11 marca 2026

Od Kyanthosa do Nikasiosa

Jego serce zabiło mocniej, jakby uderzyło z całej siły o klatkę żeber, które je otaczały. Kyanthos wypuścił oddech zaraz po tym, jak przełknął potężny łyk alkoholu i odłożył szklankę na blat z utkwionym spojrzeniem w jeden punkt.
Zobaczył go tam. Prawdziwego. Żywego. Schodzącego po schodach, z nieco mokrą kurtką i wilgotnymi włosami od deszczu, które odgarnął do tyłu i rozejrzał się wokół siebie. A gdy tylko jego oczy padły w kierunku baru…
Kyanthos spuścił głowę i utkwił spojrzenie w szklance. Przez chwilę znalazł się w próżni. Żaden dźwięk, obraz czy ruch nie dochodził do jego otumanionego widokiem mózgu. Był on i obraz wchodzącego do baru Nikasiosa.
Kyanthos przetarł dłonią policzek, czując jak jego umysł zaczyna galopować we wszystkie strony. Podniósł spojrzenie, najostrożniej jak tylko mógł, bojąc się, że gdy tylko to zrobi, złote oczy będą utkwione prosto w nim.
Jednak mężczyzna, którego od tak dawna znał, usiadł już przy barze, bliżej środka i oparł się ciężko o blat. Kyanthos przyjrzał mu się, biorąc kolejny łyk alkoholu, który nie wywierał na nim już żadnego działania. Wręcz go nie czuł. Studiował spojrzeniem ten od wieków znajomy profil; złota grzywka, przysłaniająca twarz niczym zwiewna zasłona; nieco zakrzywiony nos, który sprawiał, że wyglądał jeszcze bardziej majestatycznie; zarysowana szczęka, schodząca twardą linią w dół do gardła; długie rzęsy okalające te jakże smutne oczy…
Kyanthos zdał sobie sprawę, że Nikasios, promień słońca dla jego zasłoniętego chmurami nieba, jest smutny. Znał go tak dobrze, że widział teraz w obliczu drugiego mężczyzny przygnębienie. Coś, co ciążyło na jego barkach znacznie mocniej, niż zwykłe, smutne, piątkowo-wieczorne siedzenie Kyanthosa w barze, popijającego alkohol, za którym nawet niespecjalnie przepadał. Jego serce rwało się do przodu. Tak bardzo chciałby podejść, przytulić go, objąć swoimi ramionami i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Sprawić, aby te smutne oczy zabłyszczały ponownie, ale nie mógł tego zrobić.
Wstał z krzesełka i nie bacząc na przechodzących ludzi, ruszył w kierunku łazienki. Minął ze spuszczoną głową drzwi i oparł się o umywalkę. Za jego plecami otworzyła się kabina, a wychodzący mężczyzna przemył ręce i popatrzył na niego poprzez lustro.
Kyanthos wpatrywał się w swoje odbicie i walczył ze sobą. To nigdy nie było spodziewane. Mógł tyle razy wyobrażać sobie, jak ich ponowne spotkanie może wyglądać. Co powiedzieć? Jak sam Nikasios zareaguje? Nigdy nie było tak, jak sobie to wyimaginował. Owszem, tęsknił za nim jak cholera. Tęsknił za nim tak, że żadne słowa nie były odpowiednie, aby to opisać. Każda chwila bez niego była bolesna, ale jeszcze bardziej bolesne było patrzenie na ukochanego mężczyznę wiedząc, że ma zaledwie skrawek życia, kiedy ich oczy mogą się ponownie spotkać.
Kyanthos odkręcił wodę w umywalce i przemył nią twarz. Zamknął kranik i ponownie spojrzał w lustro, obserwując spływające po jego twarzy kropelki wody. Nie mógł wiedzieć, jak potoczy się kolejne spotkanie, ale wiedział, że tym razem jest zbyt słaby, aby trzymać się z daleka. Musiał z nim porozmawiać. Musiał bez obaw spojrzeć w te opływające złotem oczy i choć nie zobaczy w nich rozpoznania, to chciał, aby się do niego uśmiechnęły.
Wyszedł z łazienki, poprawiając rękawy koszuli i jej kołnierzyk, który wydał mu się teraz strasznie ciasny. Przemknął korytarzem między toaletami, a główną salą, wywiercając dziurę w miejscu, gdzie Nikasios dalej siedział przy barze, wpatrzony w podświetlane półki pełne butelek różnych alkoholi. Kyanthos przez całą, krótką drogę zastanawiał się, jak nie wyglądać na zbyt nachalnego. Jakby po raz pierwszy mieli rozmawiać. Zachowywał się, jakby totalnie nie wiedział, jak do tego podejść. Nie chciał też być oszustem. Czuł się za każdym razem nieco winny, że on posiadał wspomnienia ze wszystkich żyć, które Nikasios prowadził, natomiast ten Nika zobaczy go po raz pierwszy.
Nie, nie ten Nika. To był ten sam Nikasios. Od samego początku. A on jest po prostu zestresowany zrobieniem dobrego… no cóż, kolejnego wrażenia.
To wcale mu nie pomagało.
Wypuścił powietrze i przystanął obok Nikasiosa.
– Podobno podają tutaj naprawdę dobre drinki.
Mężczyzna obejrzał się przez ramię i podniósł oczy na Kyanthosa, który subtelnie się uśmiechnął. Nie tylko dlatego, aby wyglądać jak najbardziej normalnie, ale naprawdę widok znajomych oczu wywołał w nim ten odruch.
– Słyszałem, że szczególnie dobry jest Sex on the beach.
– Słyszałeś?
Wibracje w głosie Nikasiosa sprawiły, że Kyanthos poczuł jak włoski na jego ciele stają dęba, ale poruszył tylko naprawdę delikatnie rękami i spojrzał na półkę z alkoholami, a potem skinął głową.
– Osobiście jeszcze nie próbowałem, ale moja przyjaciółka mówiła, że naprawdę jest świetny.
Nikasios zmierzył go spojrzeniem i przez chwilę Kyanthos wstrzymał oddech, jakby zapadał nad nim konkretny wyrok, choć nie pokazywał po sobie tego wewnętrznego zdenerwowania, które się w nim zrodziło i plątało. Nika odwrócił się z powrotem przodem do baru i spojrzał w tym samym kierunku co Kyanthos, który w tym samym momencie przesunął spojrzenie na jego plecy. Przez chwilę milczeli, a potem Nikasios poruszył się na krzesełku, a jego ramiona uniosły się w oddechu.
– Skoro tak twierdzi… spróbuję.
Kyanthos spuścił spojrzenie, a jego serce opadło. Rozumiał, że to nie było ta chwila i nie zamierzał się akurat w tym przypadku sprzeczać z losem, ale gdy tylko miał się odwrócić i sobie pójść, Nikasios popatrzył na niego ponownie.
– Też chcesz spróbować?
To jeszcze nie był uśmiech, ale Kyanthos zauważył, że spojrzenie Nikasiosa złagodniało. Nieco rozchmurzyło się, kiedy dostał w odpowiedzi skinienie głową i Kyanthos usiadł na krzesełku obok, opierając się o blat w podobny sposób, co jego współtowarzysz. Przywołał barmana uniesieniem dłoni i zamówił dwa drinki na swój koszt.
– Właściwie to chciałem zacząć rozmowę jakimś tekstem z rodzaju "czy często tu wpadasz", ale wydawał się zbyt oklepany – zażartował Kyanthos, chcąc nieco rozluźnić atmosferę i być może uspokoić swoje własne głupie serce.
Nikasios zachichotał krótko i pod nosem, podchwytując żart.
– Słyszałem w życiu gorsze podrywy.
W oczach Kyanthosa przemknął cień, kiedy natrętna myśl pojawiła się w jego głowie, ale natychmiast zbył ją uśmiechem. Takie myśli były nie na miejscu, tym bardziej wobec tej konkretnej sytuacji.
– Aczkolwiek nie powiem, nie widziałem ciebie tu jeszcze nigdy.
Nikasios przesunął palcem po drewnianym blacie, jakby jego myśli odpłynęły nieco dalej, ale zaraz szybko powrócił i pokiwał głową.
– Potrzebowałem się zrelaksować. – mruknął pod nosem.
Kyanthos doskonale znał ten ton, który ukrywał prawdziwe powody obecności Nikasiosa w tym miejscu, ale milczał, dając mu kontynuować, nie chcąc przerywać w obawie, że gdyby tylko się odezwał, Nika mógłby nie być tak chętny do wyrzucenia z siebie słów.
– Ciężki dzień w pracy – ich spojrzenia ponownie się złączyły i Kyanthos pokiwał ze zrozumieniem głową. – A ty?
– Mój również. Czekałem na przyjaciółkę, zresztą tę samą, która poleciła mi zamówione drinki, ale wypadło jej coś pilnego, więc postanowiłem spędzić czas sam ze sobą. Tylko ja i szklanka niedobrej whisky.
Barman podszedł od drugiej strony blatu i przysunął zrobione drinki, a Kyanthos podziękował mu skinieniem głowy.
– Więc oboje mieliśmy ciężki dzień – ciche westchnięcie wypłynęło z ust Nikasiosa, który podniósł drinka i przysunął go do dłoni Kyanthosa. – W takim razie za ciężkie dni.
Kyanthos objął palcami swoją szklankę, zbliżając ją do tej, którą obejmowała dłoń drugiego mężczyzny i stuknął delikatnie o siebie szkła.
– I za nowe spotkania.
Uniósł kąciki ust w delikatnym uśmiechu, śledząc uważnie, jak oczy Nikasiosa podnoszą się znad złączonych szklanek w powietrzu, a ich spojrzenia się krzyżują. Odwzajemniony uśmiech w odpowiedzi sprawił, że w oczach Kyanthosa pojawił się utracony błysk. Światełko czystsze od promieni Heliosa. Coś w jego piersi się poruszyło na nowo, rozbłysło barwami Iris i osiadło wysoko, wolne.
Cykl się rozpoczął.
Alkohol spłynął w dół, przyjemnie paląc gardło i przełyk. Kyanthos powinien poczuć wszystko, oprócz szczęścia, a jednak cała reszta została przyćmiona, kiedy po raz kolejny uśmiechnął się do Nikasiosa, który tym razem cicho parsknął pod nosem. I to była najcenniejsza chwila w życiu Kyanthosa, bo właśnie takie momenty kolekcjonował w swojej wieczności. Chciałby posiadać pamięć tylko i wyłącznie nich. Nauczył się jednak, że jest to ulotne, więc w chęci utrzymania tego dłużej i rozpoczęcia swojego przeklętego karą losu, zaczęli rozmawiać, pozostawiając za sobą wszystkie trapiące rzeczy, niczym dwie zagubione dusze, które odnalazły się na nowo.
Nie liczył, ile razem wypili. Kyanthos siedząc oparty z ramieniem na blacie słuchał płynącego głosu Nikasiosa, niczym pieśni nadwornego aojdy i zdał sobie sprawę, jak bardzo za tym tęsknił. Za tymi cichymi parsknięciami rozbawienia, ukrytymi pod gęstymi kosmykami włosów i za rzęsami okalającymi oczy, które opadały na szkło, a potem wznosiły się z powrotem na Kyanthosa, który przy każdym kolejnym spojrzeniu uśmiechał się ciepło, odpędzając natrętne myśli, że zachowuje się jak jakiś dziwak. Od dawna nie spędził czasu na takiej zwykłej, żywej rozmowie z kimś, kto nie był Kassandrą, chociaż oczywistym było to, że z Nikasiosem mógłby rozmawiać nieustannie. Nawet jeśli to miało się skończyć…
Nikasios dopił swojego drinka do końca i odłożył szklankę na blat, podczas gdy Kyanthos rysował palcem po szkle, słuchając opowieści i zagłębiając się w myślach, które przez cały czas krążyły wokół osoby, która siedzi obok niego. Odwrócił się na krzesełku, opierając plecy o blat i rozejrzał się po barze w czasie, gdy Nikasios dalej opowiadał.
– … dlatego właśnie nigdy niezbyt chciało mi się chodzić do barów. Szczególnie tak późno.
Kyanthos uśmiechnął się pod nosem. Uśmiechał się zdecydowanie częściej, niż zwykle. Jakby nie miał nad tym kontroli. Jego własne ciało zdradzało go. Nie mógł oprzeć się przed tym. Za każdym razem obracając głowę i wtapiając spojrzenie w Nikasiosa, którego twarz z każdą mijającą chwilą się rozpogadzała. Wiedział, że nie powinien przyznawać zasług sobie samemu, ale jeśli przyczyniał się do tego, wystarczyło mu zupełnie.
– Mnie za to tutaj chyba już traktują jak stały mebel, jeśli to jest coś, czym mogę się pochwalić… – westchnął Kyanthos i nie chcąc zabrzmieć dziwnie, dodał szybko – Lub nie, nie myśl, że jestem jakimś alkoholikiem czy coś…
– Skądże znowu. Wcale tak nie pomyślałem – drugi mężczyzna uśmiechnął się z dozą złośliwości. – Może tylko przeszło mi przez myśl.
– Przysięgam, aż tak często tutaj nie bywam – Kyanthos położył rękę na piersi. – Chociaż ostatnio graliśmy z ekipą w bilard. Mają na dole stoły.
Poczuł, jak Nikasios wpatruje się w niego, więc odwrócił się i odwzajemnił spojrzenie.
– Chętny na rundę?
Nikasios zamrugał, przez chwilę się nie odzywając, a potem spuścił oczy. Uśmiech na twarzy Kyanthosa się poszerzył, kiedy usiadł przodem do niego i nieco nachylił się, wciągając zapach pomarańczy i goździków, na co ten podniósł wymownie brew w niemym pytaniu.
– Nie wiem, czy umiem.
– Mogę cię nauczyć – Kyanthos musnął palcami opartą o blat dłoń Nikasiosa, który przez chwilę wpatrywał się w miejsce, gdzie ich skóra się spotkała.
Kyanthos widział ten przecinający, rozbawiony uśmiech na twarzy Nikasiosa, która była ukryta pod osłoną złotych włosów, co oznaczało tyle, że naprawdę go przekonał, chociaż doskonale wiedział, że Nikasios od niepamiętnych czasów nie lubił okazywać, że pozwolił komuś wygrać. Uparty i nieustępliwy od zawsze. Ach, oczy Kyanthosa coraz częściej padały na miękkie i nieco wilgotne wargi drugiego mężczyzny. Być może nie powinien pozwalać swojemu obecnemu wcieleniu upijać się tak szybko, ale od zawsze zazdrościł śmiertelnikom tej możliwości. Tego patrzenia na świat w rozmazanych, intensywnych barwach. Umiejętności słyszenia szumu alkoholu w głowie, który odcinał od natrętnych myśli, a pozostawiał jedynie te, które w jego głowie szalały z nową siłą.
Spojrzał na zegar, który wisiał na ścianie, nieco z boku od baru. Chronos naprawdę nieubłaganie popędzał czas w przód, bo wieczór zapadł już na dobre, a Kyanthos nawet nie poczuł tych przemijających minut, które przeznaczył na rozmowę z Nikasiosem.
Poza tym… wcale nie zamierzał się przejmować upływającym czasem.
Wrócił spojrzeniem na Nikę, który przyglądał mu się badawczo, jakby sam intensywnie próbował zadecydować, czy dać się przekonać. Kyanthos sięgnął po resztkę swojego drinka, dopijając go za jednym razem i odkładając szklankę z powrotem na blat, tuż obok tej, która należała do jego towarzysza. Ponownie spojrzał na Nikasiosa i oblizał wargi.
Nikasios tym razem nie ukrył twarzy za wachlarzem złocistych włosów. Uśmiechnął się z dozą rozbawienia, a Kyanthos w tym czasem wstał, zostawiając na blacie pieniądze z napiwkiem, kiwając głową do barmana i stanął nieco za Niką. Nachylił się do przodu, zatrzymując usta za uchem drugiego mężczyzny. Czuł, jak ciepło jego ciała uderza w rozgrzaną od alkoholu i panującego w barze delikatnego zaduchu pierś.
– To jak? – mruknął niskim głosem – Chętny na naukę?
Nikasios postukał palcami w blat, po czym obrócił się na krzesełku również i spojrzał w górę na Kyanthosa, który stał nad nim, nonszalancko czekając z uśmiechem na odpowiedź. Spojrzenie złotych oczu przesuwało się po nim z dołu w górę, na tyle intensywnie, że Kyanthos niemal miał przed oczami moment z dalekiej przeszłości, gdy to samo spojrzenie, tak samo gorące niczym południowe słońce nad krainą, wbijało się w niego z zaintrygowanym wyrazem. Oceniało, czy jest godzien. I Kyanthos poczuł ponownie tę boską dumę, żyjącą w nim od samych narodzin, kiedy zobaczył akceptację. Ten moment podjęcia decyzji.
Nikasios podniósł się i stanął tuż przed nim. Zrównali się niemal ze sobą i Kyanthos parsknął rozbawiony.
– Aż tak zdziwiony? – spytał Nika.
– Skądże znowu – zaprzeczył Kyanthos. – Po prostu nie sądziłem, że będą nas dzielić, hm, trzy centymetry różnicy?
Nikasios parsknął.
– Chełp się póki możesz – przewrócił oczami i wyciągnął dłoń do przodu, na którą Kyanthos opuścił spojrzenie. – Nikasios Karras.
Kyanthos wsunął palce w ciepłą dłoń Nikasiosa i uśmiechnął się do niego jednym ze swoich najlepszych uśmiechów, jakie miał.
– Kyanthos Hypnides – przyciągnął go do siebie nieco, czując opór mięśni, które zesztywniały, gdy Nika poczuł napór. – Nikasios – szepnął do niego, widząc jak wargi tego drugiego poruszają się w chęci wypuszczenia jakichś słów, ale ostatecznie Kyanthos poczuł tylko ciepły oddech, który musnął jego policzek. – Νικάσιος… – mruknął cicho pod nosem, ale na tyle słyszalnie, żeby Nikasios przechylił głowę z zaciekawieniem, wyglądając przez chwilę, jakby próbował usłyszeć jeszcze raz to, co Kyanthos mruczał pod nosem. – Νικάσιος Καρράς… – powtórzył ponownie w języku, który był im tak znajomy, ale tylko Kyanthos pamiętał go na tyle dobrze, żeby posługiwać się nim w sposób słodki i na tyle przekonujący, aby Nikasios popatrzył na niego z błyskiem w oku, który Kyanthosowi powiedział, że trafił w idealny punkt. – Ładne imię.
Ukrył starannie fakt tego, że nazwisko mężczyzny uderzyło w niego świadomością znacznie cięższą, niż się spodziewał. Oczywiście, że los musiał im sprawić taką niespodziankę. Oczywiście, że znęcał się nad Nikasiosem nieustępliwie, a Kyanthos nie mógł zrobić z tym absolutnie nic, bo musiał milczeć.
– Idziemy? – uśmiechnął się, widząc jak delikatny rumieniec, od alkoholu czy też nie, rozkwita na policzkach Nikasiosa, który wyrwany z własnych myśli skinął głową i ruszył za nim.
Zeszli po schodach, do pomieszczenia nieco bardziej rozjaśnionego przez lampy, niż górna, główna sala. Kyanthos naprawdę niezbyt często przebywał w takich miejscach. Jeśli już, to gdy szedł do baru, jednak skupiał się na tym, aby dostarczyć ciału dodatkową dawkę alkoholu, nikłą przyjemność, wmawiając Kassandrze, że to tylko forma odprężenia, gdy tylko posyłała mu podejrzliwe spojrzenie z ukrytym zatroskaniem. Na początku tego nie doceniał. Jego boska duma wręcz kipiała z oburzenia. Z czasem zaczął to przyjmować jako coś pozytywnego. Może też dlatego, że Kassandra dosyć dosadnie wyjaśniła mu, że nie zamierza mu matkować, ale nie będzie się z nim też cackać.
W pokoju bilardowym nie było tłumów, ale dla Kyanthosa to nawet lepiej. Mniej niepotrzebnie przeszkadzających śmiertelników. Sam w sobie nie odczuwał skrępowania i z pewnością zawdzięczał to świadomości bycia tym, kim był. Wolny stół bilardowy stojący w rogu był kuszący. Zajęli go, a Kyanthos w trakcie układania wszystkiego nieustannie opowiadał o tym, jak sam uczył się tego. Pominął oczywiście zbędną kwestię tego, że było to jakieś sto lub dwieście lat temu.
Nikasios wcale sobie źle nie radził, chociaż może to Kyanthos miał zaburzone spojrzenie, bo nie mógł oderwać od niego oczu. Niezależnie od tego, czy drugi mężczyzna przyłapywał go na spoglądaniu, czy uśmiechał się zadowolony sam do siebie, czekając na jakiś komentarz, Kyanthos zawsze patrzył. Zapamiętywał każdy szczegół. Każdy ruch dłoni, każdy oddech, napięcie mięśni i przygryzał delikatnie policzek od środka, kiedy koszula Nikasiosa odginała się nieco za bardzo, kiedy się pochylał, a spodnie na nogach zbyt mocno się opinały… Kyanthos podwinął rękawy i powiedział sobie w myślach, że musi się opanować, bo inaczej padnie z jego ust propozycja, którą mogliby uznać wspólnie za zbyt odważną.
Alkohol jednak wchodził za dobrze, a gra była przyjemną rozrywką z rozmową w tle. Te wszystkie delikatne dotknięcia, otarcia w miejscach, które wysyłały zdecydowanie za dużo endorfin do krwi Kyanthosa… W pewnym momencie po prostu głos uwiązł mu w gardle. Być może to było powodowane tym wypitym alkoholem, a być może nie spodziewał się takiej otwartości, bo gdy Nikasios oparł się o ścianę i poluzował kołnierzyk koszuli, Kyanthos przełknął głośno zbierające w nim emocje.
Nie miał bladego pojęcia co obecnie nim powodowało. Jakie demony go opętały, a na pewno musiały być to istoty z głębin Tartaru, bo nigdy w życiu nie pomyślałby, że pozwoli ponieść się tak potężnym emocjom. Przy każdym ich początku, każdym spotkaniu, starał się postąpić inaczej. Zagiąć los. Znaleźć rozwiązanie. Wiedział, że w końcu mu się uda, pomimo tak wielu poniesionych porażek. W pewnym momencie swojego istnienia przestał planować, a zdecydował się na improwizację. Jego serce i tak stanowczo pędziło ku Nikasiosowi niezależnie od sytuacji, ale nie pomyślał, że to wszystko może potoczyć się tak szybko.
On przyciskający swoim ciałem Nikasiosa do ściany w podłużnym korytarzu, oświetlonym tylko miernymi jarzeniówkami. W tle dźwięki rozmów i niezbyt natarczywej muzyki oraz ich własne oddechy. Ciała splecione razem. Jego dłoń oparta na biodrze, przez którą czuł bijące ciepło spod czarnej koszuli. Uśmiech, który rozciągał się na twarzy Nikasiosa, zarumienionej od alkoholu i całej tej sytuacji. Lśniące oczy, które wodziły po ustach Kyanthosa, mającego zaledwie ostatnie chwile do tego, żeby przywołać głos rozsądku.
Znał ten wyraz twarzy. Znał tę postawę. Wiedział, na co czeka Nikasios, a i tak z szacunku do niego oraz faktu, że znajduje się na uprzywilejowanej pozycji z pamięcią pełną podobnych chwil, przełknął powoli i musnął palcami drugiej dłoni jego policzek.
– Chcę cię pocałować.
Nikasios podniósł oczy i rozchylił wargi. To mogło zabić Kaynthosa. Sam widok wilgotnych ust, które tak łapczywie chciał posmakować, ale wzbraniał się, bo miał wrażenie, że postawiono go na minie - jeśli zrobi krok w przód, wszystko zniknie.
Poczuł, jak palce owijają się wokół jego koszuli i przyciągają go bliżej. Był zmuszony zrobić jeszcze jeden, drobny kroczek do przodu i poczuł, jak jego ciało napiera na opartego o ścianę drugiego mężczyznę, którego oddech odbija się od skóry. Rozpala ją niczym żelazo. Tak samo, jak pragnienie budujące się iskrą w podbrzuszu Kyanthosa.
– Więc… zrób to.
To był zaledwie szept. Jego usta dopasowały się do ust Nikasiosa. Miękkie i ciepłe, znajome po tylu latach. To była psychiczna przyjemność. Fizyczne odruchy ciała były zupełnie normalne, ale ten pocałunek znaczył dla Kyanthosa znacznie więcej, niż tylko zwykłe pocałowanie nieznajomego w barze. Poczuł, jak ulga zalewa jego umysł. Jak zalegająca tam tęsknota uwalnia się i rozpływa.
Nie spodziewał się niczego więcej. A potem poczuł, jak Nika pogłębia pocałunek. Ociera się o niego, a Kyanthos całkowicie zgodnie pozwala wślizgnąć się językowi do środka i poczuć przyjemne muśnięcia. Zjechał dłonią w dół. Usłyszał mruknięcie, które dochodziło prosto z głębin klatki piersiowej tego drugiego i zaczął drażniąco odginać pasek spodni. Zjechał ustami, przylegając nimi do szyi Nikasiosa, który zgodnie podniósł głowę i odchylił biodra w przód.
Wyciągając koszulę ze spodni, myślał również o tym, czy nie posuwa się zbytnio do przodu. Pomimo zebranego między nimi, wyraźnie wyczuwalnego napięcia, dalej zwracał uwagę na każdy szczegół, każdą reakcję, którą Nikasios go obdarowywał. Dreszcz przebiegł wzdłuż jego ręki, kiedy chłodne palce dotknęły rozgrzanej skóry bioder. Ta ciepła, miodowa skóra, o której śnił w swoim śmiertelnym ciele…
Chciałby się w nią wgryźć. Posmakować każdy jej fragment. Zaznaczyć swoją obecność.
Cały świat wokół nich zniknął. Dla Kyanthosa pozostali sami. Jedyni. Ciało przy ciele. Oddechy i wydechy przeplatane z pojedynczymi westchnięciami i czymś w rodzaju pojawiającej się desperacji w ich ruchach.
A mimo to Kyanthosem szarpały wątpliwości. Chyba faktycznie życie pomiędzy śmiertelnikami na niego oddziaływało tak, jak mówił jego ojciec. Wcześniej nie zastanawiałby się nad tym. Brałby wszystko, co dawała mu chwila. Pożądał i posiadał. Boska zachłanność nie znała granic, jeśli uznał coś za swoje. Teraz jednak trzymał najcenniejszą osobę w swoim życiu, jakby była z porcelany. Delikatna, krucha, rozpadająca się mu w palcach. Gdyby ścisnął za mocno, złamałaby się, jak świeża, zielona gałązka.
Strach momentalnie ścisnął jego pierś. Odsunął usta i spuścił głowę. Niewidocznie przygryzł wargę, kiedy grzywka jasnych włosów opadła w dół na jego twarz. Dalej bał się słabości. Dalej bał się straty. Wiedział, że psuje być może atmosferę, bo mógłby po prostu zapytać, ale był dla Nikasiosa obcym człowiekiem. Gdyby na następny dzień się obudził i go nie zobaczył, jego serce ponownie zaczęłoby krwawić. W pełni na to zasługiwał.
– Wszystko w porządku? – zmartwiony głos Nikasiosa sprawił, że podniósł oczy i napotkał uważne spojrzenie drugiego mężczyzny, które analizowało jego twarz.
Widział kątem oka zdenerwowany ruch ogona, który zapewne chciał być bardzo ukryty, ale nie zawsze chęć opanowania szła w parze z umysłem. Kyanthos pluł sobie w twarz za to niezdecydowanie. Poczuł jak ciepłe palce wślizgują się między jego grzywkę i suną po policzku, podnosząc jego twarz w górę. Ten dotyk był dla niego wszystkim. Każdym wspomnieniem.
– Jeśli nie chcesz…
– Nie – wyrwało mu się. – To znaczy… chcę, bardzo, ale… powinienem zapytać, czy ty również tego chcesz.
Nikasios uśmiechnął się i przesunął dłoń na jego kark, przyciągając ciało Kyanthosa bliżej. Ten natomiast poczuł jak ciepły i miły w dotyku ogon owija się wokół jego nogi, lecz nie odważył się ruszyć.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo. Brakowało mi tego – Nikasios wyszeptał prosto w usta Kyanthosa, a jego długie rzęsy opadły na policzki. – Sam sprawdź.
Kyanthos przełknął zbierającą się w ustach ślinę, oblizał wargi i pochylił się delikatnie, aby ująć między nie oczekujące usta Nikasiosa. Zacisnął palce na jego biodrze, muskając kciukiem nagą skórę pod niedbale wyjętą ze spodni koszulą, a potem zjechał dłonią w dół. Poczuł palcami tę naciskającą wypukłość w spodniach, tak sztywną, że zakończył pocałunek i spojrzał w dół. Zacisnął dłoń, a wtedy z ust Nikasiosa wydobył się cudowny, zdławiony dźwięk. Poruszył delikatnie biodrami w przód w poszukiwaniu mocniejszego dotyku, ale zaraz potem cofnął się, wciskając plecy w zimną ścianę. Kyanthos natychmiast był tak blisko niego jak tylko mógł, lecz tym razem z zadowolonym uśmiechem i rozbudzoną fascynacją w oczach. Sięgnął drugą ręką po owinięty wokół własnej nogi ogon, zakręcił go wokół swojej dłoni, delikatnie sunąc palcami wzdłuż, wciskając rękę między nogi Nikasiosa, który odchylił głowę i oparł ją o ścianę. Każdy intensywny oddech, który wypuszczał spomiędzy ust był muzyką dla Kyanthosa, który sam czuł, jak jego własne pobudzenie zaczyna również być nieprzyjemnie uwięzione w spodniach.
– Nika…
Zapomniał nawet, żeby nie używać zbyt szybko tego zdrobnienia, ale w tamtej chwili nie liczyło się nic, poza ich dwójką. Poza Nikasiosem, który wyglądał tak cholernie seksownie, że chemia w mózgu Kyanthosa się zmieniła, kiedy na niego patrzył. Te rozchylone, wilgotne wargi, przymknięte oczy, spięte ciało, palce, które zaciskały się na ramieniu Kyanthosa mocniej, niż powinny…
– Możemy pojechać do mojego mieszkania.
To miała być propozycja, ale wszystkie myśli, które wówczas bóg snów miał w głowie zniknęły, więc zabrzmiało to niekoniecznie tak dobrze, jakby chciał. Mimo to, gdy zobaczył jak oczy Nikasiosa otwierają się szerzej i przez chwilę wpatrują się z pijaną chęcią poczucia jeszcze większej przyjemności, Kyanthos nabrał nadziei, która nigdy nie powinna się pojawić.
Będzie przez to cierpiał. Nie teraz, lecz w niedalekiej przyszłości. Bedzie krzyczał, płakał, wyklinał, próbował pogodzić się z nieprzerwaną stratą. Na nowo. I na nowo. Jednak cierpienie było nierozłącznym elementem jego boskiej egzystencji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz