Buteleczka rozprysła się, a cisza, która po tym zapadła, przypomnała ciszę rozciągniętą nad pobojowiskiem, gdy kurz dopiero opadał, a serce nie wierzyło jeszcze, że to już koniec.
Isidoro nie cofnął dłoni. Trzymał ją tam, gdzie odnalazły ją palce Eliasa, splecione zbyt mocno, kurczowo, jak dłoń tonącego zaciskająca się na jedynej linie. Znajome ciepło sączyło się między nimi leniwie, niepewnie, jakby samo nie dowierzało, że wolno mu wrócić. Isidoro pozwolił mu płynąć. Nie odezwał się słowem wyrzutu, nie znalazł w sobie żadnego, gdy była tam jedynie ulga tak przejmująca, że graniczyła z bólem, i strach, który dopiero teraz, gdy minęło niebezpieczeństwo, ośmielił się podnieść głowę.
— Już wróciłeś — wyszeptał w końcu.
Elias nie potrafił na niego spojrzeć. Wzrok, jeszcze przed chwilą mętny i obcy, teraz przejrzał na wylot, lecz to, co w nim ujrzał, zdawało się gorsze od zamroczenia. Wpatrywał się w rozciętą wargę byłego ucznia, w cienką strużkę krwi, którą sam wywołał, i coś w jego spojrzeniu zdawało się kruszyć.
— Spójrz, co ci zrobiłem — powiedział cicho.
— Spójrz, co ci robili — odparł Isidoro i uniósł dłoń do jego policzka, wilgotnego jeszcze od łez. — To nie byłeś ty, Eliasie. To było to, czym cię zatruli. Powoli, kropla po kropli, aż przestałeś rozpoznawać własne odbicie.
Elias przeniósł wzrok na podłogę. Wśród okruchów szkła leżały rozsypane tabletki, migocząc niewinnie tym samym kryształowym blaskiem, który obiecywał sen bez koszmarów. Patrzył na nie, a Isidoro czuł, jak w sercu Mistrza toczy się bezgłośna, zażarta walka – jak część niego, ta struta, wciąż wyciąga rękę po ostatnią dawkę, po jeszcze jedną noc bez koszmarów.
— Mogłem go uratować — powiedział cicho Elias, lecz te słowa nie należały już do majaków. Były trzeźwe, świadome. — Przez tyle lat wmawiałem sobie, że pogodziłem się z jego śmiercią. A ona po prostu czekała, aż ktoś poda mi coś, co pozwoli o niej zapomnieć.
— Nie zapomnieć, przestać czuć. — Isidoro delikatnie ścisnął jego dłoń. — To nie to samo, choć ona chce, byś wierzył, że tak.
Odsunął się w końcu, ostrożnie, i podniósł z podłogi. Warga pulsowała tępym, gorącym rytmem, na języku czuł smak żelaza, lecz Isidoro podszedł do tego jak do zadania, które trzeba wykonać. Przeszedł do łazienki, zmoczył róg czystego ręcznika i przyłożył go do rozcięcia, jakby chodziło o zadrapanie zdobyte podczas treningu, a nie o ranę zadaną przez dłoń Mistrza. Nie było w tym geście żalu – jedynie dawna, wyuczona skłonność, by nie robić wokół siebie zamieszania, by ból ukryć, nim zdąży zaciążyć komukolwiek innemu.
Nie zdążył jednak przyłożyć chłodnego materiału po raz drugi, gdy poczuł na nadgarstku dłoń Eliasa. Tę samą, która jeszcze przed chwilą zaciskała się na nim z obłędną siłą – teraz delikatną, niepewną, prawie lękliwą.
— Pokaż mi się — powiedział Mistrz cicho.
— To tylko draśnięcie, nic wielkiego.
— Możliwe i wiem, że sobie poradzisz. — Elias odebrał mu ściereczkę, a w jego głosie zabrzmiał cień dawnej, szorstkiej czułości. — Ale tym razem pozwól, bym ci pomógł.
Isidoro nie protestował dłużej. Pozwolił się zaprowadzić do drugiego pokoju, usiadł na krawędzi kanapy, a Elias przysunął się bliżej, ujął jego twarz w dłoń, przechylił lekko ku światłu. Palce, znane z niezliczonych sparingów i porannych medytacji, poruszały się teraz z uwagą, na jaką rzadko sobie pozwalał – wycierał krew powoli, ostrożnie, jakby każde otarcie było rodzajem odkupienia, jakby przez tę drobną, zwyczajną troskę mógł cofnąć to, czego cofnąć się nie dało. Isidoro trwał w milczeniu. Wiedział, że Mistrz nie robił tego dla wargi, krwi i rozcięcia. Robił to dla siebie, a Isidoro pozwolił mu na to, bo miłość czasem polega na tym, by przyjąć czyjąś potrzebę naprawienia świata jedną małą rzeczą naraz.
— Już? — spytał łagodnie, gdy Elias w końcu znieruchomiał, wpatrzony w zagojone już niemal rozcięcie.
— Tak. — Mistrz odsunął dłoń, lecz nie od razu. — Wybacz mi.
— Nie ma czego. — Isidoro nakrył jego rękę swoją. — Nigdy nie było.
Coś w Eliasie stwardniało – nie chłodem, lecz postanowieniem. Isidoro widział, jak żal i wstyd, zamiast go złamać, zbierają się w jedno, tężeją, przybierają kształt czegoś twardszego od diamentu. Mistrz podniósł wzrok na rozsypane wśród szkła tabletki, migoczące wciąż tym samym niewinnym, kryształowym blaskiem, i spojrzał na nie jak na coś, co nie miało już nad nim żadnej władzy.
— Ona odbiera to ludziom — powiedział, a w jego głosie nie było już drżenia, tylko chłodna, wypolerowana stal. — Ich ból, gniew, ich miłość. Wszystko, co czyni z nich to, czym są. Podaje im to, co mnie, tyle że oni nie mają nikogo, kto wytrąciłby im fiolkę z ręki.
Zamilkł, a potem dodał ciszej, prawie do siebie:
— Ja mam ciebie.
Reszta nocy minęła w milczeniu, które tym razem nie ciążyło. Elias, po raz pierwszy od wielu dni, nie sięgnął po nic, co miałoby go uśpić. A jego aura znów lśniła tym stałym płomieniem, który Isidoro znał od lat.
Nad ranem żaden z nich nie wracał do tego, co zaszło. Nie było potrzeby. Plan pozostał ten sam, lecz Isidoro czuł w Mistrzu nową ostrość, twardszą i bardziej osobistą niż sam obowiązek, i wiedział, że tym razem żadna słodka obietnica snu nie zdoła go od niej odwieść.
Przez kolejne dni odgrywali swoje role sumienniej niż kiedykolwiek.
Isidoro siedział skrzyżnie na wygodnej, miękkiej pufie, starannie wyprofilowanej tak, by żadne doczesne sprawy ani przyziemna niewygoda nie przeszkadzały, gdy umysł zagłębiał się w spokoju medytacji. Otaczał go geometryczny minimalizm ich wspólnego z Eliasem apartamentu, a łagodne, pastelowe barwy i sterylna harmonia wszechobecnej plastali sprawiały, że pomieszczenie wydawało się wyrwane ze strumienia czasu, kompletnie oddzielone od wartko płynącego życia Galaktyki. Na zewnątrz, za panoramicznym oknem, rozciągały się ogrody Domu Uzdrowienia Umysłu na Alderaan – uspokajająca zieleń dekorowana miękkością egzotycznych barw uśmiechniętych kwiatów, ledwie słyszalny zaśpiew ptaków, tak melodyjny i regularny, jakby odtwarzany z ukrytego głośnika. Rozsnuty w pokoju zapach wilgotnej ziemi i letniego deszczu przywoływał z pamięci beztroski czas dzieciństwa. Wszystko tutaj było zaprojektowane, by koić i usypiać, tak niepokoje serca, jak i czujność umysłu. Spokój był nadrzędną wartością.
W oczach Isidoro, ów spokój jawił się niczym cienki lód kryjący głębokie, mroczne jezioro.
Jedi przymknął oczy, odcinając się od wystudiowanego piękna. Jego rola sługi, cichego i niegroźnego, wtapiającego się w tło niczym doskonale zaprojektowany mebel, pozwalała mu być niewidzialnym, a niewidzialność była w tej misji jego największym atutem. Przez ostatnie dni krążył wśród sal i korytarzy, przemykał bezszelestnie, nie robiąc nikomu problemu, ze wzrokiem spuszczonym i pozornie obojętnym, idealnym dla kogoś, kogo całe życie i wszystkie myśli kręciły się wokół potrzeb pana. Lecz to była jedynie maska – Isidoro chłonął niczym gąbka, jego wytrenowanemu oku i umysłowi nie umykał żaden szczegół. Chłonął każdy szczegół: puste uśmiechy personelu, mechaniczne rozmowy pacjentów, jałowe mantry uzdrowicieli, odbijające się echem w sterylnej ciszy. A pod tym wszystkim, w Mocy, czuł coś innego.
Echo.
Nie był to upiorny krzyk śmierci czy fizycznego bólu, nic gwałtownego i bolesnego, nie było tam strachu ani poczucia beznadziei, jak w szpitalu Rakatan. Nie, to było coś znacznie gorszego. Echo powolnego gaśnięcia, cichego rozpadania się dusz, mylących swoje źle zrośnięte złamania i okrutnie pozszywane rany z prawdziwym uzdrowieniem, jakby ta groteskowa przemiana i okaleczenie było dokładnie tym, czego potrzebowali. Nie będziesz mieć problemów z chodzeniem, skoro utną ci nogi. Nie będziesz mieć problemów z gniewem, skoro wszystko stanie się obojętne. Dopiero co widział ten rodzaj rozpadu – nie w żadnej ze sterylnych sal, lecz we wnętrzu ich własnego apartamentu, w oczach jedynej osoby, której nie potrafiłby stracić.
Znów widniała przed nim ścieżka, którą nie chciał podążyć, lecz dobrze wiedział, że jeśli ma wypełnić swe zadanie, jego kroki poprowadzą go prosto w ciemność. Odstręczające uczucie było tą właściwą drogą, Isidoro nabrał więc tchu i pozwolił sobie zanurzyć się w nim. Świadomość odpłynęła, ucichła regularność śpiewu ptaków i spokojny oddech Eliasa, dobiegający z pokoju obok.
Poczuł to.
Nie było to gwałtowne szarpnięcie, lecz powolne, nieubłagane przyciąganie, niczym prąd morski chwytający nieostrożnego pływaka. Świat pod jego powiekami przestał być ciemnością, stał się za to wirem kolorów, których nie dało się zobaczyć. Smutek zabarwił się ciężkim, matowym fioletem, smakującym rdzą i rozkładającym się metalem. Spokój stał się bladym, bezosobowym i uspokajającym błękitem, pachnącym sterylnym ozonem i czymś sztucznym, nienaturalnym. A pod tym wszystkim wił się szkarłat strachu, pulsujący i ciepły, niczym wrząca pod skórą krew, zatruta chorobą i gorączką.
Umysł Isidoro pomknął, przeciskając się przez utkane z emocji korytarze, minął ściany zbudowane z fałszywej nadziei i podłogi wyłożone zapomnieniem. Kierował się w stronę miejsca, gdzie purpurowy smutek i szkarłatny strach zlewały się w jedno, tworząc barwę tak mroczną i głęboką, że zdawała się pochłaniać światło.
Sanktuarium Ciszy.
Okrągłe pomieszczenie, tak mroczne, że światło konało pod naporem jego ścian, gościło w swym wnętrzu tylko jedną rzecz. Fotel, przypominający bardziej coś właściwego sali tortur, niż mebel służący do wypoczynku, stanowił serce całego kompleksu. Zasiadał na nim Vondag Bittuhyam – mężczyzna o twarzy pooranej zmarszczkami trosk, którego Isidoro mijał poprzedniego dnia w ogrodzie. Teraz jednak jego twarz była gładka, pusta i spokojna, niczym u bezrozumnej lalki, a oczy miał otwarte, lecz niewidzące, pozbawione duszy. Srebrzyste przewody wyrastały ze skroni i karku, by zniknąć w dziwacznej aparaturze czającej się za fotelem. Mruczała cicho, jej rytm przypominał bicie nienaturalnego, mechanicznego serca. Zaraz obok stała Mistrzyni Uzdrowień, Tala Vikar, jej sterylnie biała szata zdawała się lśnić własnym, wewnętrznym światłem. Twarz kobiety wyrażała niezachwiane skupienie, a łagodne spojrzenie, czułe jak u najdoskonalszego lekarza, spoczywało na półprzytomnym senatorze.
Lecz to nie to najbardziej zwróciło uwagę Isidoro. Był to przedmiot, trzymany przez Mistrzynię – kryształowa fiolka, smukła i krucha, wypełniała się światłem podobnym płynnemu blaskowi gwiazd, uwięzionym i schwytanym, niczym cudze życie.
Jak vitae.
Wspomnienie smaku śmierci i odrazy z podziemi rakatańskiego szpitala uderzyło Isidoro, wyciskając oddech z piersi, niczym niespodziewany cios. Ten świetlisty płyn w dłoni mistrzyni był niczym upiorny sobowtór tamtego „surowca”, przypominał czystszą, bardziej elegancką wersję tamtej przerażającej idei. Tala uniosła fiolkę do ust senatora, a on wypił płyn bez oporu, ufnie, jak dziecko przyjmujące lekarstwo.
Kobieta zaczęła szeptać.
Jej głos nie był dźwiękiem, lecz dotykiem. Wślizgiwał się do umysłu senatora, między zwoje myśli, niczym zdradliwa, jedwabna nić, wplatając się w skomplikowany gobelin wspomnień. Isidoro to widział. Widział myśli Vondaga Bittuhyama jako lśniące, kolorowe wstęgi, migoczące ożywieniem i emocjami, barwiące się melodią czującego serca.
Wspomnienie zmarłej żony było ciepłą, różową wstęgą, pełną miłości i wplecionego w nią echa bólu. Tala dotknęła jej swoim szeptem, a róż zbladł, ból zniknął, zastąpiony przez chłodny, nijaki błękit akceptacji. Zniknęła część miłości, emocja umarła, niczym wprawnie ścięty kwiat.
Wspomnienie politycznej porażki, gorzka, granatowa wstęga pełna żalu i gniewu, została wprawnie rozwinięta. Szept mistrzyni wygładził jej postrzępione krawędzie, obszył je schludnym ściegiem, zmienił barwę w neutralną szarość. Porażka przestała być porażką. Stała się „cenną lekcją”, a palący gniew obrócił się w „niepotrzebny balast” zaćmiewający trzeźwe myślenie.
Isidoro patrzył z przerażeniem, jak Tala, niczym boska tkaczka, pruje i na nowo zszywa duszę senatora. Nie niszczyła wspomnień – ona je „uzdrawiała”. Oczyszczała z negatywnych emocji, z bólu, żalu, z pasji, zostawiając za sobą wygładzone, puste wersje, pozbawione tego, co czyniło je ludzkimi, mającymi wartość, unikalnymi. A w tę próżnię, która po nich zostawała, wplatała nowe nici – subtelne sugestie, odstręczające nakazy, niemające nic wspólnego z samodzielnym myśleniem. „Sojusz z Korpusem Handlowym jest logiczny”, „Potrzeby twojej planety są drugorzędne wobec stabilności sektora”, „Twoje dawne przekonania były wynikiem traumy, pozbądź się ich”.
„Pozbądź się swych uczuć.”
„Porzuć własne serce.”
Isidoro zadrżał. Lobotomia duszy.
Otworzył gwałtownie oczy, łapczywie chwytając powietrze. Serce waliło o żebra, zimny pot spływał po plecach, mięśnie same napinały się, jakby oczekując ataku. Idealny spokój apartamentu oblepiał go niczym trująca pajęczyna.
Elias wszedł do pokoju, wyczuwając niepokój. Twarz Mistrza ponownie była dla niego ostoją opanowania, nawet rude brwi nie ściągnęły się w wyrazie troski, w postawie czaiło się pytanie – kombinacja, którą Isidoro znał i rozumiał, którą nauczył się już rozpoznawać. Młody Jedi poszukał jego oczu, zanim jeszcze usłyszał pytanie – szukał tej lepkiej mgły, która przez ostatnie dni obcym chłodem osiadała w spojrzeniu Mistrza, lecz nie znalazł po niej śladu. Zostało czyste, przytomne skupienie człowieka, którego znał, i to samo ciepło Mocy, jeszcze do niedawna zdławione, dziś na powrót płynące ku niemu. Elias odezwał się:
— Isidoro?
— Miałem wizję — wychrypiał, wydobywający się z gardła głos zdawał się obcy nawet jemu samemu.
Opowiedział wszystko – o Sanktuarium Ciszy, o senatorze i jego pustym spojrzeniu, o maszynerii i szeptach, które przepisywały wspomnienia, czyniąc z człowieka skorupę, wypełnioną tym, czego Tala Vikar pragnęła.
Elias słuchał w milczeniu, twarz tężała z każdym słowem. Gdy Isidoro skończył, drugi Jedi podszedł do okna, zapatrzył się w nienaturalnie harmonijny ogród.
— To, co opisujesz… — zaczął powoli, a w jego głosie dźwięczała stal. — To przypomina starożytne techniki Sithów. Pranie mózgu, manipulacja umysłem, by złamać wolę przeciwnika bez jednego ciosu mieczem. Ale oni używali do tego Ciemnej Strony, ten proces pełen był agresji i nacisku, był walką, którą ofiara musiała przegrać. Lecz ona, ta mistrzyni… ona zdaje się robić to w inny sposób. Bardziej… kliniczny.
— Było tam coś jeszcze — dodał Isidoro, a wspomnienie świetlistego blasku sprawiło, że poczuł mdłości. — Używała jakiegoś eliksiru. Płynu, który lśnił. Wyglądał jak…
— Jak vitae — dokończył za niego Elias, nie odwracając wzroku od okna. W jego głosie nie było zdziwienia, tylko ponure potwierdzenie. — Czysty, piękny i podawany z uśmiechem, ale to wciąż ten sam pomysł. Surowiec, który zasila proces. Wtedy, w szpitalu, surowcem było życie niewolników, istot które Rakatanie uważali za mniej rozwinięte, a przez to nieważne. Ich życie było wysysane, wszystko, by leczyć ciało Rakatan.
Elias odwrócił się, a jego spojrzenie przypominało twardy diament. Isidoro znał ten wyraz, lecz teraz kryło się pod nim coś dużo głębszego. Mistrz wiedział, jak smakuje spokój sprzedawany w tych murach i to z pierwszej ręki. Isidoro poprawił się na swej zbyt wygodnej pufie.
— A co, jeśli tutaj jest tak samo? Co, jeśli ten świetlisty eliksir nie jest tylko katalizatorem, ale paliwem? Co, jeśli do jego stworzenia potrzeba czegoś więcej niż tylko nauki i chemii?
Pytanie zawisło w powietrzu, ciężkie i pełne grozy. Jedi spojrzeli po sobie, w ich oczach malowało się to samo zrozumienie. Dom Uzdrowienia Umysłu nie tylko odbierał swoim pacjentom dusze, on musiał je skądś czerpać.
Zaproszenie nadeszło o zmierzchu. Profesjonalne, suche i informatywne słowa składały się w obietnicę zguby, niewinne i niegroźne dla tych, którzy nie potrafili czytać między wierszami. Elias zmarszczył brwi, westchnął, wiedząc, że oto przyszła dla nich godzina próby. Odgrywał rolę zgorzkniałego arystokraty toczącego wojnę z własnymi wspomnieniami, logicznym więc było, że w pewnym momencie jego kuracja, kompletnie nieskuteczna, obróci się w coś innego, gdy personel tego „szpitala” podejmie bardziej radykalne kroki. I choć obaj z Isidoro do tego dążyli, gdy moment nastał, w sercach mężczyzn próżno było szukać ulgi czy radości.
Twarz Eliasa, a raczej starannie przywdziana maska, poorana mapą udawanej irytacji, była dziełem sztuki – dało się na niej dostrzec ból dawnych strat, ciężar politycznych sojuszy, zmartwienie tym, co przynosiła przyszłość, Isidoro jednak widział pod tą fasadą to, co naprawdę wybrzmiewało z duszy Eliasa – tę zimną, skupioną determinację Mistrza Jedi, który właśnie usłyszał sygnał do ataku. Nadszedł ich czas.
Elias, będący wciąż panem Ardenem odezwał się:
— Zostań tutaj. Mam dość tych ich bzdurnych terapii. Im szybciej to załatwię, tym szybciej stąd wyjedziemy.
Isidoro, milczący i niewidzialny w swojej roli sługi, skłonił jedynie głowę – był cieniem swojego pana, echem jego woli, a cień nie zadaje pytań. Drzwi zamknęły się za Eliasem z cichym, niemal przepraszającym sykiem, pozostawiając Isidoro w samotności. Został sam w luksusowej klatce, a otaczająca go cisza, ciężka i gęsta, pełna niewypowiedzianych słów i oczekiwania tak namacalnego, że niemal mógł go posmakować – smakowała jak ozon tuż przed uderzeniem pioruna.
Czekał.
Czuł upływ czasu w Mocy. Czekał, aż echo kroków Eliasa oddali się na tyle, by jego własne ruchy nie zakłóciły przedstawienia, choć emocje w sercu wołały, by podążył za swym Mistrzem od razu, nie pozwolił mu być sam. Ostatnim razem, gdy pozwolił mu zostać sam na sam z wpływami tego miejsca, wrócił do niego ktoś, kto nie poznawał jego twarzy. Serce nie chciało puścić go w to miejsce po raz drugi. Rozum wiedział jednak, że to nie była ta najlepsza możliwa droga i że poddane emocjom serce rzadko kiedy wskazywało odpowiedni kierunek.
Wreszcie wstał, a jego gesty, płynne i pozbawione cienia pośpiechu, przeczyły burzy szalejącej w jego wnętrzu. Każda sekunda się liczyła, lecz panika była ogniem, który niszczył precyzję, a precyzja była fundamentem ich misji. Sanktuarium Ciszy. Wizja, dar pokazujący mu koszmary w nienazwanych barwach, wypaliła w jego umyśle obraz tego miejsca, lecz była to mapa pozbawiona legendy, skali, bez ostrzeżeń o zdradliwym terenie. Ścieżkę musiał wydeptać sam, a droga była najeżona pułapkami.
Wyszedł, jego stopy bezdźwięczne na puszystej wykładzinie. Podążał przez korytarz, pusty i nieskazitelny, oświetlony tym samym, mdłym, rozproszonym światłem, które odbierało cieniom ich głębię i sprawiało, że wszystko wydawało się płaskie, nierzeczywiste, jak scena z cudzego snu. Isidoro skupił się, sięgając w głąb Mocy, lecz nie po to, by rozrywać zasłonę przyszłości – szukał teraźniejszości, w jej najbardziej realnej, namacalnej formie. Rozesłał swoją świadomość niczym echo niesłyszalnej dla innych melodii, pozwalając, by odbiła się od rezonansu każdej żywej istoty, każdego działającego systemu. Dwie sprzątaczki w skrzydle wschodnim, ich umysły wygładzone monotonią pracy, poruszające się w idealnie zsynchronizowanym rytmie. Pacjent w skrzydle zachodnim, jego świadomość pogrążona w medytacyjnym transie, tak głębokim, że przypominała świadomość droida. I tam, na końcu korytarza, na rozstaju dróg prowadzących do prywatnych skrzydeł i zakazanej strefy – dwa punkty czujnej, zdyscyplinowanej świadomości.
Strażnicy.
Ich umysły były jak twarde, wypolerowane bryły kortozis, wykuwane i hartowane przez lata treningu i dyscypliny. Nie było w nich strachu, gniewu, chciwości – żadnych ostrych krawędzi, których mógłby się uczepić, żadnych pęknięć, w które mógłby wcisnąć klin perswazji. Strażnicy byli profesjonalistami, pustymi naczyniami wypełnionymi jedynie poczuciem obowiązku. Konfrontacja z nimi była z góry skazana na porażkę.
Isidoro wiedział o tym, lecz mimo to, musiał spróbować – ominięcie ich bez próby interakcji wzbudziłoby podejrzenia. Musiał odegrać swoją rolę, ponieść porażkę jako sługa, by zyskać szansę jako Jedi.
Podszedł do nich, przywdziewając postawę pokory, z ramionami lekko zgarbionymi, wzrok wbitym w geometryczny wzór dywanu.
— Przepraszam — zaczął cicho, a jego głos rezonował tak, by brzmieć nieśmiało, niemal lękliwie. – Mój pan, lord Arden, prosił, bym niezwłocznie przyniósł mu jego osobisty medykament, zapomniał go z apartamentu. Mój pan jest w drodze do Sanktuarium…
Jeden ze strażników, potężny mężczyzna o twarzy wyglądającej, jakby ciosano ją z granitu, zmierzył go spojrzeniem tak obojętnym, że mroziło krew w żyłach.
— Nikt nie ma wstępu do tej części kompleksu bez autoryzacji mistrzyni Talii Vikar. Pacjenci otrzymują wszystko, czego potrzebują, na miejscu. Wróć do apartamentu.
Mógłby spróbować ich przekonać, lecz nie o to w tym momencie chodziło.
— Ale on… on bardzo nalegał — spróbował jeszcze raz, pozwalając, by w jego głosie zadrgała nuta autentycznej desperacji. Czuł na sobie ich spojrzenia, chłodne, analityczne, niewzruszone. Porażka była częścią planu.
— Wróć do apartamentu. Natychmiast — powtórzył drugi strażnik. Jego dłoń, niemal niezauważalnie zmieniła położenie. Teraz była bliżej kabury z blasterem.
Do tej pory Isidoro nie zrobił jeszcze niczego, co wymagałoby użycia groźby, co dopiero siły, miał więc kolejny dowód na to, jak poważnie personel podchodził tu do przestrzegania zasad. Ruch strażnika nie był groźbą, był obietnicą.
Isidoro skłonił się pospiesznie, wymamrotał przeprosiny, których sam nie usłyszał, i odwrócił się, by odejść. Czuł ich wzrok na swoich plecach, dwa zimne punkty wiercące mu dziurę między łopatkami. Oddalił się, nie oglądając się za siebie, aż do momentu, gdy skręcił w boczny korytarz i zniknął dwójce strażników z oczu.
Zatrzymał się, opierając plecami o chłodną, jedwabistą tapetę. Jego serce, do tej pory spokojne, teraz biło szybciej. Porażka, nawet zaplanowana, smakowała goryczą, ale była też zasłoną dymną. Strażnicy widzieli to, co mieli zobaczyć: przestraszonego sługę, który próbował i zawiódł, wrócił więc do apartamentu, tam skąd przybył. Nikt nie powinien go szukać, a jeśli nawet, zacznie w złym miejscu.
Teraz zaczynała się prawdziwa praca.
Isidoro zamknął oczy, ponownie rozsyłając swoją świadomość, tym razem ignorując wszystko to, co żywe. Szukał technologii, cichego, elektronicznego pulsu tego miejsca. Widział je teraz wyraźnie: niewidzialne dla oka wiązki czujników przecinające korytarze niczym laserowa siatka. Pola energetyczne wbudowane w ściany, gotowe, by ogłuszyć każdego, kto nie posiada odpowiedniego identyfikatora. Kamery, ukryte w misternych zdobieniach sufitu, ich mechaniczne oczy poruszające się w zaprogramowanym, regularnym rytmie. I zamki szyfrowe – czuł je jako zimne, puste węzły w przepływie Mocy, milczące i nieprzejednane.
Jego wizja pokazała mu drogę, a instynkt podpowiedział resztę. Nie mógł iść głównymi korytarzami – musiał zejść pod powierzchnię, do krwiobiegu tego miejsca, wkroczyć w ciemność, by przynieść temu miejscu światło.
Znalazł przejście za ozdobnym panelem, niewyróżniającym się spośród innych, ukrytym za repliką starożytnej rzeźby z Chandrili. Drzwi wykonano ze wzmocnionej durastali i zabezpieczono zamkiem magnetycznym, wymagającym karty dostępowej pracownika sektora technicznego wyższego poziomu, może nawet naczelnego inżyniera. To nie był zwykły korytarz techniczny. Ten, kto projektował zabezpieczenia, dobrze o tym wiedział.
Isidoro przyłożył dłoń do niemego panelu, nie by pchać, ale by czuć. Wsłuchał się w jego elektroniczne serce, w cichy szum przepływającej przez obwody energii. Czuł logikę systemu, proste, binarne pytanie, które zamek zadawał każdej zbliżającej się karcie: Jesteś przyjacielem czy wrogiem?
Wyjął z kieszeni swój datapad. Nie był mistrzem włamań, jego palce nie tańczyły po klawiaturze z wirtuozerią hakera. Ale Elias, zawsze pragmatyczny, nauczył go czegoś więcej niż tylko parowania ciosów mieczem – nauczył go myśleć jak maszyna, sprawił, że zrozumiał przeciwnika. A według nauk Jedi, to był drugi krok, po zrozumieniu siebie samego, do odniesienia sukcesu w każdym boju.
Nie próbował złamać szyfru, nie próbował sforsować zapór. Zamiast tego, wysłał do zamka serię cichych, cyfrowych szeptów, idealnie zsynchronizowanych z jego wewnętrznym cyklem. Nie podał odpowiedzi na pytanie zamka. Zamiast tego, zadał mu inne, o wiele prostsze pytanie, zapętlone w nieskończoność: Czym jest przyjaciel?
Pętla logiczna, filozoficzna zagadka, na którą system nie był zaprogramowany, bo na pytanie miał dostać odpowiedź, nie kolejne pytanie. Jego procesor zawiesił się na ułamek sekundy, próbując przetworzyć nieoczekiwane, i w tym ułamku sekundy jego protokoły bezpieczeństwa uległy awarii. Zamek wydał z siebie ciche, niemal niezauważalne kliknięcie i drzwi ustąpiły.
Isidoro wślizgnął się do środka, zamykający się panel skrył go z cichym syknięciem tajemnicy. Zmiana otoczenia była szokiem dla zmysłów – luksus i spokój ustąpiły miejsca surowej funkcjonalności. Wąski, metalowy korytarz ginął w półmroku, wypełniony jednostajnym szumem pracujących systemów i ostrym, metalicznym zapachem smaru i ozonu. Ale dla Isidoro ten mrok był wyzwoleniem. Okryty niewidzialnością, mógł zrzucić swoją maskę.
Zniknęły zgarbione ramiona, ze spojrzenia wyparowała niepewność. Krok nabrał sprężystości, oczy lśniły skupieniem, Jedi poruszał się szybko, ale wciąż ostrożnie, prowadzony przez mentalną mapę, tworzoną na bieżąco, korygując ją z każdym krokiem, z każdym odczytem z Mocy. Czuł obecność Eliasa, pulsującą jak odległa gwiazda, coraz bliżej, coraz wyraźniej. Czuł też zimne, sztucznie stworzone zło Sanktuarium, ciągnące go ku sobie niczym czarna dziura. Był jak ćma lecąca do płomienia, ale wiedział, że jego mistrz jest już w samym jego sercu, przeprowadzając ostatnią fazę ich wojennego planu.
Dotarł do ściany graniczącej z Sanktuarium. Przystawił ucho do zimnego metalu. Cisza. Absolutna, dźwiękoszczelna cisza. Wiedział, co to oznacza. Pomieszczenie było izolowane, zaprojektowane tak, by nic nie wydostało się na zewnątrz.
Jego wzrok padł na kratę wentylacyjną u góry ściany, za wysoko, by dostać się do niej o własnych siłach, za wysoko, jeśli nie było się rycerzem Jedi. Stara sztuczka, niemal banał, ale czasami najprostsze rozwiązania były najlepsze. Isidoro podsadził się, wytrenowane ciało pozwoliło dokonać tego, co zdawało się niemożliwe. Sięgnął ku mocującym kratę śrubom i delikatnie, z precyzją chirurga, wykręcił je, uwalniając kratę. Metal poddał się bez protestu.
Ciemność szybu wentylacyjnego powitała go zapachem kurzu i stęchłego powietrza. Wczołgał się do środka, jego ruchy precyzyjne jak u lodowego pająka z Hoth. Każdy szmer, każde najmniejsze otarcie materiału o metal brzmiało nienaturalnie głośno, nie na miejscu. Isidoro starał się utrzymać swój oddech spokojny i miarowy. Był w brzuchu bestii. Blisko celu.
Wtem dostrzegł światło. Najciszej, jak potrafił, podczołgał się do kolejnej kraty, tej prowadzącej bezpośrednio do wnętrza Sanktuarium. Był gotów. Wiedział, co musi zrobić. Ale gdy zajrzał przez metalowe szczeliny, jego serce na moment zamarło. Scena poniżej była inna, niż się spodziewał. Inna, niż w jego wizji.
Elias nie siedział na fotelu. Stał pośrodku pomieszczenia, wyprostowany i dumny, a jego twarz nie nosiła już maski lorda Ardena. Była to twarz Mistrza Jedi. A przed nim, w idealnym kręgu, stało nie dwóch, ale sześciu strażników, ich blastery wycelowane prosto w głowę. Serce Isidoro na moment zamarło, zmieniło w odłamek lodu w piersi. Sześciu strażników. Pułapka. Spóźnił się.
Tala Vikar stała z boku, a jej łagodny uśmiech zniknął, zastąpiony wyrazem chłodnego, rozczarowanego wyrachowania.
Przez rozciągające się w wieczność mgnienie oka, był tylko obserwatorem, cieniem uwięzionym w metalowym tunelu, patrzącym bezradnie, jak jego mistrz stoi w obliczu pewnej śmierci. Ale potem zobaczył wyraz twarzy Eliasa. To nie był spokój rezygnacji, nie było śladu narkotycznej mgły ani obcej pustki. To był spokój drapieżnika, który zwabił ofiarę dokładnie tam, gdzie chciał. Elias wiedział. Czekał.
Isidoro nie zastanawiał się dłużej. Wyjął miecz świetlny, ale go nie aktywował. Użył ciężkiej, metalowej rękojeści, uderzył w mechanizm mocujący kratę. Metal poddał się z bolesnym jękiem, krata runęła na lśniącą, czarną podłogę Sanktuarium.
W tym samym momencie Isidoro zeskoczył na dół, lądując miękko na nogach. Cisza zapadła na ledwie sekundę, jej ułamek, a potem pękła. Sześć blasterów obróciło się instynktownie w jego stronę. Strażnicy popełnili błąd. Był wszystkim, czego Elias potrzebował.
Zielone ostrze ożyło z charakterystycznym sykiem, białe dołączyło do niego chwilę później, rozpraszając mrok Sanktuarium czystym, niemal bolesnym dla oczu blaskiem. Stali razem, dwa punkty światła w sercu ciemności, plecami do siebie, gotowi na wszystko.
Lecz strzały nie padły.
— Dość — powiedziała mistrzyni, a jej głos, choć cichy, przeciął napięcie w pomieszczeniu z precyzją skalpela. — Opuśćcie broń. Wszyscy.
Strażnicy zawahali się, ale po chwili, z widoczną niechęcią, opuścili blastery. Tala podeszła kilka kroków bliżej, a jej harmonijna twarz nie wyrażała szoku ani gniewu. Zastąpił je wyraz głębokiego, niemal matczynego rozczarowania.
— Rycerze Jedi — stwierdziła, a jej głos miał w sobie tę uspokajającą melodię unoszącą się w każdym zakątku Domu Uzdrowienia. — Spodziewałam się was, choć przyznaję, wasza metoda infiltracji była… dosadna. Rada musi być naprawdę zdesperowana, skoro wysyła swoje narzędzia, by pod przykrywką szpiegowały szpital.
— Ośrodek taksydermii dusz, chciałaś chyba powiedzieć — odezwał się Elias, nie spuszczając z niej wzroku. Miecz, trzymany nisko, poruszał się w jego dłoni w leniwym, groźnym rytmie. — Oszczędź nam przedstawienia. Wiemy, co tu robisz.
Tala uśmiechnęła się, a był to uśmiech pełen pobłażliwości, jak u nauczycielki patrzącej na uczniów, którzy wciąż nie potrafią zrozumieć prostej lekcji.
— Czyżby? Czy naprawdę wiecie? Widzicie aparaturę, czujecie Moc i od razu zakładacie najgorsze. Myślicie w kategoriach Sithów i Jedi, Ciemnej i Jasnej Strony, bo wasze umysły zostały ukształtowane przez konflikt, wieczną walkę, szukanie wrogów Republiki w każdym zakamarku. — Urwała, podeszła pół kroku. — Ja oferuję coś zupełnie innego. Oferuję pokój.
— Pokój kupiony za cenę wolnej woli to tyrania w najczystszej postaci — odparł cicho Isidoro, a jego głos, najczęściej łagodny i spokojny, teraz był zimniejszy od międzygwiezdnej pustki. — Widziałem, co zrobiłaś z senatorem Vondagiem Bittuhyamem. Wyrwałeś z niego wszystko, co czyniło go tym, kim był. Jego ból, żal, ale też jego pasję i miłość. Zostawiłaś pustą skorupę, którą wypełniłaś własnymi sugestiami.
— Zostawiłam spokój — poprawiła go Tala. — Uwolniłam go od ciężaru emocji, które prowadziły go do podejmowania błędnych, destrukcyjnych decyzji. Gniew po przegranej w senacie pchał go w stronę sojuszu z frakcjami militarystycznymi, a żal po stracie żony czynił go podatnym na manipulacje. Ja go z tego uzdrowiłam. — Uśmiechnęła się, jakby to naprawdę była jakaś zasługa. — Teraz podejmie decyzje, które ocalą tysiące istnień na jego planecie przed widmem wojny domowej. Czyż nie tego właśnie chcecie? Czyż nie o to walczy Zakon Jedi? O pokój?
— Walczymy o pokój, który wynika z wyboru, a nie z przymusu — powiedział Elias, marszcząc brwi. — Chronimy prawo każdej istoty do bycia sobą, nawet jeśli oznacza to popełnianie błędów. Ty odbierasz im tę możliwość. Stawiasz się w roli bogini, decydując, które emocje są właściwe, a które należy usunąć.
— A czy wy nie robicie tego samego? — Tala gładko odbiła piłeczkę. — Czy wasz wspaniały Kodeks Jedi nie jest właśnie próbą kontrolowania emocji? Nie ma emocji, jest spokój. Czy to nie jest wasza mantra? Ja po prostu znalazłam skuteczniejszy, bardziej precyzyjny sposób na jej wdrożenie. Wy walczycie ze swoimi uczuciami przez całe życie. Ja oferuję trwałe wyzwolenie.
— Kodeks jest ścieżką i przewodnikiem, a nie więzieniem! — głos Isidoro nabrał na sile. — Uczy nas rozumieć nasze emocje, panować nad nimi, a nie je wymazywać! Ból po stracie jest częścią miłości. Gniew w obliczu niesprawiedliwości jest iskrą, która może rozpalić ogień zmian. Ty gasisz te ognie, zostawiając po sobie jedynie zimny popiół. Tworzysz galaktykę marionetek, tańczących tak, jak im zagrasz.
— Czy galaktyka rządzona przez mężów stanu, wolnych od małostkowych urazów, strachu i chciwości, nie byłaby lepszym miejscem? — Kobieta rozłożyła ręce w politycznie wystudiowanym geście. — Pomyślcie o tym. Koniec wojen handlowych, bo prezesi korporacji zostali uzdrowieni z chciwości. Koniec czystek etnicznych, bo liderzy zostali uwolnieni od nienawiści i uprzedzeń. Koniec bezsensownych konfliktów, bo politycy kierują się czystą, beznamiętną logiką. To jest harmonia. To jest porządek. To jest cel, do którego dąży sama Moc!
— Skąd możesz to wiedzieć? — zapytał Elias, a jego głos był niebezpiecznie cichy. — Kto dał ci prawo, by mówić w imieniu Mocy?
Na twarzy Talii pojawił się wyraz ekstatycznego uniesienia. Fasada lekarki i uzdrowicielki zaczynała pękać, odsłaniając coś niepokojącego.
— Ona sama. Przemawia do mnie. W snach, w wizjach. Pokazuje mi pęknięcia w strukturze galaktyki, słabych liderów, których decyzje prowadzą do cierpienia. Prowadzi mnie do nich. Mówi mi, co mam czynić. Jestem tylko jej narzędziem. Jej uzdrowicielką.
Po plecach Isidoro przebiegł zimny dreszcz. Spojrzał na Eliasa i wiedział, że jego mistrz myśli o tym samym. Sny. Wizje. Głos, który twierdzi, że jest Mocą i nakazuje działania, prowadzące do dominacji i kontroli, te kłamstwa i manipulacje, tak trudne do dostrzeżenia, nim nie okaże się, że jest już za późno. To była starożytna pieśń, którą Sithowie szeptali do uszu podatnych i ambitnych od zarania dziejów.
— To nie Moc do ciebie przemawia, ona tak nie działa — powiedział ostrożnie Isidoro. — Moc nie narzuca swojej woli. Ona płynie, jest równowagą i siłą przenikającą całą Galaktykę. To, co słyszysz, to echo czyjejś woli, ubranej w szaty boskości. Jesteś narzędziem, to prawda. Ale nie w rękach Mocy.
— Bluźnisz! — syknęła Tala, a jej spokój coraz mocniej się kruszył, odsłaniając chorobę fanatycznej furii. — Jesteście ślepcami! Tkwicie w swoich przestarzałych dogmatach, boicie się prawdziwej zmiany! Ja ocaliłam więcej istnień niż wy obaj przez całe swoje życie! — Oznajmiła, kładąc dłoń na własnej piersi. — Sojusz na Corellii, który zapobiegł wojnie domowej? Moja praca. Traktat pokojowy na Ryloth? Moje dzieło. Każdego dnia ratuję tę galaktykę przed samą sobą, a wy śmiecie nazywać to złem? Cudzymi podszeptami?
— Nazywamy to oszustwem — stwierdził twardo Elias. — Dajesz ludziom iluzję wyboru, podczas gdy w rzeczywistości odbierasz im wszystko. Twój pokój jest pokojem cmentarza, gdzie nikt już nie krzyczy, bo nikt już nic nie czuje. A co z tym? — Ruchem głowy wskazał lśniący eliksir, który wciąż trzymała w dłoni. — Co jest ceną za to „uzdrowienie”? Skąd czerpiesz swoje vitae?
Twarz mistrzyni stężała.
— To… dar. Czysta energia życiowa, dobrowolnie ofiarowana przez tych, którzy wierzą w moją misję.
— Dobrowolnie? — podchwycił od razu Isidoro. – Czy senator Bittuhyam dobrowolnie oddał ci swoje wspomnienia? Czy ktokolwiek, kto tu trafia, jest w pełni świadomy ceny, jaką płaci? — Zamilkł, lecz mistrzyni nie odpowiedziała. — Jesteś pasożytem. Żerujesz na bólu i strachu, obiecując lekarstwo, a wstrzykując truciznę, która powoli zabija duszę.
— Nie macie prawa mnie osądzać! — krzyknęła, a jej głos odbił się echem od czarnych ścian Sanktuarium. — Jesteście reliktami i wasz czas dobiegł końca. Galaktyka potrzebuje uzdrowienia, a nie waszych mieczy!
— Galaktyka potrzebuje strażników, a nie dyktatorów — zakończył Elias. — A my jesteśmy strażnikami. Twoja gra dobiegła końca.
Spojrzał na Isidoro, a w ich oczach nie było już pytań. Dylemat moralny był bolesny, argumenty Talii niebezpiecznie kuszące w swojej prostocie, ale ostateczny wybór był jasny. Wolność, nawet ta bolesna i chaotyczna, była warta więcej niż narzucony porządek. Była wszystkim.
Tala Vikar cofnęła się o krok, a w jej oczach, obok fanatyzmu, pojawił się strach. Zrozumiała, że jej słowa, ideologia i boska misja, trafiły na mur, którego nie dało się ani zburzyć, ani „uzdrowić”. Mur wykuty z tysięcy lat tradycji, z Kodeksu, i z prostej, niezłomnej wiary w to, że każda istota we wszechświecie ma prawo do własnej drogi, nawet jeśli prowadzi ona donikąd.
Tala Vikar cofnęła się o krok, jeszcze jeden, aż plecami dotknęła zimnej, czarnej aparatury. Maska rozprysła się jak szkło. Łagodność, którą nosiła jak drugą skórę, opadła z niej niczym zdarty bandaż, odsłaniając krzywo zszyte, głębokie rany. Odsłoniły nie boginię, nie uzdrowicielkę, lecz kobietę zdesperowaną, zapatrzoną w wizję tak jasną, że oślepiła ją na wszystko inne.
— Nie pozwolę wam tego zniszczyć — wyszeptała, lecz jej dłoń nie powędrowała ku broni. Sięgnęła po fiolkę, uniosła ją ku bezwładnym ustom senatora, jakby ostatnia kropla światła mogła zapieczętować dzieło, którego już nie zdoła dokończyć.
Elias nie pozwolił jej domknąć gestu. Wyciągnął dłoń, a Moc szarpnęła kryształem, wyrwała go z jej palców i cisnęła o ścianę. Fiolka roztrzaskała się bezgłośnie w dźwiękoszczelnej ciszy Sanktuarium, a płynny blask rozlał się po czarnej posadzce, mieniąc się jeszcze przez chwilę jak dogorywająca gwiazda, nim zgasł.
— Ognia! — krzyknęła Tala, a jej głos, wyzuty wreszcie z tej miodowej melodii, załamał się na wysokim, spanikowanym tonie. — Zabić ich! Zabić oboje!
Puste naczynia, wypełnione jedynie obowiązkiem, nie znały wahania – sześć blasterów uniosło się jednocześnie, palce szarpnęły za spust. Trzasnęła czerwień, zielone ostrze i białe wznosiły się i opadały w rytmie, którego nie dało się nauczyć, a jedynie wypracować przez lata wspólnych sparingów i porannych medytacji – dwa światła krojące ciemność w idealnej, milczącej zgodzie. Czerwień powracała, niosąc krzyk bólu, brzęk metalu, zapach spalonej plastali. Ledwie chwila i w sali pozostali tylko oni dwaj, stojący pośród jęczących, rozbrojonych strażników, oraz kobieta przyciśnięta plecami do swej maszynerii.
Wtedy Isidoro to poczuł.
Za nią, przez nią, głębiej niż jej rozsypujący się fanatyzm – uwaga chłodniejsza i rozleglejsza od wszystkiego, co panowało w tym miejscu. Coś, co przez cały ten czas patrzyło jej oczami, słuchało jej uszami, śpiewało w jej snach głosem, który brała za głos Mocy. Teraz, gdy dzieło leżało w gruzach, ta obecność wycofywała się gładko, niespiesznie, jak przypływ opuszczający brzeg, nietknięta i niedosięgła. Isidoro szarpnął się ku niej świadomością, lecz zdążył jedynie musnąć zimny ślad, nim zniknął zupełnie, zostawiając po sobie mniej niż echo. Ktokolwiek trzymał nici, wypuścił je z rąk w chwili, gdy przestały być użyteczne, i przepadł, na długo przed tym, nim zdążyli poznać choćby jego imię.
Tala osunęła się na kolana. Nie płakała. Wpatrywała się jedynie w rozbite szkło i resztki swojej pracy z wyrazem twarzy człowieka, któremu odebrano nie władzę, lecz sens istnienia.
— Ocaliłabym ich — powiedziała cicho, do nikogo. — Wszystkich. Ocaliłabym ich przed nimi samymi.
Isidoro odwrócił się od niej. Podszedł do fotela, do senatora Vondaga Bittuhyama, który przez całą walkę nawet nie drgnął, i uklęknął przy nim. Ostrożnie sięgnął w głąb umysłu tego człowieka, i to, co znalazł, zabolało bardziej niż najdotkliwsza rana. Gobelin wspomnień, niegdyś lśniący tysiącem barw, był teraz połaciami gładkiej, chłodnej szarości, wypranej ze wszystkiego, co ludzkie. Tam, gdzie powinna wić się różowa wstęga miłości do zmarłej żony, została jedynie blada nić akceptacji, schludna i martwa. Isidoro spróbował ująć jej postrzępione końce, przywołać choć ułamek tego, co odcięto, lecz krawędzie były już zabliźnione, wygładzone, zszyte na nowo tak wprawnie, że nie sposób było odnaleźć początku. Nie było czego cofnąć. Nie było dokąd wrócić.
— Nie da się go uzdrowić — powiedział, a własny głos wydał mu się obcy. — Ona nie pokaleczyła jego duszy. Ona ją wycięła.
Elias stanął obok niego, spojrzał na pustą twarz senatora, i coś w jego rysach stwardniało tą samą stalą, którą Isidoro widział u niego tamtej nocy nad rozbitą buteleczką.
— Dopilnujemy, żeby był ostatnim.
Zniszczyli aparaturę tego samego wieczoru. Chłodno, z rozmysłem, metodycznie, tak by żadna jej część nie ocalała na tyle, by ktoś mógł ją kiedyś odtworzyć. Ogień strawił zbiorniki, w których gasło światło skradzionych istnień, a Moc, uwolniona z tych murów, odetchnęła po raz pierwszy od bardzo dawna.
Lecz gdy stali później na wzgórzu, patrząc, jak Dom Uzdrowienia Umysłu tonie w łagodnym zmierzchu Alderaanu – piękny, spokojny, kłamliwy do samego końca – Isidoro zrozumiał, że najgorsze dopiero przed nimi. W tych murach uzdrowiono setki – senatorów, prezesów, książąt – tych, których decyzje trzymały galaktykę w kruchej równowadze, a których umysły były teraz cudzym dziełem. Ujawnić prawdę znaczyło zerwać każdy sojusz zawarty ich ustami, podważyć każdy traktat podpisany ich dłonią, cisnąć iskrę w beczkę paliwa, jaką była Republika.
— Rada każe to zatuszować — powiedział cicho. Nie pytał.
— Wiem. — Elias nie odwrócił wzroku od dogasającego światła. — I zrobimy to. Alternatywa jest znacznie gorsza.
Isidoro milczał długą chwilę. Gdzieś pod jego stopami, w trzewiach umierającego ośrodka, dogasało kłamstwo, które przez lata sprzedawano jako pokój, a oni, strażnicy prawdy, mieli teraz zbudować na jego miejscu własne, bezpieczniejsze. Prawda, o którą walczyli, miała zostać pogrzebana ich własnymi rękami, i galaktyka nigdy nie miała się dowiedzieć, jak blisko była tego, by przestać czuć.
Przypomniał sobie wizję sprzed lat. Kręte ścieżki przyszłości, setki rozgałęzień, i siebie samego pośród nich, podejmującego wybór, którego dobry Jedi by nie dokonał. Nie potrafił powiedzieć, czy to właśnie ta chwila, czy może dopiero ku niej zmierzał. Zimno pełzło mu wzdłuż kręgosłupa, znajome jak kapanie wody w najgłębszej jaskini Ilum, tam gdzie każda kropla rzeźbi lód przez tysiąclecia, cierpliwie i nieubłaganie.
— Chodźmy stąd — powiedział Elias, wyrwawszy go z zamyślenia, i położył mu dłoń na ramieniu, ciepłą i pewną, tak jak wtedy, gdy Isidoro był jeszcze chłopcem stojącym u wrót lodowej jaskini. — Nie wszystko, co słuszne, przychodzi lekko. Ale zrobiliśmy to razem. Tak jak zawsze.
I to jedno, pomyślał Isidoro, wsiadając za nim na pokład statku, to jedno wciąż było prawdą, której nikt im nie odbierze.
Specjalne podziękowania dla Vik za ogarnięcie tego zajebistego szablonu <3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz