby Norbert, gdyby ktoś zestawił zielonookiego faceta z metra z wokalistą Voxa i wyciągnął wnioski. Myślał wyłącznie o muzyce.
Zastanowił się chwilę, co zagrać, ale palce wybrały za niego – starą piosenkę z tamtych lat, napisaną kiedyś na rogu ulicy pomiędzy jednym głodnym dniem a drugim, której nigdy nie nagrali i której nikt w tym korytarzu nie mógł znać.
Pierwszy akord rozszedł się pod niskim sufitem i szary szum metra drgnął, jakby ktoś nieostrożnie potrącił obraz, na którym farba jeszcze nie zdążyła wyschnąć. Głos Ignis miał lekko zachrypnięty, jak zawsze o tej porze, ale pewny, i muzyk pozwolił mu płynąć bez pośpiechu, bez gonienia kogokolwiek, z pełnym przekonaniem, że kto ma się zatrzymać, ten się zatrzyma. Złoto rozlało się po korytarzu powoli, warstwa po warstwie, kładąc się na kafelkach, na tablicach z rozkładem jazdy, na ramionach przechodniów. Ignis widział ich teraz inaczej, nie jako nurt, tylko jako ludzi, każdego w jego własnej barwie – mężczyznę w garniturze, ciemnogranatowego od zmęczenia, dziewczynę ze słuchawką wyjętą z ucha, w której tliła się wypłowiała zieleń, starszą kobietę z siatką na zakupy, ciepłą i brązową jak dobrze wypieczony chleb – i każdemu oddawał po okruchu swego ciepła, tyle, ile chcieli od niego wziąć. Ktoś przystanął, ktoś inny wpadł na niego z tyłu i też przystanął, a potem korytarz zaczął gęstnieć, monety brzęknęły o dno futerału, nurt rozlewał się wokół nich jak rzeka wokół kamienia. Nie liczył ich, nie liczył czasu. Nie dbał o to. Gdzieś w połowie drugiej zwrotki korytarz rozpłynął się w złocie i Ignis znów miał te dwadzieścia parę lat, pusty brzuch i gitarę, i świat, który wreszcie się zatrzymał, żeby go posłuchać.
Kiedy ostatni akord przebrzmiał, brawa odbiły się od kafelków, a tłum zaczął powoli spływać z powrotem w swoje strony, Ignis jeszcze przez chwilę nie oddawał gitary. Przeleciał palcami po kilku przypadkowych akordach, sprawdził, jak instrument odpowiada przy samym mostku, a jak wyżej na gryfie, i roześmiał się cicho, bo mimo zdartych strun drewno miało w sobie ciepło, które tylko czekało, aż ktoś odsłoni je dla świata. Dopiero wtedy odwrócił się i ostrożnie oddał gitarę chłopakowi.
— Niezła jest — powiedział. — Dzięki, że mogłem przetestować. Dawno nie słyszałem tak czystego brzmienia w tak chujowych warunkach.
— Kurde, chłopie — chłopak patrzył na niego z miną, jakby właśnie objawiło mu się jakieś bóstwo. — W życiu nie osiągnąłem takiego efektu, jak ty teraz! Jesteś jakimś profesjonalistą czy co? To było OBŁĘDNE. Kurde, szkoda, że tego nie nagrałem…
Ignis otworzył usta, szukając odpowiedzi, która nie byłaby ani kłamstwem, ani całą prawdą, gdy poczuł na sobie czyjeś spojrzenie, takie, jakie dotąd zdarzyło mu się poczuć tylko raz. Odwrócił głowę.
Stała kilka kroków dalej, pod ścianą, w miejscu, z którego tłum zdążył już spłynąć – w czarnym płaszczu do kolan, z szarym szalem podciągniętym pod samą brodę i torbą z aparatem przewieszoną przez ramię. Spod eleganckiego płaszcza wystawały czerwone trampki, które pasowały do niego jak pięść do nosa, i z jakiegoś powodu właśnie ten jeden szczegół ucieszył go najbardziej. Od tamtego dnia w galerii próbował przypomnieć sobie jej twarz i nigdy nie udawało mu się to do końca, a teraz poznał ją od pierwszego spojrzenia.
Coś ciepłego rozlało mu się w piersi, złotego jak ich nowy refren, i Ignis uśmiechnął się do niej, zanim zdążył pomyśleć, czy wypada.
Chłopak wciąż na niego patrzył, czekając na odpowiedź, więc Ignis oderwał od niej wzrok, choć przyszło mu to z pewnym trudem.
— Trochę gram tu i tam — powiedział w końcu, co było najbliżej prawdy, na ile mógł sobie dziś pozwolić. Sięgnął do tylnej kieszeni po portfel, wyłuskał z niego banknot i wcisnął go chłopakowi w dłoń, zanim ten zdążył zaprotestować. — Na struny, ta gitara na nie zasługuje.
Chłopak zamrugał, spojrzał na banknot, potem na Ignisa, i otworzył usta, ale Ignis tylko klepnął go w ramię aż klasnęło, a potem odwrócił się i ruszył pod ścianę, nie zastanawiając się.
Nie uciekła mu. Stała tam, gdzie ją zobaczył, z dłonią zaciśniętą na pasku torby, i patrzyła, jak podchodzi, a Ignis zatrzymał się w takiej odległości, żeby nie musiała się cofać. Dopiero z bliska dostrzegł cienie pod oczami, których w galerii jeszcze nie było, przynajmniej nie tak wyraźne. Coś ścisnęło go na wysokości mostka, jak struna szarpnięta za mocno, ale nie dał tego po sobie poznać.
— Hej — powiedział, a potem, jako że swoich imion nie znali, dodał to, co miał pod ręką: — Galeria na obrzeżach. Zdjęcia o rzeczach, których już nie ma. — Uśmiechnął się szerzej, trochę zakłopotany. — Nie wiem, czy mnie pamiętasz.
Gdzieś w głębi tunelu zahuczał nadjeżdżający pociąg, podmuch przeleciał korytarzem i szarpnął za poły jej płaszcza. Norbert czekał na niego w wytwórni, a Ignis, chociaż wyszedł wcześniej, żeby się nie spóźnić, nagle zupełnie nie miał ochoty się spieszyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz