Postęp. Wielkie, tłuste jak roczny Angus słowo, na którego dźwięk ojcowi ciekła ślina, a matczyne oczy błyszczały dziko, jak ślepia krwiożerczej bestii w środku nocy.
Postęp. Oleisty, z wielokolorową poświatą na tafli. Postęp miał ciężki, duszący zapach ropy i smak trucizny.
Zachód miał to do siebie, że składał się ze sprzeczności. Z jednej strony żywotem na prerii dyktowała natura, każąc ludziom żyć pod jej batutą – przemieszczać się wraz z odwilżą, opuszczać pustynne połacie, gdy ciężar letniego słońca stawał się zbyt ciężki. Z drugiej, ludzie próbowali zawinąć matkę naturę sznurem, przybić ją do ściany i kazać jej usługiwać ludzkim kaprysom. Dlatego puszcze z każdym dniem marniały i przesuwały swe granice dalej, a połacie zieleni szarzały metalem torów i dymem lokomotyw.
Zadziwiająco, dla wszystkich wokół Nikandros (i samego jego, jeżeli miał być szczery), młody Lohengrin nie przepadał za postępem. Świat zmieniał się zdecydowanie zbyt szybko jak na jego gust.
Lampy w Saint Denis wydawały z siebie nieprzyjemny syk, gdy budziły się do życia po zachodzie słońca. W ogóle całe Saint Denis było dość nieprzyjemne. Łagodnie mówiąc. Wielki, tłusty progres kroczył jego uliczkami, przyduszając ciężkie już z natury powietrze. Ludzie rzucali w siebie spojrzenia pełne obrzydzenia i niechęci, błoto chlapało pod kopytami potykających się na nierównych kocich łbach koni. Odwiedź Saint Denis, mówili. Zobacz perłę Lemoyne, spójrz, jak rozwija się Zachód. Jeżeli tak właśnie wyglądał rozwój, to Nikandros z chęcią wróciłby do średniowiecza.
Potentat prowadził monolog od dłuższego czasu, wydawałoby się, że godziny. Może nawet i dwóch. Tak naprawdę mógłby mówić jedynie dziesięć minut, ale z jego monotonnym głosem i jedno zdanie wydawałoby się trwać w nieskończoność. Jedynym dźwiękiem, który przerywał cienką linię głosu biznesmena, był cichy szum kobiecych wachlarzy i pochrząkiwania mężczyzn, którym ewidentnie brakowało przerwy na papierosa. Sam Nikandros nie pogardziłby cygarem, ale potentat nie wydawał się bliski cody swej wypowiedzi. Słońce dawno już zaszło, pokrywając Saint Denis w lepkiej, letniej ciemności. Ale w Lemoyne nie było innej pory roku niż lato.
Kobieta siedząca obok Nikandros szturchnęła go kolanem. Materiały ich ubrań zaszeleściły, błękit sukni zderzył się z atramentowym garniturem.
– Ależ on trajkocze – westchnęła, trzepocząc wachlarzem. Miał ten sam odcień niebieskiego, co jej suknia, z białą falbaną i czarną koronką, plecioną w zawijasy i drobne kwiatki. Kobieta musiała zamówić cały strój u jednego krawca, bo nawet fascynator, mini kapelusz uczepiony u jej koka, był w tych samych odcieniach – Moja ciotka mniej mięła jęzorem na swoim trzecim weselu. A miała naprawdę dużo do powiedzenia. Wzięła za męża właściciela hotelu, który okazał się domem publicznym!
Kobieta skwitowała historię chichotem, chowając karmazynowe usta za wachlarzem. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia parę lat. Ciekawe, czy, podobnie jak Nikandros, została zwerbowana do reprezentowania rodziny na spotkaniu? Może gdzieś obok, rząd przed lub za, siedzi jej mąż, który zaciągnął ze sobą znużoną żonę? A może to ona wyciągnęła męża? Młoda potentatka, z portfelem pełnym banknotów, chcąca zrobić coś z bogactwem, który był jego kartą przetargową w znalezieniu żony?
Nikandros wsunął palec pod kołnierz, równie śliski od potu, co jego skóra. Mógł wybłagać rodziców, żeby pozwolili mu zebrać kontakty w Annesburgu, albo chociażby Blackwater. Ale nie, najmłodszy Lohengrin musi być trzymany na smyczy, obserwować, jak głowa rodziny prowadzi biznes, bo puszczony na wolność na pewno by sobie nie poradził. Pewnie zhańbiłby dobre imię Lohengrinów. Nawet gdyby tego nie zrobił, rodzice znaleźliby odpowiednią wymówkę, żeby utrzymać synalka u ich boku, by mogli trzymać na nim czujne oko.
Saint Denis przypominało piekło z każdej strony. Szczególnie atmosferycznie. Nikandros wsunął drugi palec pod kołnierz, chcąc poluzować krawat. Czując na sobie uważny wzrok kobiety siedzącej obok, która taksowała go głodnym spojrzeniem, odwrócił się w jej stronę, nie przerywając kontaktu wzrokowego. To, zadziwiająco, nie speszyło szlachcianeczki, której uśmiech powiększył się prawie dwa razy. Jej oczy błysnęły, niczym u głodnego drapieżnika, który zauważył zwierzynę. Nikandros widział to spojrzenie u kotów w stodole, gdy przed nosem przebiegała im polna mysz. Przełknął ślinę.
Jednak zanim mogło dojść do jakkolwiek bezbożnego aktu (czy też niewinnego flirtu), drzwi do sali huknęły, zamek i zawiasy jęknęły pod naporem. Wszyscy odwrócili się w stronę wejścia.
Sylwetka kogoś w wysokim, ranczerskim kapeluszu zamajaczyła się w pyle i dymie. Poły płaszcza zatrzepotały w gorącym powietrzu. Kobieta siedząca obok Nikandrosa zachłysnęła się powietrzem, zacisnęła palce na jego nogawce. Czas zatrzymał się na sekundę, wszyscy w audytorium wstrzymali oddech.
Nagle, ciszę przerwało kliknięcie odbezpieczanego rewolweru.
– Na kolana! Ręce w górę!
W sekundę bańka dezorientacji prysła, w sali, jakby po przyciśnięciu guzika, zapadł chaos. Piski, krzyki, szamotanie, szloch. Jak głupie zwierzęta zaganiane w do zagrody, wszyscy wpadli w panikę.
Zza postaci stojącej w drzwiach wypłynęły kolejne, uzbrojone po zęby, z zasłoniętymi bandanami twarzami i kapeluszami wciśniętymi nisko na czoło.
Ręka zaciśnięta na nogawce Nikandrosa pociągnęła go w dół. Stracił równowagę, lądując na brudnej podłodze. Poczuł, jak materiał garnituru ciągnie po ziemi, ocierając mu łokcie i kolana. Szlag, będzie musiał wybłagać rodziców o nowy.
Naprawdę? Myślał o swoich rodzicach podczas napadu?
– Wyciągajcie wszystko z kieszeni, na ziemię, już! – ryknął ktoś zza pleców Nikandrosa, kopiąc skulonego na ziemi bogacza w zamszowej marynarce. Mężczyzna jęknął, próbując opróżnić kieszenie w pozycji zwiniętego w kulkę jeża, ale ewidentnie nie zrobił tego wystarczająco szybko, bo dostał kolejnego kopniaka w żebra.
Wszystko działo się niewiarygodnie szybko, chociaż Nikandros miał wrażenie, że czas płynął w spowolnionym tempie, jak zanurzony w melasie. Kobieta skulona obok Nikandrosa, ta sama, która jeszcze chwilę temu odważnie kokietowała, drżała teraz, piszcząc i łkając pod nosem, schowana za swoim wielkim wachlarzem. Gdzieś w oddali ktoś przyszpilał jednego z biznesmenów do ściany, ktoś inny dostawał kopniaki w twarz, z innej strony słychać było rwanie drogich materiałów.
Nagle, przy uchu Nikandrosa szczęknęły ostrogi. Podniósł wzrok, tylko żeby skrzyżować spojrzenie z jednym z bandytów. Nie, bandytką.
Kobieta miała długie, ciemne jak smoła włosy, splątane wiatrem i przyprószone wszechobecnym w Saint Denis pyłem. Miała ciemne, przybarwione czymś usta i błysk w oku.
– Pieniądze, teraz – warknęła, stukając butem. Ostrogi zadzwoniły, drobne ząbkowane kółko zakręciło się w gęstym powietrzu rabunku. Kobieta z wachlarzem wybuchła płaczem, rzuciła przed siebie swoją torebkę i fascynator, poczęła w panice ściągać biżuterię z rękawic. Nikandros nie ruszył się ani o milimetr.
Banitka nie wydawała się zainteresowana kokietką i jej bogactwami, gdyż cały czas obserwowała Lohengrina ze zmarszczonymi brwiami.
– Pieniądze, powiedziałam. Wyciągaj wszystko z kieszeni.
Nikandros zacisnął szczękę. Nie mrugnął.
Bandytka wypuściła powietrze nosem niczym byk gotowy do szarży. W mgnieniu oka wyciągnęła zza pasa rewolwer, obróciła go kilka razy w dłoni i wycelowała lufę prosto w czoło Lohengrina.
– Kasa – wycedziła przez zęby – Teraz.
Kobieta obok ryknęła w przerażeniu, ale Nikandros ledwo co usłyszał, tak tętno dudniło mu w uszach. Dawaj, chciał powiedzieć, spróbuj tylko. Co niby się stanie? Mógłby się założyć, że jego ojciec bardziej martwiłby się kosztem pogrzebu, niźli stratą jednego z dzieci. Nie pierwszy, nie ostatni raz. A tego potomka na pewno mu by nie brakowało. Poza tym, czy Nikandros naprawdę miał dla czego żyć? Wszystko, co dotychczas robił, było dla dobra rodziny, nie dla siebie własnego. Jeżeli miał być szczery, ta cała sytuacja, w której właśnie się znalazł, była najbardziej ekscytującym przeżyciem, jakiego kiedykolwiek dotknęło. Czy to całkowita herezja, nazywać napad i atak na niewinnych czymś fascynującym? Jego serce nigdy nie biło tak szybko, jego krew nigdy tak nie buzowała, a mózg nie szumiał. Czy inni ludzie doświadczają tego częściej?
Z myśli pędzących niczym konie galopem wyrwał go jedynie chłód lufy przy jego czole. Banitka przycisnęła broń do jego twarzy. Odbezpieczyła ją z krzywym uśmiechem. Ale, z jakiegoś dziwnego, nieznanemu mu powodu, Nikandros nie czuł strachu. Wręcz przeciwnie. Po raz pierwszy w życiu czuł, jakby miał władzę nad sytuacją.
Nie przerywając kontaktu wzrokowego z celującą w niego bandytką, Lohengrin wyciągnął z kieszeni plik banknotów, rzucił go bezwiednie w stronę jednego z napadających. Nawet nie kobiety z rewolwerem przy jego czole, co ewidentnie ją zdezorientowało, gdyż jej dłoń zadrżała, lufa przejechała po wilgotnej od potu skórze. Nikandros wykorzystał sekundę dezorientacji i sunął po podłodze, podcinając nogi banitki. Zachwiała się, straciła równowagę, wypuściła broń z dłoni. To była jego szansa.
Jednak zanim mógł złapać rewolwer i wycelować go w kogokolwiek, czyjś but zagrodził mu drogę. Obcas nacisnął na jego wyciągniętą dłoń, a nerwy przeszył tępy ból.
– No proszę – ktoś cmoknął. But zwiększył nacisk na nadgarstku Nikandrosa, ale ten połknął jęk, zaciskając zęby – Ależ ktoś ma tupet.
Nikandros podniósł wzrok. Kobieta, która opierała nogę o jego dłoń, wyszczerzyła zęby, kiedy skrzyżowali ze sobą spojrzenia. Wyglądała znajomo.
Kiedy zwróciła głowę w bok, by warknąć coś do kogoś ze swojej bandy, Nikandros zauważył bliznę na jej policzku. I wtedy zrozumiał, skąd ją kojarzy.
Od jakiegoś czasu budynki publiczne w Saint Denis obklejone były listami gończymi, i to z niemałą nagrodą. Za złapanie głowy kogokolwiek z nieznośnego i zuchwałego gangu żerującego na dyliżansach kręcących się po bagnistych okolicach miasta. Oczywiście plakat z największą nagrodą opisywał liderkę bandy. Z charakterystyczną blizną na policzku. Całe 500 dolarów stało przed nim, w całej swojej okazałości, z błyszczącymi niczym kojot o północy oczami i palcami na odbezpieczonym karabinie.
Nikandros spróbował wyciągnąć dłoń, zrzucić z siebie ciężar buta, złapać za rewolwer, cokolwiek. Gdyby, jakimś cudem, złapał tę kobietę… Miałby nie tylko całe pięćset dolców, ale i może wreszcie pokazałby rodzicom, że nie jest beztalenciem, co nie nadaje się do niczego.
Ktoś krzyknął. Po ścianach odbił się huk wystrzału. Kolejne krzyki i piski.
Liderka z trzaskiem otworzyła karabin, nabiła go kolejnymi nabojami, leniwie rozglądając się po sali pełnej przerażonych ludzi.
– Pozbądźcie się wszystkich. Jak chcecie, byleby nie mogli słowa pisnąć o tym, kogo widzieli na mieście.
Ktoś znowu dostał kopa w głowę, gdzieś indziej słychać było chlust krwi i ciało poddające się ostrzu noża. Liderka zwróciła wzrok z powrotem na Nikandros, wijącego się pod jej obcasem.
– A ty? Ty się nam przydasz.
Zanim mógł jakkolwiek zareagować, but podniósł się z jego nadgarstka i uderzył metalowym dziobem w czoło. Tak mocno, że zachłysnął się powietrzem, a w jego uszach zaszumiało. I tyle.
Kiedy odzyskał przytomność, było już ciemno. Co gorsza, nie leżał na łóżku, czy też jednej z ulic Saint Denis (co i tak samo w sobie byłoby potężnym ciosem w godność), a na furmance. Nie w dyliżansie, tylko na zwykłym, transportowym wozie, jak wór grochu. W dodatku ze związanymi za sobą dłońmi. Fantastycznie, teraz rodzice na pewno przepiszą mu fortunę.
Czuł na sobie czyjś wzrok, wypalający mu dziury w podartym garniturze. Przez jakiś czas to ignorował, rozglądając się po okolicy.
Po ciemku każda preria wyglądała tak samo. Przynajmniej z jego perspektywy. Wysokie trawy, sucha gleba, wypłaszczone wzgórza majaczące się na horyzoncie… Wszystko poza miastami, zbudowanymi ludzkimi dłońmi, wyglądało podobnie. Jak nie bagna, to polany. Księżyc co noc zmieniał swój kształt i położenie, skąd Nikandros miał wiedzieć, jak orientować się w terenie? W mieście wystarczyły lampy i drogowskazy.
Nie był w stanie powiedzieć, ile czasu minęło od ataku w Saint Denis. Godziny? Dni? Suszyło go w gardle i czuł, jakby pęto zwierało mu żołądek, ale to nic nie znaczyło. Tamtego dnia nie zjadł śniadania, zbyt zajęty wybieraniem odpowiedniej chusty do butonierki.
Uczucie bycia obserwowanym było po jakimś czasie nie do zniesienia. Nikandros wrócił wzrokiem do furmanki, gdzie, naprzeciwko siebie, opartą o beczkę, napotkał jedną z bandytek. Tą samą, która w niego celowała podczas napadu. Którą podciął.
Obserwowała go zmrużonymi oczami, żując coś intensywnie. Tytoń.
– Mam coś na twarzy? – burknął Nikandros, próbując się wyprostować. Spętane dłonie mu na to nie pozwoliły.
Bandytka splunęła, otaksowała go od stóp do głów zimnym spojrzeniem, uśmiechnęła się krzywo.
– Zastanawiam się po prostu, co ona w tobie widzi. Czemu kazała nam cię zabrać.
Nikandros zacisnął zęby. O kim ona mówiła? O liderce gangu? Co ona niby od niego chciała? Jeżeli miała nadzieje na okup, to szybko się zawiedzie. Bandytka pociągnęła nosem.
– Umiesz strzelać?
– Tak.
– Kłamiesz.
– Skąd wiesz?
– Bo wiem. Masz mleko pod nosem, arystokraćku. Gówno wiesz o życiu.
Nikandros ugryzł się w język. Strzelał kiedyś, to prawda. Ale to nie znaczyło, że umiał. Strzelał do wypchanych sianem kukieł i jedyne co zyskał, to ośmieszenie się przed rodzeństwem. Bo nawet tym młodszym wychodziło lepiej.
– Poza tym, ona zbiera same zapchlone przybłędy. Pewnie zobaczyła w tobie dz–
Zanim banitka mogła skończyć wywód (zapewne zakończony kolejną obelgą), wóz zatrzymał się z jękiem kół. Bandytka wyciągnęła głowę za kozioł, obserwując to, co było przed końmi. Cmoknęła zębami, podniosła się z kucek, rozciągając ręce.
– Jesteśmy. No, to powodzenia fircyku.
Nikandros parsknął. Co jak co, ale fircykiem to on nie był. Jego bracia, może. Ale on…
Ktoś zszedł z wozu, bo drewno jęknęło pod zmianą ciężaru. Pewnie woźnica, kimkolwiek był. Była, patrząc na skład tego gangu.
I faktycznie, po krótkiej chwili stanęła przed nim kobieta. Oparła się o ramę furmanki, ściągnęła bandanę z twarzy. Liderka.
Zadziwiająco szybkim ruchem wskoczyła na wóz, złapała za związane nadgarstki Nikandrosa i podniosła go. Przerażająco łatwo i szybko jej to poszło.
– Zapraszamy w nasze skromne progi.
Obóz bandy składał się z kilku namiotów rozbitych wokół całkiem sporego ogniska, blisko zbocza góry. W głębi obozu majaczyła się jaskinia, wilgotna i chłodna. W jednym rogu jamy było rozpalone drobne ognisko, obok którego leżały skrzynie i beczki. Druga strona rozdzielała się na dwa korytarze, jeden prowadzący gdzieś w głąb. Drugi był ślepym zaułkiem. I tam zaprowadziła go banitka.
– Masz tu matę i koc. I rozpałkę, jakby ci za zimno było.
Rozcięła pęta wiążące jego dłonie. Nikandros od razu, niczym z automatu, zaczął masować obolałe nadgarstki. Ściany jaskini były zimne, mokre. Trudne do oparcia. Ale przynajmniej żwir pod nimi był suchy. Może ten cały koc nie zgnije w dzień, czy dwa.
Chciał zapytać się liderki bandy, czemu tak naprawdę go z nimi zaciągnęła, po co, czemu jest tutaj ewidentnie nie jako więzień, skoro go odwiązała. Ale kiedy podniósł wzrok, nikogo już przed nim nie było.
Powietrze w jaskini było ostre. Niezbyt świeże, nie jak lekki wiatr na zboczach wysokich gór, ale przynajmniej nie tak ciężkie i lepkie, jak to w Saint Denis.
Może Nikandros nie był więźniem, ale przyjacielem również nie – przy paszczy jaskini zawsze stał ktoś, zawsze pilnował zapasów i oglądał się za plecy, czy Nikandros dalej siedzi w swoim ślepym rogu. Próbował uciec w drugi korytarz, ale szybko napotkała go woda. Lodowata i głęboka, nie do przebycia przez kogoś, kto zdecydowanie nie potrafił pływać. Czy, jakimś cudem, oni o tym wiedzieli, czy po prostu przypuszczali, że Nikandros nie będzie chciał umrzeć z hipotermii? Kto wie.
Dostawał jedzenie. Niezbyt świeże, niezbyt różnorodne, bo każdego dnia było praktycznie to samo, ale go nie głodowali.
Piątego dnia (odliczał je, kreśląc linie w żwirze, uważając bardzo, żeby tylko ich nie rozkopać, kładąc się do snu) odwiedziła go liderka. Usiadła bez słowa na ziemi, oparta o wilgotną ścianę, i obserwowała go. Jak wilk obserwuje stado krów.
– Po co w ogóle tu jestem?
Cisza. Nikandros przełknął ślinę. Jego oczy przystosowały się do ciemności jaskini, ale rysy liderki jakimś cudem zlewały się ze wszystkim wokół niej. Jakby rozpływała się w powietrzu.
– Jeżeli oczekujecie okupu… Od razu mówię, czeka was spory zawód. Moja rodzina pewnie nawet nie zauważyła, że mnie nie ma. Trzeba było złapać kogoś innego z Lohengrinów–
– Wiesz, czemu cię z nami zabrałam? – Banitka podniosła się nagle, przerywając zdanie Nikandrosa.
– Przecież się zapytałem. To znaczy, że nie wiem.
Bandytka szczeknęła urwanym śmiechem. Spojrzała w stronę ujścia jaskini.
– Cały ten czas mogłeś wyjść. Wiesz o tym?
Nikandros zmarszczył brwi. Przecież tam stali wartownicy. Przynajmniej jeden. Jedna?
– One pilnują tylko zasobów. Żebyś nic nie zabrał. Nikt nie mówił, że nie możesz stąd wyjść.
– Nie jestem więźniem?
Liderka wyszczerzyła zęby w krzywym uśmiechu. Podała mu rękę, jakby chciała mu pomóc się podnieść, ale szybko ją oddaliła. Chciała, żeby zrobił to sam.
– Powiedzmy, że coś pomiędzy więźniem a gościem. Może, jak się postarasz, będziesz kimś więcej.
Szybko został zwerbowany do pracy. Nie narzekał zbytnio, i tak miał wrażenie, że zejdzie z nudów, siedząc w tej jaskini. Nie trwało jednak długo, zanim wszyscy się zorientowali, że nie nadaje się do robót ciężkich – inne kobiety z gangu zdecydowanie lepiej radziły sobie z noszeniem beli siana i cięciem drewna na opał. On za to miał zadziwiająco dużą (przynajmniej z perspektywy niewychowanych w miastach banitek) wiedzę na temat ubrań. Więc to na Nikandrosa padło zadanie prania, zszywania i konserwacji strojów bandy. Całkowita większość kobiet nosiła spodnie, ale znalazło się kilka chętnych na suknie, które Nikandros pomógł pozszywać z resztek innych materiałów na wymiar każdej reflektantki.
Po jakimś czasie przestał liczyć dni. Dostał nawet swój namiot, jego porcje posiłków stały się równe pozostałym członkom bandy. Wieczorami zaczął być zapraszany na wspólne siedzenie przy ognisku, gdzie w ciszy słuchał historii kobiet, tych prawdziwych i tych nie.
Zapomniał, że został de facto porwany. Cóż, nie zapomniał, ale przestał myśleć o tym, jak o porwaniu. Z jakiegoś powodu, jakiegoś dziwnego i trudnego do wytłumaczenia powodu, w gangu czuł się lepiej, niż pośród arystokracji. Niż obok rodziców. Przynajmniej kobiety pytały się, jak idzie mu zszywanie koszul. Czy może potrzebuje więcej materiału. Czy nie chciałby usiąść obok, przyjrzeć się rundce pokera. Jego rodzice nie zaprosiliby go do stołu, gdyby nie fakt, że kucharz wiedział, ile osób mieszka w domu i odpowiednio tyle porcji przygotowywał.
Nie wiedział, ile dni minęło, ile tygodni, od jego przyjazdu, kiedy liderka pewnego dnia wkroczyła pod jego namiot. Nadal nie znał jej imienia. Ale chyba nikt nie znał jej imienia.
– Robimy napad.
Nikandros mrugnął kilka razy.
– Czemu ja mam o tym wiedzieć?
– Robimy napad – powtórzyła liderka, odpalając papierosa, ignorując konsternację Nikandrosa – W Strawberry.
W namiocie zapadła cisza. Gdzieś w oddali słychać było stłumione warstwami materiału banjo i czyjś drżący głos. Powietrze wypełniło się nikotyną. Banitka zaciągnęła się papierosem, strzepała popiół na pożółkłą trawę pod jej butem.
– To będzie duża sprawa, więc potrzebujemy wszystkich. Ktoś musi zrobić dywersję. Odwrócić uwagę.
Nikandros zacisnął palce na materiale sukni, którą trzymał na kolanach. On? Dywersja?
Liderka zwróciła wzrok na falbany w jego dłoniach.
– Przebierzesz się. Nowobogacka panienka z miasta, co zagubiła się na prerii. Może szukasz noclegu, może cię okradli na szlaku. Coś, co odwróci uwagę od poczty, gdzie my zajmiemy się zbieraniem czeków.
– Zaraz, co–
– Nie zgrywaj głupka przede mną – mruknęła z dziwnie świadomym uśmiechem, jakby to ona pisała wszystkiemu scenariusz – Dobrze wiem, że ta suknia jest od wielu dni naprawiona. Ale z jakiegoś powodu, z jakiegoś dziwnego powodu, nadal masz ją w swoim namiocie. Nadal siedzisz nad nią wieczorami, chociaż nie z nićmi i igłami. Widzę twój cień. Siedzisz i trzymasz ją w rękach.
Nikandros przełknął ślinę, śliski materiał zaszeleścił, gdy mimowolnie przycisnął go do piersi. Miała rację. To była jedna z pierwszych sukni, którą naprawił. Głęboka zieleń z czarną koronką, wyszywane błyszczącą nicią kwiaty na gorsecie. Gęste warstwy falban w spódnicy mimo braku halki. Z jakiegoś powodu ciężar sukna w jego dłoniach był dziwnie uspokajający.
– Mówiłam ci, że możesz być kimś więcej, jeśli się postarasz. To jest twoja szansa.
Nikandros zwrócił wzrok na cienie gdzieś za jego namiotem, skulone wokół ogniska. Kobiety wesoło popijające wspólnie trunki, śpiewające razem pieśni. Kimś więcej. Może gdzieś tam, pośród radosnych przyśpiewek i wspólnych gier pijackich, znalazłoby się miejsce dla kogoś więcej.
Plan był prosty. Dwie grupy na ujściach z miasta, w razie problemów. Jedna robiąca dywersję w saloonie, druga zajmująca się faktyczną kradzieżą. Podzielona na pół – dwie osoby przed pocztą, dwie zajmujące się świadkami, oraz Liderka faktycznym zbieraniem czeków. No i Nikandros, jako ta druga dywersja, gdzieś na zewnątrz, w centrum miasteczka.
Tylko, jak się okazało po dotarciu do Strawberry, miasto nie miało centrum. Składało się z dwóch głównych ulic, przedzielonych rzeką i mostem. Jedną część miasteczka przejęła grupa dywersyjna z saloonu, co oznaczało, że Nikandros miał za zadanie odwrócić uwagę od budynku poczty… praktycznie przed budynkiem poczty. Świetnie.
Odziany w ciężką suknię, z kapeluszem i rękawiczkami do zestawu, niemało odstawał od bardziej… pospolicie odzianych mieszkańców Strawberry. Ale nikt z gangu w żaden kwaśny sposób nie skomentował jego przebrania. Wręcz przeciwnie – dostał nawet komplementy, że zieleń pasuje mu do odcienia włosów, a gorset całkiem dobrze opina talie. Ciekawe. Pamiętał, że jak matka przyłapała go jako smarkacza na grzebaniu w jej szafie, to dostał potężne baty. A tu, wśród banitów i bandytów, uzbrojonych po zęby na co dzień… nic. Z dnia na dzień zdawał sobie coraz bardziej sprawę z faktu, że jego własna rodzina, jego krew, była gorsza od gangu żyjącego poza prawem.
Strawberry było ciche i spokojne. Jakby uśpione, we mgle, wilgotne i rześkie po porannej mżawce. Nikandros zsiadł z konia, poprawił poły sukienki, rozejrzał się po okolicy. Stoisko lokalnego rzeźnika, starszy farmer palący fajkę przed hotelem, lokalny policjant zawieszający ulotki na tablicy informacyjnej. Tak. Cicho i spokojnie.
– Co w tak odległym od cywilizacji miejscu robi tak piękna panna?
Nikandros zastygł. Rzucił okiem wokół siebie, czy przypadkiem męski głos nie zagadywał kogokolwiek innego, ale nie.
Podniosła się, najzgrabniej jak mogła, otrzepała suknię. Odchrząknęła za aksamitną rękawiczką.
– Podróżowałam. Do Saint Denis. Ale niestety zgubiłam mój bilet na pociąg – blef wypłynął zza jej ust zadziwiająco gładko i bezboleśnie.
Mężczyzna, dość młody i schludnie ubrany, poprawił kapelusz. Zauważyła, że miał za pasem drobny nóż myśliwski i rewolwer. Niezbyt duża broń. Nikandros miała tyle samo podpięte pod spódnicą. Nie, nawet więcej. Dwa noże.
– Niezbyt blisko tu do stacji. Panienka zatrzymała się na nocleg?
Nikandros kiwnęła głową, wyprostowała kręgosłup. Ta cała sytuacja dała jej dziwny zastrzyk odwagi.
– To może odprowadzę panienkę na stację? Riggs jest całkiem niedaleko, ale w tych lasach niebezpiecznie puszczać tak piękne twarze samemu…
Poklepał swojego konia po boku, silnego, pociągowego siwka, z kłębem o łeb czy dwa wyższym niż zgrabny Andaluz Nikandros. Wyciągnął coś z juków przy siodle, obrócił w dłoniach. Srebro zabłysło w przychmurzonym słońcu. Grawerowany zegarek.
– Nie mogłabym odmówić–
Nagle przy poczcie wybuchło poruszenie. Skotłowane ciała wypadły przez drzwi. W zasłoniętych bandanami twarzach Nikandros rozpoznała członkinie gangu, które szybkimi ruchami wskoczyły na swe konie i mimo protestów ludzi ruszyły przed siebie. Ktoś krzyknął. Ze strony saloonu słychać było kilka postrzałów. Mocna dłoń zacisnęła się na jej ramieniu. Ten mężczyzna.
– Jest niebezpiecznie, musimy jechać!
Przeciągnął ją w stronę swojego rumaka i począł pchać i podnosić ją, ewidentnie chcąc posadzić ją za siodłem. Miał pistolet u pasa, nóż u boku. I błyskotkę za pazuchą. Jeżeli tak bogato zdobiony zegarek wyciągnął ot tak z sakwy, kto wie, co tam jeszcze trzymał?
Podbiła się na obcasach i wskoczyła na siodło. Kiedy kowboj niezdarnie wdrapywał się na siwka, ona upewniła się, że jej wierzchowiec był bezpiecznie i mocno przywiązany. Dobrze. Wróci po niego. A jak nie ona, to ktoś z gangu. Poradzi sobie. I ona, i koń.
Zacisnęła palce na boku mężczyzny, czując, jak on zachłystuje się powietrzem. Jak mięśnie powoli napinają się i rozluźniają pod jej dłońmi. Zacisnęła mocniej. Poradzi sobie. Ona. Sobie poradzi.
Wróciła do obozu gangu po kilku dniach. Jej suknia była pokryta warstwą kurzu i piasku, z podartą halką i naderwaną koronką. Jej włosy były zmierzwione, na policzku widniała smuga przeschniętej, rozmazanej krwi. Ale nie jej krwi.
Usiadła przy ognisku, spod połów spódnicy wyciągnęła podpięty pod pas worek. Pełen kosztowności. Kilka srebrnych, wygrawerowanych zegarków, klamry od pasków, dwie kamienne bransoletki i kolia.
– Trochę zabrudzone – przetarła jeden ze szlachetnych kamieni przy naszyjniku, błękit szmaragdu stłumiony karmazynem krwi – Ale da się wyczyścić. Wyczyszczę.
Zauważyła liderkę bacznie obserwującą ją z drugiego końca ogniska. Otaksowała Nikandros od przetartych kozaków przez przepasany kaburą gorset, do zabłoconych blond kosmyków przy czole. Banitka uśmiechnęła się i kiwnęła głową.
Nikandros odwzajemniła uśmiech. I nie zdjęła z siebie sukni, dopóki nie zaczęła się ona rozpadać w jej rękach. Jak to tylko się stało, znalazła sobie nową. Tej już nie dała sobie zakrwawić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz