— Witam na Alderaanie, panie Arden. Mam nadzieję, że podróż przebiegła bez większych zakłóceń. Nazywam się Hela Madas i będę pana główną opiekunką i przewodniczką podczas pańskiego pobytu w Domu Uzdrowienia Umysłu.
Mężczyzna powoli przekroczył próg. Wyprostowany, z dłońmi schowanymi w szerokich rękawach jasnych, idealnie skrojonych szat, tak łudząco dopasowanych do jasnego kamienia holu, obdarzył kobietę chłodnym i wyrachowanym spojrzeniem. Drobnej postury brunetka uśmiechnęła się do niego z wyuczoną, niemal mechaniczną uprzejmością.
— Nie działo się nic, co mogłoby budzić moje zastrzeżenia, dziękuję — odparł gładko, tonem niezmiennym, pozbawionym emocji.
— Miło mi to słyszeć — odpowiedziała automatycznie Hela, po czym zerknęła ponad jego ramię.
Schludnie ubrany młody mężczyzna trzymał się kilka kroków za panem Ardenem. Niebieskie oczy rozglądały się z ciekawością po głównym holu, aż w końcu spotkały się ze spojrzeniem pracownicy. Uśmiechnął się do niej lekko.
— A pan to…
— Leru, mój służący — przedstawił go krótko Arden.
— Rozumiem, miło cię widzieć Leru. — Kobieta uśmiechnęła się szeroko i skinęła w stronę toreb trzymanych przez służącego. — Zaraz kogoś poproszę, aby zabrał od ciebie bagaż.
Jak na zawołanie przy jej boku pojawił się chudy chłopaczyna w identycznym białym uniformie personelu.
— Nie ma takiej potrzeby — odezwał się momentalnie Arden i odprawił chłopaka machnięciem ręki. Pracownica uniosła brwi w niemym pytaniu, na co odparł twardo: — Poradzimy sobie. Czy mogłaby pani wskazać nasze kwatery? Chciałbym chwilę odpocząć zanim przystąpię do zwiedzania ośrodka.
— Oczywiście, proszę za mną.
Ruszyli w głąb ośrodka. Przestronny hol ustąpił miejsca ciągowi krętych, sterylnie czystych korytarzy. Zewsząd dobiegały ciche rozmowy i szum sztucznych kaskad - miejsce sprawiało wrażenie luksusowego azylu, ale pod zapachem kadzideł i grającej muzyki, skrywał się wręcz szpitalny chłód. Goście, których mijali po drodze, przemieszczali się bez pośpiechu, z jednakowymi, łagodnymi uśmiechami przyklejonymi do twarzy, nikomu nie towarzyszyła ta charakterystyczna nerwowość, którą można było zauważyć w placówkach medycznych. Czas płynął powoli, każdy uczestniczył w tej przestrzeni na własnych warunkach.
— Czy to pana pierwsza wizyta na Alderaan? — zagadnęła opiekunka, gdy pokonywali kolejny długi korytarz.
— Nie — odparł krótko Arden. — Byłem już tu wcześniej… w interesach.
Kobieta skinęła głową, po czym zerknęła przez ramię na młodszego z mężczyzn.
— A ty Leru? Byłeś już tu kiedyś?
— Niestety nie. To w ogóle moja pierwsza taka większa wyprawa tak daleko od domu.
— Och! Naprawdę? W takim razie koniecznie musisz znaleźć czas na spacer po tutejszych wzgórzach. Na pewno ci się spodoba tutejszy klimat! — paplała pogodnie, a Leru jedynie potakiwał jej z lekkim uśmiechem.
Pan Arden zignorował jej pogodny świergot. Przesuwał wzrokiem po ostentacyjnych posągach i pejzażach zdobiących oślepiająco białe ściany ze synthstonu, rejestrując każdy istotny szczegół: układ kamer, rozmieszczenie strażników pod przebraniem obsługi i ten sam, niezmienny, utrwalony uśmiech na twarzy każdego pracownika, jakiego minęli. Alderaan słynął z piękna i architektury wkomponowanej w górski krajobraz, ale ten konkretny ośrodek wzniesiono tak, by żaden niepożądany gość nie mógł się z niego niepostrzeżenie dostać, a tym bardziej wydostać.
— I jesteśmy na miejscu — oznajmiła nad wyraz radośnie Hela i drzwi rozsunęły się przed nimi z cichym sykiem pracującego mechanizmu.
Mężczyźni przekroczyli próg i rozejrzeli się przelotnie. Salon — część wspólna — był dosyć duży i połączony z w pełni wyposażoną kuchnią, gdzie również znajdował się niewielki, ale solidny, kamienny stół.
Poza wyjściem na balkon Arden zauważył jeszcze troje drzwi, które musiały prowadzić do jego sypialni, łazienki, a także zakwaterowania Leru.
— I co pan sądzi?
Spojrzał na stojącą przy wyjściu kobietę.
— Zadowalające.
— Cieszę się. Na stoliku w sypialni znajdzie pan rozpiskę godzin zaplanowanych sesji i posiłków. Podobna lista będzie też dostępna dla pańskiego sługi. W razie jakichkolwiek wątpliwości proszę skorzystać z komunikatora, który połączy się bezpośrednio ze mną. Czy mogę jeszcze jakoś panu pomóc?
— Nie, dziękuję.
— Zatem nic tu po mnie. Proszę odpocząć i życzę miłego pobytu.
Posłała im ostatni przesadnie radosny uśmiech, po czym opuściła pokój. Arden od razu zabezpieczył drzwi od środka. Spojrzał znacząco na Leru i bez słowa rozpierzchnęli się po salonie. Sprawdzili każdy kąt. Przetrząsnęli każdą szafkę. Nic. Same produkty spożywcze i podstawowe wyposażenie, jakiego można było się spodziewać po miejscu uzdrowiskowym.
— W łazience czysto — oznajmił przyciszonym głosem młodszy z mężczyzn, gdy znowu zebrali się w salonie. — Brak jakichkolwiek urządzeń przechwytujących dźwięk, czy obraz.
— W sypialniach tak samo. Jednak nie możemy od razu opuszczać gardy. Personel sprzątający może w każdym momencie coś niezauważenie podłożyć.
Sługa skinął głową. Jego oblicze spoważniało, a z ust zniknął łagodny i wyuczony uśmiech.
— I co teraz, Eliasie?
Mistrz odetchnął i usiadł na dużej sofie, obłożonej miękkimi, ozdobionymi kwiecistym haftem poduszkami. Rzucił partnerowi jeden z zawiniętych pergaminów, o których wcześniej wspomniała opiekunka.
— Zapoznajmy wstępnie z planem na najbliższe dni.
Isidoro natychmiast złamał woskową pieczęć i przesunął wzrokiem po odręcznie zapisanej zawartości.
— Jutrzejszy dzień wydaje się być niezwykle… spokojny. — Elias mu przytaknął, słuchając i również śledząc wzrokiem rozpiskę, Isidoro kontynuował: — Spacer po ogrodach, herbatka, medytacja, terapia… potem masaże, a w międzyczasie przewidziane przerwy na posiłki, a od wieczora czas wolny. Każdy kolejny dzień rozplanowany jest niemalże tak samo.
— Jednak naszym priorytetem jest ta terapia — odparł Elias i odrzucił na bok kartkę. — I obserwacja.
Cała ta misja zaczęła się dość niepozornie – od nic nieznaczących plotek. Z czasem urosły one w siłę i przerodziły się w niepokojące szepty, które dotarły do samego Zakonu. Rada Jedi nie mogła ich zignorować. Postanowiła niezwłocznie przyjrzeć się zyskującemu wśród zamożnych na popularności Domu Uzdrowienia Umysłu na Alderaanie.
Szybko się okazało, że obawy Jedi były jak najbardziej uzasadnione. Na światło dzienne zaczęły wychodzić coraz bardziej zatrważające fakty odnośnie tego ekskluzywnego sanatorium. Wpływowi pacjenci po jednej wizycie wracali zupełnie odmienieni zarówno pod względem charakteru jak i poglądów politycznych. Doprowadziło to do zerwania wieloletnich sojuszy i ryzykownych decyzji biznesowych, które w dziwny sposób sprzyjały tajemniczym, nowym graczom na scenie galaktycznej.
— Jak mija panu pierwszy dzień w naszych skromnych progach?
Elias podniósł wzrok na wysoką szatynkę o kręconych włosach. Jej przenikliwe oczy wpatrywały się w niego łagodnie, błyszcząc ciepłym odcieniem brązu, który komplementował jej ciemniejszą karnację. Miły i serdeczny uśmiech gościł na pełnych, lekko podkreślonych kolorem ustach.
— Spokojnie — odpowiedział po chwili, wytrzymując bez mrugnięcia intensywne spojrzenie, siedzącej naprzeciwko niego uzdrowicielki.
Tala Vikar, dyrektorka Domu Uzdrowienia Umysłu, sprawiała wrażenie osoby idealnie poukładanej. Rozwiązywaniu cudzych problemów oddała całe życie. Każdy jej gest był opanowany, a ton głosu opanowany tak, by budzić zaufanie i naturalnie skłaniać do najgłębszych zwierzeń.
Elias trzymał dystans – wyprostowany i sztywny, zatopiony w miękkim fotelu. Niczym zwierzyna, które nie wie czy trafiło na przypadkowego wędrowca, czy może tropiącego ją myśliwego – oczekiwał na coś, co zdradzi jej prawdziwe intencje.
— Rozumiem. A czy czuje się pan tu bezpiecznie?
Elias uniósł brwi.
— Wystarczająco bezpiecznie. Skąd to pytanie?
— Słyszałam, że podczas zbiorowej medytacji nie radził pan sobie najlepiej — zauważyła, jednak jej ton nie zdradzał ani odrobiny uszczypliwości, brzmiała na szczerze przejętą. — Nie mógł się pan zrelaksować, prawda? Nawet teraz mam wrażenie, że pana umysł pracuje na najwyższych obrotach. Bez chwili wytchnienia.
Mężczyzna wzruszył lekko ramionami.
— Cóż... chyba po to tu jestem, czyż nie? By nauczyć się nad tym panować — spojrzał na nią znacząco, a dyrektorka odpowiedziała szerokim uśmiechem.
— Oczywiście. A jak ze snem? Wyspał się pan tej nocy?
Elias ledwo się powstrzymał przed przewróceniem oczami.
— Nie. Zdziwiłbym się gdyby było inaczej.
— Rozumiem. — Pokiwała ze zrozumieniem i kliknęła coś na terminalu. — We wstępnym wywiadzie wspomniał pan, że problemy ze snem zaczęły się po wypadku, zgadza się?
— Tak.
— I objawiają się…
— Niemożnością zaśnięcia. Nic nie jest wstanie mnie uśpić, żadne leki, żadne magiczne sztuczki. Jedynym wybawieniem jest padnięcie z wycieńczenia, ale i wtedy sen nie trwa zbyt długo ze względu na koszmary. — Posłał dyrektorce długie spojrzenie. — Ale pani już to na pewno wie.
Nie mówił całej prawdy, ale też nie kłamał. Wyolbrzymił tylko kilka szczegółów, żeby wystarczająco zainteresowała się jego przypadkiem.
— Tak. Posiadam te informacje.
— Więc po co od nowa drążyć temat?
— Chciałam to usłyszeć z pana ust.
— A więc usłyszała pani.
Kobieta ani przez chwilę nie przestała się uśmiechać. Wciąż łagodna, spokojna, niczym latarnia na morzu, niewzruszona wrogimi falami, mimo że groziły i podważały jej pozycję we własnym gabinecie.
— Słyszałam też, że przybył pan z osobistym służącym. Leru, tak? — Elias nawet nie drgnął, nie mrugnął i nawet nie mruknął, po prostu patrzył się na nią bez wyrazu. — Chciałabym się dowiedzieć jak pan się czuje w jego towarzystwie.
— Dobrze.
— Jest zaznajomiony z pana przypadłością?
— Wie wystarczająco dużo, by należycie wykonywać swoje obowiązki.
Dyrektorka uśmiechnęła się szerzej. Nachyliła się lekko w dużym, miękkim fotelu.
— Czyli nie skłamię, jeśli powiem, że ma pan przed nim pewne tajemnice?
— Każdy ma jakieś tajemnice.
— Mam jednak nadzieję, że my ich przed sobą nie będziemy mieć.
Elias uniósł brwi na tak śmiałe stwierdzenie, jednak nic nie odpowiedział.
Uzdrowicielka bez słowa sięgnęła do stojącego obok stolika i wyciągnęła z szuflady niepozorną buteleczkę. Zaprezentowała ją pacjentowi z błyskiem w oku.
— Mam dla pana coś, co pomoże ze snem.
Mężczyzna potarł nasadę nosa i westchnął ciężko:
— Mówiłem już, że próbowałem wszystkiego…
— Proszę mi zaufać. — Ciepła dłoń wylądowała uspokajająco na jego kolanie. — Na pewno nie będzie pan zawiedziony.
Buteleczka zniknęła w dłoni Isidoro, żeby zaraz błysnąć w sztucznym świetle lamp, podczas gdy Jedi próbował zbadać jej zawartość. Przez barwione szkło można było dostrzec delikatnie mieniące się niczym kryształy tabletki, których skład jak i samo zastosowanie pozostawały tajemnicą.
— Nigdy nie widziałem takich leków. Powiedziała, że mają pomóc ze snem?
Elias przytaknął ze swojego miejsca na kanapie. Wciąż czuł widmo dotyku na kolanie i echo obietnicy, która w ustach dyrektorki Vikar brzmiała bardziej jak najbardziej oczywisty fakt, niż kłamstwo mające tylko zamydlić oczy i dać złudną nadzieję.
— Mogą to być rzeczywiście zwykłe leki nasenne, ale co jeśli to jednak co innego?
— W takim razie musimy się przekonać.
Isidoro spojrzał na niego wzrokiem, tym co zawsze, gdy dzielił się mało trafnym przemyśleniem.
— Chyba nie masz zamiaru…
— Była bardzo pewna siebie — zauważył mistrz i podniósł się na nogi. — Naprawdę myśli, że może mi pomóc, więc muszę jej pokazać jak bardzo się myli. Dlatego najpierw muszę się dowiedzieć, co takiego mi dała.
— To jedynie niepotrzebne ryzyko.
— Przecież nie mam zamiaru umierać.
— Zamiar to jedno, a drogi losu często okazują się inne.
— Więcej wiary, Isidoro. Gdyby los chciał mojej śmierci, to umarłbym już dawno temu, a teraz oddaj mi butelkę.
Wyciągnął rękę i spojrzał znacząco na byłego ucznia. Ten zawahał się, ale w końcu ustąpił.
— Nie podoba mi się to — odparł Isidoro z niepokojem obserwując, jak Elias wyciąga bezbarwną tabletkę wielkości paznokcia.
— Mi też nie, ale mamy misję do wykonania.
— I jak się spało, panie Arden?
Dyrektorka Vikar powitała go promiennym uśmiechem, a gdy tylko usiadł podsunęła mu pod nos miskę wypełnioną po brzegi lokalnymi owocami i mimo że wyglądały pysznie, to odmówił stanowczym machnięciem ręki.
— Dziękuję. Można powiedzieć, że bez zmian. Pani leki nie zadziałały.
— Nie zadziałały? — powtórzyła, nie tracąc ani na chwilę pogodnego wyrazu twarzy. Rozsiadła się wygodniej w fotelu, splatając palce obu dłoni. W jej oczach nie było widać nawet błysku zaskoczenia, a raczej fascynację badacza, który trafił na wyjątkowo oporny okaz. — Fascynujące. A jednak nie wygląda pan na kogoś, kto zmaga się ze skutkami nieprzespanej nocy. Wydaje się pan... spokojniejszy.
Elias poczuł jak od tego pozornie troskliwego głosy przechodzą go dreszcze. Lek zadziałał, ale inaczej niż się spodziewał. Tabletka nie uśpiła jedynie jego ciała, ale stępiła ostre krawędzie jego emocji, próbując osłabić czujność i połączenie z Mocą.
— Myli się pani — odparł jak zwykle beznamiętnie z twarzą pozbawioną emocji. — Jestem już do tego przyzwyczajony.
— Albo po prostu stawia pan opór przed uzdrowieniem — odpowiedziała miękko dyrektorka. — Wie pan, dlaczego większość leków na pana nie działa? Ponieważ pan nie chce wyzdrowieć. Boi się pan, co się stanie, gdy wreszcie pan odpuści.
— Co odpuszczę?
— Złudną kontrolę nad emocjami.
Mężczyzna nie odważył się nawet drgnąć. Musiał przyznać, że trafiła niebezpiecznie blisko skrywanej prawdy. W końcu dla Jedi kontrola była wszystkim – uległość, czy brak ogłady oznaczały podatność na manipulację z Ciemnej Strony i nie tylko.
— Złudną?
— Nikt nie jest całkowicie zdolny do odcięcia się od własnych emocji. Oczywiście poza Jedi, ale pan nie jest jednym z nich, prawda?
— Nie, nie jestem — odparł chłodno.
— Dlatego nie powinien pan dusić w sobie uczuć, to tylko panu zaszkodzi.
Elias nie odpowiedział. Musiał wyglądać na nieprzekonanego, bo dyrektorka szybko dodała:
— Proszę się od razu nie zrażać. Do wszystkiego dojdziemy z czasem.
— Jestem zajętym człowiekiem, nie mam całego czasu w Galaktyce — przypomniał jej, na co tylko się lekko zaśmiała.
— Oczywiście mam to na uwadze, panie Arden. Ale skupmy się teraz na czymś innym. Porozmawiajmy o pana koszmarach. — Sięgnęła po terminal, przesunęła palcem po ekranie i znalazłszy interesujący ją fragment raportu medycznego kontynuowała: — We wstępnym wywiadzie wspomniał pan, że najczęściej dotyczą wypadku. Czy mógłby mi pan opowiedzieć coś więcej?
— To znaczy?
— Czy są odtworzeniem wypadku? A może przebiegają zgoła inaczej niż wydarzenia z tamtego dnia?
— One… — Zawahał się, zmarszczył brwi i potrząsnął głową. — To tak jakbym w kółko przeżywał ten sam dzień.
Dyrektorka uśmiechnęła się ze współczuciem, którego Elias nie rozumiał i wcale nie potrzebował.
— Jak one wyglądają?
— Czy to naprawdę jest konieczne?
— Może akurat dowiemy się jakiś pomocnych informacji. Proszę się nie krępować. Nie musi mi pan mówić wszystkich szczegółów.
Ciężkie westchnięcie uciekło spomiędzy ust mężczyzny. Wyprostował się i zamyślił na moment, wodząc nieobecnym wzrokiem po obrazach rozwieszonych w gabinecie. Były nijakimi, monochromatycznymi pejzażami bez duszy, jakby ich autor był wyprany z wszelkich emocji. Czasami też się tak czuł.
— Zaczynają się zawsze tak samo — zaczął ostrożnie, jednak z każdym kolejnym słowem, ku własnemu zaskoczeniu, nabierał coraz większej pewności i śmiałości. — Siedzę na statku, miejsce obok mnie jest niezmiennie zajęte. Mój towarzysz podróży uśmiecha się do mnie, opowiada o miejscach, które mi pokaże, gdy tylko wylądujemy. Nim skończy snuć plany, przerywa mu odgłos wybuchu, a wraz z nim przychodzi chaos. Pojawiają się obce, uzbrojone postacie, a ja zdaję sobie sprawę, że straciłem mojego towarzysza z oczu w tłumie spanikowanych pasażerów i napierających oprawców. Krzyczę, ale mój głos zostaje zagłuszony przez kolejne wybuchy i na tym kończy się sen.
— I co pan krzyczy?
— Alastair — szepnął cicho, jakby samo imię miało przywołać do głowy nieproszone obrazy. Poczuł znajomy, miażdżący ból w klatce piersiowej, zwykle wyciszony, ale teraz na nowo obudzony i rozgrzebany do krwi dawnymi wspomnieniami.
— To imię pana towarzysza?
— Tak, był… mi drogim przyjacielem.
— Bardzo mi przykro.
— To było dawno temu. Już dawno się z tym pogodziłem. Przeszłość pozostaje przeszłością, a śmierć jest naturalną kolejnością życia.
— Czyżby? — zagadnęła z błyskiem w oku. — Te koszmary mówią co innego.
— To tylko sny. Mimo że są dotkliwe, to nie mogę pozwolić by mną rządziły. Rozumiem kryjący się za nimi ból i akceptuję go takim jakim jest, ale nie trzymam się go.
— Nie pozwala sobie pan na żałobę.
Westchnął ciężko i pokręcił głową.
— Minęło tak wiele lat, już dawno mam żałobę za sobą.
— Więc skąd te koszmary?
— Nie wiem, to pani jest do odpowiadania na takie pytania — odparł twardo, na co uśmiechnęła się pod nosem.
— Zgadza się. Czy chciałby pan usłyszeć, co o tym myślę?
— Proszę bardzo.
— Czuje się pan winny.
— Słucham?
— Nie mówi mi pan wszystkiego, ale widzę, że obwinia się pan za śmierć przyjaciela.
— To dość śmiałe wnioski. Katastrofa była jedynie nieszczęśliwym wypadkiem.
— Nieszczęśliwym wypadkiem, z którego pan wyszedł bez szwanku, a on nie — powiedziała cicho Tala, nachylając się ku niemu. W jej oczach nie było cienia osądu, jedynie głęboki, niemal hipnotyzujący spokój. — Właśnie to pana dręczy. Przeżył pan, podczas gdy ktoś dla pana ważny zginął. I to poczucie winy, ta nieznośna myśl, że mógł pan zrobić coś więcej, żywi pana koszmary.
Elias długo milczał. Co ona może o tym wiedzieć, przeszło mu pierwotnie przez myśl, ale lek wciąż krążący w jego żyłach mącił mu w głowie i sugestie dyrektorki nagle wydały się być sensowniejsze i logiczniejsze, niż chciałby przyznać. Zacisnął palce na podłokietniku. Odezwanie się teraz mogłoby go tylko bardziej odsłonić, co oczywiście w tym wypadku nie wchodziło w rachubę.
Dyrektorka ani trochę nie poczuła się dotknięta jego oporem. Bezszelestnie odłożyła terminal i uśmiechnęła się w ten znajomy, ciepły sposób.
— Na dzisiaj wystarczy i tak zrobiliśmy duże postępy. Dziękuję i do zobaczenia jutro, panie Arden. Mam nadzieję, że dzisiaj nie dosięgną pana koszmary.
Tej nocy przyjął kolejną dawkę. I następnej także. Z każdą kolejną tabletką powtarzał sobie, że ma nad tym kontrolę, że ten lek nie zachwieje jego woli i nie przyćmi zawierzonego Mocy umysłu.
Uczestniczył w kolejnych rozmowach z dyrektorką, przekonany, że zachowuje czujność, podczas gdy w rzeczywistości uchylał przed nią kolejne drzwi. Kiedy opuszczali pokój personel przychodził i sprzątał, ale Jedi wiedzieli, że to były tylko pozory i że ich apartament znajdował się pod ciągłą obserwacją. Pracownicy zawsze szukali czegokolwiek, co mogłoby zasugerować, że szanowny pan Arden stawia opór wobec ustalonego planu leczenia.
W tym samym czasie, gdy Elias pogrążał się w złudnym uśmiechu dyrektorki, Isidoro odkrywał najciemniejsze zakamarki domu uzdrowienia. Wtopiony w tłum krążących po korytarzach sług podsłuchiwał urwane rozmowy między personelem i badał tutejsze systemy bezpieczeństwa.
— Naprawdę uważasz, że powinieneś to dalej brać? — zapytał go Isidoro pewnego wieczoru, wskazując na pustoszejącą buteleczkę. Jakiś czas wcześniej próbował namówić go do wspólnej medytacji, ale Elias odmówił, uciekając przed prześladującym go duchem Alastaira.
— Muszę być wiarygodny. Od razu by zauważyła, że ich nie biorę — odparł Elias, ale jego głos był ściszony, pozbawiony dawnego spokoju i pewności. — Ale nie martw się, kontroluję to.
Były uczeń posłał mu długie, zaniepokojone spojrzenie.
— Nie widzisz tego, co z tobą robią?
— A co robią? Wysypiam się, nie mam już koszmarów, nie rozpamiętuję przeszłości.
— Przecież zawsze mi powtarzałeś jak ważne są nasze wspomnienia.
— Najwyraźniej nie wszystkie.
Isidoro westchnął z niedowierzaniem i umilkł. Opadł ciężko na kanapę, przetarł dłońmi twarz i pozwolił ciału wtopić się w miękkie poduszki ze wzrokiem skierowanym w nieskazitelnie biały sufit. Od panującej zewsząd jasności można było oszaleć, nie mówiąc już o bolących oczach. Elias tuż obok obracał w palcach buteleczką.
— Czy robisz jakieś postępy z dyrektorką?
— Niezbyt. Widzi we mnie jedynie wyjątkowo upartego i dziwnego pacjenta. Jestem zagadką, którą za wszelką cenę chce rozgryźć.
— Bawisz się z nią — wyszeptał Isidoro z bólem.
— Nie — zaśmiał się bez humoru. — To ona bawi się mną.
Młody Jedi zerknął na mistrza z przerażeniem kryjącym się w oczach. Elias tego nie dostrzegł. Zauważył wprawdzie zmianę w zachowaniu Isidoro i zastanawiał się mętne, co tak kłopotało myśli jego przyjaciela, całkowicie ślepy na fakt, że to jego własny, powolny upadek był tego powodem.
— Dowiedziałem się dzisiaj czegoś ciekawego — odezwał się niepewnie Isidoro. — Jest takie miejsce, które nazywają “Sanktuarium Ciszy”. Ponoć odbywają się tam bardziej zaawansowane sesje terapeutyczne, dostępne tylko dla nielicznych.
— Wiesz gdzie to jest?
Isidoro pokręcił głową.
— Można się tam dostać jedynie za pośrednictwem dyrektorki.
— W takim razie jeszcze wszystko przede mną.
Tala pełnym gracji ruchem rozlała do dwóch krystalicznych kielichów ciemnego, wpadającego w krwistą czerwień płynu. Słodki zapach wina rozniósł się po gabinecie, mieszając się z nutą kadzideł.
— Jaka jest twoja relacja z Leru?
— Z Leru? — zdziwił się Elias.
Dyrektora podała mu kielich wina i mimowolnie zwilżył nim usta. Nigdy nie przepadał za alkoholem, ale to konkretne, serwowane mu przez samą dyrektorkę, pozostawiało na języku kuszącą i uziemiającą słodycz, która przynosiła mu spokój.
— Jestem ciekawa co was łączy.
— Jest moim towarzyszem — odpowiedział ostrożnie, ignorując mgłę spowijającą jego umysł i wspomnienia. — Lubię jego obecność.
Zawsze uważał, że przyjaźń z Isidoro została mu przeznaczona i prowadzona przez samą Moc. Dopełniali się tam, gdzie drugi miał słabości, a już od pierwszego spotkania łączyła ich wyjątkowa więź dusz, która pozwalała im na zrozumienie się bez słów. A jednak teraz w miękkim fotelu gabinetu, to wspomnienie zdawało się zniekształcone i tak niewyraźne i odległe, jakby było tylko snem.
— Czy jest zastępstwem Alistaira? — zapytała wprost, na co zauważalnie się spiął i zmarszczył brwi. Cień dawnego bólu znowu chwycił go za pierś.
— Nie.
— Na pewno? — Dyrektorka nachyliła się w jego stronę i przesunęła wzrokiem po spiętych barkach i zbolałym wyrazie twarzy. — Bo z pana opowieści wynika, że jesteście ze sobą dosyć blisko.
— Bo jesteśmy, ale to nie znaczy, że jest zastępstwem. — Zacisnął palce na szyjce kielicha, ale szybko się uspokoił z cichym westchnięciem. — Cenię go za to kim jest, czasami myślę, że… może nawet moglibyśmy się zaprzyjaźnić.
— Ale przecież jest sługą.
Elias wzruszył ramionami.
— To nic. Zależy mu na mnie.
— To, że się o pana troszczy, nie znaczy od razu, że chce dla pana tego, co najlepsze.
— Co chce pani przez to powiedzieć?
— To, że Leru może nie być tym, kim się panu wydaje.
Nie odpowiedział. Chciał zaprzeczyć, bronić Isidoro, ale nagle uznał, że dyrektorka mogła mieć rację. Isidoro zmienił się przez ostatnie kilka tygodni. Patrzył na niego z ukrycia tym dziwnym, drażniącym wzrokiem, odzywał się rzadko, a jeśli już rozmawiali to kończyło się to na kłótniach i podważaniu decyzji mistrza. Czy Isidoro naprawdę życzył mu dobrze? Czyż nie widzi tego, że robił to wszystko tylko dla misji? A może po prostu przestał mu ufać?
Dyrektorka odchrząknęła, a Elias od razu podniósł na nią mętny wzrok.
— Chyba wiem, co pozwoli panu całkowicie wydobrzeć — powiedziała ze słodkim, hipnotyzującym uśmiechem. — Skończą się pana wszystkie zmartwienia i zapomni pan w końcu o nieprzespanych nocach, koszmarach, poczuciu winy, czy nawet o tym strasznym wypadku.
Mężczyzna poczuł jak resztki napięcia opuszczają jego ciało, a wszelki opór ustępuje pod przenikliwym wzrokiem dyrektorki. Rozluźnił się w fotelu, pozwalając by ciężar jego ciała wcisnął go w miękkie obicie, nie zauważając nawet cierpkiego posmaku jaki kolejny łyk wina pozostawił na jego ustach.
— Co robisz?
Długi, ponury cień padł na plecy pochylonego nad szafką Isidoro. W jego dłoni błysnęła buteleczka. Zerknął przez ramię na stojącego w progu Eliasa. Choć drobnej postury, Jedi niósł za sobą cień, mroczniejszy niż panujący w sypialni półmrok. Światło padające z salonu oślepiło Isidoro, uniemożliwiając odczytanie wyrazu twarzy mistrza.
— To co widzisz — odpowiedział Isidoro.
— Widzę, że próbujesz zaszkodzić misji. Po czyjej jesteś stronie?
— Mógłbym zadać ci to samo pytanie.
Jedi wyprostował się ostrożnie, a Elias zrobił krok naprzód. Jego ruchy były powolne, sztywne, a w powietrzu wyraźnie czuć było chłód i dziwne, nienaturalne wahania Mocy.
— Odłóż to — rozkazał twardo, głosem tak niepodobnym do siebie.
— Nie mogę. Nie pozwolę byś dalej się tym truł.
— Robię to dla dobra misji.
— Okłamujesz sam siebie. Straciłeś nad tym kontrolę. Co by powiedział Alastair, gdyby zobaczył cię w takim stanie?
— Nie wypowiadaj tego imienia — syknął mistrz i pokonał dzielących ich dystans. Isidoro wzdrygnął się, dostrzegając teraz w jasnych oczach spowijający je obłęd.
— To nie była twoja wina — wyszeptał.
— Zabiłem go. Przeze mnie nie żyje.
— To był wypadek.
— Nie.
— Nic nie mogłeś zrobić...
— Mogłem go uratować! — krzyknął Elias, rozdzierając panującą w kwaterze ciszę. Isidoro zamarł. Moc Eliasa emanowała skrywanym przez lata bólem.
— Nie mogłeś wiedzieć, że to się wydarzy. Nie jesteś wszechmogący, nie znasz tajemnic losu.
— No tak, bo nie jestem tobą. Nie mam twojego daru.
Ostatnie słowa były jak cios wymierzony w policzek Isidoro, który bolał mocniej, niż palce zaciśnięte z nienaturalną siłą na jego nadgarstku.
— Nie poznaję cię. Sam mnie uczyłeś o pokorze wobec losu i Mocy. Zawsze powtarzałeś, że trzeba znaleźć balans pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, nie pozwolić by złe wspomnienia przysłoniły te dobre. Czy sam nie mówiłeś, że żałoba to tylko dowód na to, że miłość jest silniejsza od śmierci?
Mętne spojrzenie mistrza złagodniało, jednak gdy kątem zauważył błysk buteleczki, skrzywił się i próbował ją wyszarpnąć, ale Isidoro nie ustąpił. Zaczęli się przepychać i szarpać, aż wreszcie Elias rzucił się na drugiego Jedi. Obaj przewalili się z hukiem na podłogę, a buteleczka rozprysła się obok nich na ostre drobiny, rozsypując całą zawartością.
Szamotanina ustała tak szybko, jak się zaczęła. Obydwaj ciężko oddychali. Dostrzegłszy krew na wardze byłego ucznia, Elias zamrugał niepewnie jak dziecko przebudzone z okropnego snu. Rozluźnił zaciśniętą w gniewie szczękę, przekonany, że zaczynają go trapić majaki.
— Mistrzu, to ja — wyszeptał drżącym głosem Isidoro, a oczy zaszkliły się od nie wylanych łez. — Twój Isidoro. Nie poznajesz swojego Isidoro?
Odsunął się od niego gwałtownie, z przerażeniem i oszołomiony zalewającymi go coraz bardziej falami okrutnego zrozumienia. Osunął się na podłogę, klęcząc bezradnie przy podnoszącym się młodszym Jedi. Elias nie mógł z siebie wydusić słowa.
Przez chwilę siedzieli w ciszy, podobni do tych, którzy trwają na krawędzi snu pełnego zmór, jeszcze nie wiedząc, czy to przed czym się tak bronią to tylko jawa, czy złowieszcza rzeczywistość.
Pierwszy poruszył się Isidoro; chwycił drżącą dłoń mistrza, a znajome ciepło rozeszło między nimi jak elementy układanki wskakujące na swoje miejsce.
— Przepraszam, mój drogi chłopcze — wychrypiał Elias ze łzami płynącymi po policzkach, trzymając się dłoni Isidoro, jakby od tego zależało jego życie. — Proszę, wybacz mi…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz