11 lipca 2026

Od Vaerila do Sorena

Mimo późnej godziny na obskurnym korytarzu i w wielu przylegających do niego pokojach akademickich wciąż intensywnie świeciły się rażące w oczy świetlówki. Zza białych, obdartych z farby drzwi słychać było podekscytowane głosy, śmiech i wtórującą im głośną muzykę. Noc tutaj wcale nie oznaczała końca dnia — wręcz przeciwnie, wraz z nadejściem wieczora budziła się do życia cała studencka brać. Szczególnie w czasie weekendu. Nocne imprezy to wśród studentów najpopularniejszy sposób na odreagowanie minionego tygodnia spędzonego będąc przykutym do niewygodnej ławki w dusznej uniwersyteckiej auli. Wieczorne spotkanie w gronie przyjaciół z puszką piwa w ręku i papierosem w ustach dawało nadzieję na przetrwanie nieuchronnie zbliżającej się sesji. W dobrym towarzystwie żadne kolokwium ani żaden egzamin nie budził najmniejszej grozy.
Vaeril przywykł już do takiego stanu rzeczy. Zaakceptował niecichnącą nigdy muzykę, wieczny bałagan w częściach wspólnych czy przeraźliwe nocne krzyki na korytarzach. Pogodził się z tym, że tak właśnie wygląda życie tutaj. Nie widział już sensu w sprzeciwie, w walce o upragniony komfort snu. Nawet, gdyby spróbował się przeciwstawić, to i tak nikt by nie wysłuchał jego próśb. Nie pozostało mu więc nic innego, niż tylko zagryźć zęby i się przyzwyczaić. Spróbować przetrwać.
Teraz pospiesznie przemierzał długi korytarz, marząc tylko o tym, by jak najszybciej dotrzeć do swojego pokoju i wreszcie odpocząć. Kakofonia otaczających go dźwięków pulsowała mu w uszach z nieznośną siłą. Niestety ucieczka od niej nie istniała. Za drzwiami pokoju wcale nie czekała cisza. Huk podążał za nim wszędzie.
Z jednego hałasu wrócił prosto w drugi, jeszcze większy. Tego dnia wyjątkowo skorzystał z okazji, by wcześniej skończyć zmianę. Choć lubił stać za barem i przygotowywać napoje, warunki pracy ani trochę nie sprzyjały wyciszeniu myśli. W końcu nikt nie przychodził do klubu po to, żeby siedzieć w ciszy. Ludzie przychodzili tam, by dobrze się bawić, choć na kilka godzin zapomnieć o problemach i nie myśleć o żadnych konsekwencjach. No, nie licząc pracowników. Oni byli tam raczej z konieczności niż z własnej woli.
Wreszcie dotarł do pokoju. Trzymając w dłoni klamkę, gorliwie modlił się w duchu o to, aby jego współlokatorów nie było wewnątrz. Nie chciał się z nimi widzieć. Nie miał siły na jakąkolwiek rozmowę z nimi. Czuł się na to zbyt wyczerpany po długich godzinach spędzonych w pracy, a jak na złość wszelkie konwersacje z Gasparem lub Dylanem zawsze kończyły się jeszcze większym bólem głowy.
Współlokatorzy byli dla elfa prawdziwym utrapieniem. Przyklejali się do niego niczym rzep do psiego ogona i nie odpuszczali, nim nie namówili go na jakąś głupotę: wyjście do klubu, imprezę w pokoju na drugim piętrze, “mój kolega ma wolny garaż, będzie super, chodź z nami”. Każdy taki wypad kończył się nieszczęściem. Vaeril musiał robić za niańkę, pilnując, aby żaden z nich nie zrobił sobie krzywdy (a idiotycznych pomysłów w głowie mieli pełno, nawet bez udziału alkoholu), a później bezpiecznie odprowadzić ich do pokoju i ułożyć do snu, upewniając się, że zostawił im szklankę wody na stoliku nocnym.
Wstrzymując oddech, ostrożnie otworzył drzwi, jakby po ich drugiej stronie miało czaić się na niego zagrożenie. Światło korytarza wlało się do wnętrza pogrążonego w mroku pokoju. Pusto. Vaeril odetchnął z ulgą i pewniejszym krokiem wszedł do środka. W tej samej chwili potknął się o leżącą na podłodze szklaną butelkę. Z trudem odzyskując równowagę, cicho przeklął i kopnął niebezpieczny obiekt na drugi koniec pokoju. Dopiero wtedy zaświecił światło.
Sypialnia wyglądała, jakby w ciągu kilku godzin nieobecności elfa przeszło po niej tornado. Po płytkach walały się porozrzucane ubrania jego współlokatorów, pozostawione śmieci ktoś rzucił beztrosko na podłogę, a talerze z resztkami obiadu niebezpiecznie chyliły się ku upadkowi na jednym ze stolików. Cała podłoga lepiła się od tajemniczej substancji, której pochodzenia Vaeril poznawać nie potrzebował. Na widok całego tego bałaganu przyłożył palce do skroni i zamknął na chwilę oczy, wziął głęboki oddech. Nie czuł się na siłach, aby dzisiaj doprowadzić ten pokój do porządku.
Przeskoczył więc tarasujący przejście wypchany po brzegi worek na śmieci, przedostając się tym samym na swoją (jedyną względnie czystą) część sypialni. Tam podłączył do prądu czajnik na wodę. Kabel urządzenia wyglądał na pogryziony — guma dawno popękała, a część mniejszych kabelków wystawała z niezabezpieczonego przewodu. Stan czajnika był tak opłakany, że czasem po włożeniu wtyczki do kontaktu, ten zaczynał iskrzyć. Ale dopóki to ustrojstwo grzało wodę, nikomu to nie przeszkadzało. Nawet jeśli wnętrze czajnika już od wielu miesięcy pokrywała biała warstwa kamienia. Tak dla dodatkowego smaku.
Vaeril wyciągnął z plecaka kupioną w czasie powrotu do pokoju zupkę błyskawiczną i rozejrzał się wokół w poszukiwaniu czystej miski. Na stoliku obok łóżka Dylana zauważył piętrzący się w wieżę stos brudnych naczyń. Ich wspólnych naczyń. Elf stanowczo odmówił skorzystania z któregokolwiek z nich. Nie pamiętał, aby jego współlokator kiedykolwiek mył je w ciepłej wodzie. Lub w ogóle podjął jakąkolwiek próbę doprowadzenia ich do porządku.
Na szczęście odnalazł swój kubeczek z kocim nadrukiem. Wcisnął do niego połamany jeszcze w plastikowej torebce makaron, wsypał przyprawy, a następnie zalał wszystko wrzątkiem. Ze względu na brak talerzy, przykrył naczynie jedną z leżących na biurku książek.
Wtedy też postanowił dać swojej kolacji chwilę na zmiękczenie się klusek i wykorzystać ten czas na szybki prysznic. Zabrał więc piżamę, ręcznik oraz swój ulubiony uniwersalny płyn do mycia i ponownie wyszedł na korytarz. Na jednym z jego końców znajdowała się wspólna łazienka, którą dzielił z całym piętrem. Pomieszczenie składało się z jednej części wydzielonej na pomniejsze, oddzielone od siebie ściankami działowymi toalety i drugiej przeznaczonej na prysznice. Stały one w rzędzie przy ścianie i były raczej przymocowanymi do ścian kranami ze słuchawkami niż pełnoprawnymi kabinami. Prywatność zapewniały jedynie pokryte grzybem źle przycięte zasłony. Vaeril szczerze nienawidził tego miejsca. Każda kąpiel wiązała się z walką o przetrwanie, dyskomfortem i ryzykiem na złapanie jakiejś choroby skórnej. Ograniczał więc czas przeznaczony na prysznic do minimum.
Późna godzina działała jednak wyjątkowo na korzyć elfa. Łazienka zdawała się być prawie pusta — tylko jedna osoba brała kąpiel, ledwie ukryta za zasłoną, śpiewała cicho w rytm kapiącej ze słuchawki wody. Vaeril wybrał prysznic po przeciwnej stronie pomieszczenia, chcąc zapewnić sobie maksymalną prywatność. Szybko zrzucił z siebie pracowniczy uniform i odkręcił wodę. Zimna. Oczywiście, że akurat jemu trafiła się zimna, bo komu innemu? Zagryzł zęby i opłukał się tak szybko, jak tylko potrafił. Równie szybko, aby uniknąć jakiegokolwiek zbędnego kontaktu, wytarł mokre ciało i narzucił na siebie o kilka rozmiarów za duże piżamy. Umyty, wrócił do pokoju w mgnieniu oka. Czekająca tam na niego zupka wciąż była gorąca.
Vaeril dwukrotnie upewnił się, że zamknął drzwi na klucz. Nie oczekiwał, że którykolwiek z jego współlokatorów wróci na noc. Jeśli miałby obstawiać, zakładał, że pojawią się oni dopiero następnego dnia. Oznaczało to, że wreszcie otrzymał od losu odrobinę upragnionego spokoju. Nie mógł się już doczekać zanurzenia się w ciepłej pościeli i odpłynięcia w błogi świat snów. Łóżko wzywało go odkąd tylko przekroczył progi pokoju. Starannie pościelone tylko kusiło, aby odgarnąć z niego koc, ustawić wygodniej poduszki i przeleżeć na nim całą noc.
I mimo szczerych chęci Vaerila, by najbliższe godziny spędzić na błogim śnie, nic z tego nie wyszło. To laptop pierwszy na niego spojrzał. Uniesiony wabiąco ekran i kolorowa naklejka z kotkiem zasłaniająca kamerę miały w sobie dziwną moc przyciągania. Nim elf zdążył zaprotestować albo choćby porządnie przemyśleć swoją decyzję, pokusa okazała się silniejsza od niego. Chwilę później siedział już na niewygodnym, składanym krześle, w cichym napięciu czekając, aż na zapełnionym od plików pulpicie pojawi się okienko z prośbą o zaakceptowanie meczu. Tylko jeden i pójdzie spać. Jedna krótka runda. Jedna szybka gra jeszcze przecież nikomu nie zaszkodziła.
Pierwsza rozgrywka zakończyła się jednak przedwcześnie. Przeciwnicy poddali mecz po kilku minutach z powodu nieaktywnego gracza. Vaeril nie uznał tego za pełnoprawną rundę, więc ponownie kliknął „wyszukaj grę” i cierpliwie czekał. Sekundy mijały, on skończył jeść wcześniej przygotowaną zupkę błyskawiczną, gdy nagle zachciało mu się pić. Zerknął w stronę stojącej nieopodal niewielkiej lodówki. Wpatrywał się w jej szare drzwi przez krótką chwilę, zastanawiając się nad czymś intensywnie. Wkrótce podjął decyzję. Uważnie obserwując ekran, by nie przegapić rozpoczęcia meczu, wyciągnął z niej zimne piwo. Powtarzał sobie, że zasłużył na odrobinę niewinnej przyjemności. Przez cały tydzień nie opuścił ani jednego wykładu, a wieczorami ciężko pracował. Tym razem mógł zrobić mały wyjątek i nagrodzić się za przetrwanie kolejnego męczącego tygodnia. Na tak spokojny wieczór czekał od miesięcy. Pogra tylko chwilę, wypije jedną butelkę i pójdzie spać. Tylko moment, a potem wróci do bycia porządnym studentem
Oczywiście, że tak się nie stało. Każde wypite piwo zamieniło się w kolejne, obiecywany samemu sobie krótki mecz w całą serię. Wkrótce przy biurku stał cały rząd pustych butelek, a Vaeril przecierał ze zmęczenia zaczerwienione od długiego wpatrywania się w monitor oczy. Nie mógł jeszcze wyjść z gry. Nie, gdy ostatni mecz zakończył się porażką. Nie, gdy musiał odzyskać utracone punkty rankingowe.
Za każdym razem, gdy ekran na chwilę szarzał, sięgał po ładujący się obok telefon. Ktoś pisał do Vaerila, więc odpisywał. Robił to jednak pobieżnie, nie przykładając większej wagi do swoich odpowiedzi. Jednocześnie próbował skupić się na grze, sięganiu po kolejne piwo z lodówki i czytaniu nowych wiadomości, które przychodziły szybciej, niż elf w ogóle nadążał je nadrabiać. Czyli właściwie nie skupiał się na żadnej z tych rzeczy. Po prostu dobrze się bawił, korzystając z wieczoru, o jakim marzył od dawna.
Zdał sobie sprawę, że chyba odrobinę przesadził, dopiero gdy zauważył prześwitujące przez zasłony pierwsze promienie zwiastującego poranek Słońca. Vaeril dopiero wtedy przypomniał sobie o zmęczeniu i poczuł przytłaczający ciężar nieprzespanej nocy. Oczy same kleiły mu do snu, a świat wokół powoli zaczynał się rozmazywać. Elf z żalem anulował poszukiwania kolejnej rozgrywki i wyłączył laptopa. Przez krótką chwilę wpatrywał się w swoje odbicie w czarnym monitorze. Wyglądał równie źle, co się czuł — siedział zgarbiony na krześle, ziewając przeciągle, pod jego oczami pojawiły się szare kręgi, zwiastuny absolutnego wyczerpania, a włosy miał w kompletnym nieładzie, ponieważ zapomniał je wyczesać zaraz po kąpieli. W międzyczasie zgubił gdzieś koszulkę. Nie pamiętał nawet, w którym momencie się jej pozbył i gdzie się ona właściwie podziała, ale przepadła w tajemniczych okolicznościach wraz z resztką godności Vaerila.
Westchnął ciężko i z trudem podniósł się z krzesła. Szybko stracił jednak równowagę, zachwiał się na miękkich nogach i gdyby nie stojące niedaleko łóżko, zaliczyłby bolesny upadek. Udało mu się w ostatniej chwili złapać za materac. Zsunął się po nim i przez kilka sekund siedział na ziemi, starając się odzyskać utraconą zdolność utrzymania się w pionie. Powoli, uważając, aby nie wykonać żadnego gwałtownego ruchu, podniósł się niezgrabnie i padł na twardy materac. Deski łóżka niepokojąco zatrzeszczały pod ciężarem elfa. Ten nie przejął się tym jednak zbyt mocno — połowa stelaża i tak została wyłamana przez wcześniejszych lokatorów.
Będąc na pograniczu jawy i snu usłyszał jeszcze znajomy dźwięk przychodzącego powiadomienia. Ostatkiem sił podniósł telefon, zmrużył oczy starając się przeczytać nową wiadomość i przypomnieć kontekst rozmowy — ekran rozmywał mu się jednak, a w głowie pojawiła się pustka. Odpisał więc cokolwiek, pierwszą rzecz, o jakiej jego zmęczony umysł pomyślał. Zaraz po tym całkowicie wyłączył komórkę i odłożył ją na stojącą nieopodal szafkę nocną. Przynajmniej miał nadzieję, że to zrobił, bo zaledwie cofnął rękę, a usłyszał głuchy dźwięk upadku czegoś na podłogę. No cóż. To będzie problem Vaerila z przyszłości.
Krnąbrny los i nieodłączny od niego pech, wierni towarzysze Vaerila od wielu lat, nie okazali mu łaski nawet w jego żałosnym położeniu. Zasnął szybko, właściwie od razu, gdy tylko przyłożył ciężką głowę do poduszki, ale nie było mu dane zaznać spokojnego snu. Nawiedzały go koszmary. Jeden gorszy od drugiego. Miotał się po łóżku i co chwilę budził zlany potem. Ledwie ponownie zapadał w sen, a już miał wrażenie, że coś go ściga. Ktoś uparcie podążał jego śladem, krok za krokiem, ani na moment nie spuszczając go z oczu. Był coraz bliżej. A wraz z tą świadomością narastał w Vaerilu obezwładniający niepokój.
Koszmar jak na złość zdawał się nabierać realności. Elf nie wiedział już, co jest snem, a co prawdą. Wcześniejsze niewyraźne mozaiki i migawki wyostrzały się, układając się w kształy znajomych Vaerilowi przestrzeni. Rozpoznał, że znalazł się wśród podłużnych akademickich korytarzach, skąd usilnie próbował dostać się do swojego pokoju, jakby dotarcie do niego miało przynieść mu tak upragniony ratunek. Nie było to jednak łatwe zadanie. Korytarze wydłużały się, przecinały, wiły i skręcały niczym zawiły labirynt, bez szans na ucieczkę. Elf bieg wśród ciasnych ścian z wrażeniem, że z każdym kolejnym krokiem zaczynają one przybliżać się do siebie, pozostawiając mu jeszcze mniej miejsca. Ściskały go i dusiły, lecz on nie mógł się zatrzymać. W ciemnościach, gdzieś poza polem widzenia Vaerila, czaiło się na niego nieznane zagrożenie. Czekało tylko, aż się zatrzyma, by złapać oddech. Cierpliwie czekało na moment zawahania.
Vaeril, choć nie potrafił rozpoznać tego, przed czym ucieka, dokładnie potrafił wyczuć, gdzie znajduje się niebezpieczeństwo. Słyszał je. Słyszał rytmiczne stukanie, głośniejsze, gdy tylko zbliżał się do tajemniczego zagrożenia. Nieznośny huk rozbrzmiewał po całej głowie elfa. Nie mógł się od niego uwolnić, dotrzeć do upragnionej ciszy.
Aż wreszcie stanął oko w oko z podążającym za nim cieniem. Ciemność z każdym kolejnym stukiem podchodziła bliżej, spokojnie, jakby nie chciała przepłoszyć swojej ofiary. Zdawała się karmić przerażeniem, delektować tym, że zagoniła go w kąt, pozbawiając jakiejkolwiek szansy na ratunek. Vaeril, choć bardzo chciał uciekać dalej, nie mógł się poruszyć choćby o krok. Jego ciało odmówiło posłuszeństwa. Zamarło w konfrontacji z podążającym za nim tajemniczym cieniem, jakby poddało się szybciej od niesłabnącej jeszcze woli walki elfa.
Każde kolejne stuknięcie, każdy kolejny dygot serca Vaerila odmierzały malejącą odległość od zbliżającej się ciemności. Wkrótce elf poczuł na sobie jej chłód. Objęła go ona lodowatym uściskiem, ścisnęła w swoich szponach, zaciskając swoją wychudzoną dłoń na szyi elfa i pozbawiając go tchu. Próbował się wyrwać, ale powoli zaczynał opadać z sił. Świat wokół znów zaczął się rozmazywać. Obskurny korytarz zniknął. Został tylko Vaeril, otaczająca go ciemność i nieustające stukanie.
I wtedy się obudził. A właściwie zerwał się z łóżka i usiadł gwałtownie, z trudem łapiąc powietrze. Oddychał ciężko, odruchowo masując szyję, jakby wciąż czuł na niej uścisk szponów z koszmaru. W kółko powtarzał sobie, że to był tylko głupi sen. Zagrożenie minęło. A właściwie... nigdy nie istniało.
W tej samej chwili rozległo się głuche pukanie do drzwi. Ten sam niepokojący stukot, który zwiastował niebezpieczeństwo. Ten sam dźwięk, który przyprawiał go o dreszcze. Tym razem był jednak absolutnie przeraźliwie prawdziwy.
Vaeril nie spodziewał się gości. Od razu pomyślał, że to ktoś pewnie pomylił pokoje i dobija się do niego przez pomyłkę. Nieznajomy zaraz podda się i odejdzie, pozwalając elfowi na powrót do snu. Stukanie jednak, ku jego zaskoczeniu, nie ustawało, a brzmiało nawet na bardziej zniecierpliwione.
Może to Gaspar albo Dylan wrócili wcześniej, ale zapomnieli kluczy? Nawet jeśli, to nie był problem Vaerila. Nie miał ochoty po raz kolejny ratować ich z opresji wywołanej ich własną głupotą i roztargnieniem. Powinni wreszcie poczuć konsekwencje swoich decyzji.
Mimo to ktoś wciąż dobijał się do środka. Choć nie miał na to najmniejszej ochoty, Vaeril z ciężkim westchnieniem zwlókł się z łóżka i podszedł do drzwi. Przemknęło mu przez myśl, że może to ktoś z administracji przyszedł z jakąś pilną sprawą. Modlił się tylko, żeby nie była to niezapowiedziana kontrola porządku w pokoju. Gdyby tak było, wylądowałby na ulicy.
Jednak w chwili, gdy tylko uchylił skrzypiące drzwi, od razu zdał sobie sprawę, że wolałby ujrzeć po drugiej stronie znajomo wrogie twarze pracowników akademika.
Na progu stał całkowicie obcy Vaerilowi mężczyzna. Pierwszą rzeczą, na jaką elf zwrócił uwagę była jedna z rąk przybysza — wciąż tkwiła zawieszona w powietrzu, jakby nieznajomy próbował pukać w teraz już niewidzialne drzwi. Drugą zaś dłonią przyciskał do swojego torsu pokaźny bukiet kwiatów. Gdy tylko Vaeril w całej swojej okazałości stanął w drzwiach, na twarzy mężczyzny wymalowało się niemałe zakłopotanie. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale zabrakło mu słów.
Cóż. Podobnie było z Vaerilem. Nie wiedział nawet, ile czasu zajęło mu otrząśnięcie się z pierwszego szoku, ale stał kilka sekund w milczeniu i z wysoko uniesionymi brwiami wpatrywał się w niespodziewanego gościa. Całe dotychczasowe zmęczenie nagle przeminęło. Czuł się teraz absolutnie przebudzony, jakby ktoś wstrzyknął mu prosto do żył co najmniej pięć mocnych kaw.
Najpierw nie potrafił oderwać wzroku od pokaźnego bukietu kolorowych kwiatów. Przysłaniały niemal połowę sylwetki tajemniczego mężczyzny i ledwo mieściły się w wąskich drzwiach akademickiego pokoju. Nie to jednak było najdziwniejsze. Dopiero gdy Vaeril zdobył się na odwagę, by spojrzeć przybyszowi w twarz, zauważył jego… osobliwy strój. Jasne włosy skrywała ciemna czapka z daszkiem, spod której na czoło wymknęło się kilka niesfornych kosmyków. Oczy zasłaniały okulary przeciwsłoneczne, a szyję i część żuchwy osłaniał wysoki golf. Gdyby Vaeril spotkał kogoś ubranego w ten sposób w innych okolicznościach, nie w środku dnia na korytarzu w akademiku, lecz w ciemnej uliczce, zacząłby się poważnie martwić.
W tej samej chwili z przerażeniem dotarło do niego, że on wcale przecież nie wyglądał lepiej. Rozczochrane włosy sterczały mu we wszystkie strony i wpadały do oczy, oprócz tego miał na sobie tylko stare spodnie od piżamy, a koszulkę zgubił w nieznanych okolicznościach kilka godzin temu. Zamiast niej z na jego szyi migotał srebrny medalik, z którym nigdy się nie rozstawał. Dodatkowo był również całkowicie blady z zaskoczenia. I wtedy też Vaeril z dreszczem przebiegającym wzdłuż kręgosłupa przypomniał sobie o znajdującym się za jego plecami bałaganie. Lekko odwrócił głowę, aby spojrzeć za siebie i szybko tego pożałował. W świetle dnia pokój wyglądał znacznie gorzej niż zapamiętał go wczoraj wieczorem. Istny nieład. Widok tak żałosny, że brakowało słów. A na jego tle równie żałosny Vaeril.
Chwila niezręcznej ciszy dłużyła się w nieskończoność. Dwóch mężczyzn wpatrywało się w ciebie w pełnym napięcia milczeniu. Żaden się nie odezwał. Żaden chyba nie wiedział, co właściwie miałby w tej sytuacji powiedzieć. Tym samym chaos w myślach Vaerila narastał. Sytuacja ta wydawała mu się zbyt absurdalna, aby była prawdą. Obawiał się nawet, że wciąż nie wybudził się ze swojego koszmaru, a stojący w drzwiach mężczyzna jest jego nieoczekiwaną kontynuacją.
W końcu jednak elf zebrał się na odwagę. Wziął głęboki oddech i już zamierzał powiedzieć mężczyźnie, że prawdopodobnie pomylił pokoje i najlepiej będzie, jeśli przestanie zakłócać jego cenny sen i marnować czas, kiedy nieznajomy wyprzedził jego zamiary i odezwał się jako pierwszy:
— Vaeril?
Na dźwięk tego nieśmiałego pytania i dobrze znanego imienia Vaeril zamarł. Nagle sobie przypomniał. Wspomnienia poprzedniego wieczoru spadły na niego z ciężarem niemal odbierającym oddech. W głowie zaczęły pojawiać się urywki nocnej konwersacji z tajemniczym mężczyzną. Pamiętał je jak przez mgłę, zbyt niewyraźnie, by odtworzyć jakiekolwiek szczegóły. Mimo to z narastającym przerażeniem uświadomił sobie, że chyba naprawdę dobrowolnie zgodził się na to spotkanie.
W osłupieniu przywołał nawet w pamięci moment, w którym beztrosko podał całkowicie obcej osobie swój adres. Vaeril nie wiedział, co nim wtedy kierowało. Na pewno nie była to jednak logika czy instynkt samozachowawczy. Tego akurat wyjątkowo mu zabrakło.
Przy okazji nie potrafił też zrozumieć, czym kierował się nieznajomy mężczyzna, który, o dziwo, faktycznie postanowił na tym spotkaniu się pojawić. W końcu stał teraz w drzwiach z ogromnym bukietem kwiatów i niewyraźnym uśmiechem, oczekując w milczeniu na odpowiedź.
Vaeril mógł skłamać. Powiedzieć, że to pomyłka. Że nie zna żadnego Vaerila. Że nikt taki nie istnieje i nigdy nie istniał.
Ale nie był osobą, która szła na łatwiznę. Nie kimś, kto zmienia zdanie ze względu na własną wygodę i widzimisię. Sam sobie nawarzył tego piwa (dosłownie) i teraz musiał go wypić, choćby skutki tego miał odczuwać przez kolejne kilka dni. 
Zmusił się więc do uśmiechu i próbował nawet zażartować, ale jego głos zabrzmiał słabo: 
— Tak, trafiłeś pod dobry adres, gratulacje.
Mężczyzna przez krótki moment intensywnie wpatrywał się w Vaerila, bacznie mu się przyglądając.
— W takim razie, miło mi cię poznać — mówił to jednak bez większego przekonania, a trzymany w rękach bukiet przysunął do elfa. — Są dla ciebie.
Ten niespodziewany prezent wybił Vaerila z równowagi. Nikt nigdy wcześniej nie kupił mu kwiatów. To był pierwszy raz, gdy ktoś zrobił dla niego coś tak nieoczekiwanego i coś tak… uroczego. Jednocześnie było mu niezwykle miło i niewiarygodnie niezręcznie. Nie miał pojęcia, jak powinien zareagować. Sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej, gdy przybysz wręczył mu obiecany bukiet. Wyglądało na to, że chciał od razu przy okazji przytulić Vaerila na powitanie. Elf zorientował się jednak za późno i odruchowo wyciągnął dłoń do uścisku. Dopiero wtedy dostrzegł, że mężczyzna już unosi ramię, by go objąć, więc w pośpiechu cofnął rękę i również spróbował się przytulić. Niestety, dokładnie w tej samej chwili tamten najwyraźniej uznał, że źle odczytał jego zamiary. Zrezygnował z przytulenia i sam wyciągnął dłoń. Katastrofa. Przez krótką chwilę obaj nerwowo zmieniali decyzję w połowie ruchu, aż ostatecznie stworzyli jakąś przedziwną hybrydę uścisku dłoni i przytulenia. Potem stanęli naprzeciwko siebie w ciszy jeszcze bardziej niezręcznej niż przed tym… powitaniem.
—Nie stój tak na korytarzu, wejdź do środka. — Vaeril zaraz po tym, jak otrząsnął się z oszołomienia, wycofał się w głąb pokoju i odsunął się od drzwi, aby wpuścić mężczyznę. — Nie musisz ściągać butów. Tutaj… lepiej nie ściągać butów.
Przybysz zawahał się, jakby walczył sam ze sobą i rozważał, czy aby na pewno chce znaleźć się wewnątrz akademickiego pokoju, ale ostatecznie niepewnym krokiem przekroczył próg. Vaeril zamknął za nim drzwi.
Dopiero teraz miał czas, by uważniej przyjrzeć się niespodziewanemu (przynajmniej dla trzeźwej wersji samego siebie) gościowi. Był to bardzo wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, przewyższający elfa co najmniej o głowę. Niestety, trudno było dokładnie przyjrzeć się jego twarzy, ukrytej za ciemnymi okularami i wysokim golfem. Przybysz sprawiał wrażenie, jakby z jakiegoś powodu celowo ukrywał się przed wzrokiem postronnych. Vaeril uznał to za co najmniej osobliwe. Nie rozumiał, dlaczego ktoś miałby chronić swój wizerunek w tak żałosnym miejscu, jak studencki akademik, ale postanowił nie zadawać niewygodnych pytań. Być może mężczyzna miał ku temu powody, które nie powinny go w najmniejszym stopniu obchodzić. A jednak ciekawość nie dawała mu spokoju. Cała sytuacja, w której obydwaj się znaleźli, była już na tyle absurdalna, że każda kolejna tajemnica zdawała się dodawać jej osobliwego uroku. Vaeril nie potrafił tego nazwać, ale w całej sylwetce tajemniczego mężczyzny było coś intrygującego. Jego nagłe pojawienie się stanowiło wyłam w idealnie poukładanym życiu elfa. Odskocznię od wszystkiego, co znał do tej pory. Spoglądał więc na niego z uwagą, niekrytą ciekawością, jakby nie mogąc doczekać się jego kolejnego niespodziewanego ruchu. Innymi słowy, mężczyzna naprawdę zrobił na nim wrażenie.
Elf nagle przypomniał sobie o kwiatach. Zapomniał o nich, mimo że wciąż przyciskał je do swojego nagiego torsu. Może podświadomie chciał się nimi osłonić przed wzrokiem mężczyzny. Nie mógł jednak przesiedzieć w tym stanie przez całe spotkanie. Przede wszystkim musiał najpierw zająć się kwiatami, a później się ubrać.
Oczywiście, że nie miał wazonu. Jaki szanujący się student w ogóle posiadałby coś takiego? Vaeril nerwowo rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu odpowiednio dużego naczynia, aby ułożyć w nim ten przepiękny bukiet. Jego wzrok utkwił w stojącej na parapecie butelce po wódce. Wyglądała na wystarczająco stabilną. Nie wahając się więc nawet przez chwilę, przecisnął się obok mężczyzny i ułożył kwiaty w prowizorycznym, szytym na studencką miarę wazonie. Kątem oka dostrzegł też porzuconą w rogu pokoju koszulkę od piżamy. Ucieszył się na jej widok bardziej, niż powinien. Szybko podniósł ją z ziemi, otrzepał i narzucił na siebie. Przeczesał też dłonią zmierzwione włosy i zgarnął je za uszy, aby nie wpadały mu do oczu. Dopiero wtedy poczuł się odrobinę pewniej.
Odwrócił się więc do mężczyzny i spostrzegł, że intensywnie wpatruje się on w drzwi wejściowe do pokoju. Vaeril także podążył wzrokiem w tamtym kierunku i zrozumiał, że jego gość z dziwnym wyrazem twarzy uważnie bada zawieszony tam plakat.
Gaspar przykleił to nieszczęście pierwszego dnia. Było to zdjęcie jakiegoś modela — idealnie przystojnego, o idealnie wyrzeźbionej sylwetce i nieskazitelnie białych zębach (również idealnych). Mężczyzna z plakatu żegnał Vaerila swoim idealnym uśmiechem, gdy wychodził z pokoju i witał zalotnym spojrzeniem, gdy do niego wchodził. Codziennie. Od wielu długich miesięcy.
— Mój współlokator go tam zawiesił. — Elf poczuł potrzebę wyjaśnienia obecności tego osobliwego obiektu, który niejako kontrastował na tle pogrążonego w bałaganie pokoju. — Ten facet tylko patrzy na nas oceniająco każdego dnia. Od świtu do nocy. Czuję na sobie jego wzrok, gdy kładę się spać.
Vaeril zaśmiał się na własne słowa, a stojący pośrodku pokoju mężczyzna jeszcze chwilę obserwował plakat, a następnie omiótł powolnym spojrzeniem całe pomieszczenie. 
— Trochę mu się nie dziwię. 
Trafił punkt. Uśmiech od razu zniknął z twarzy Vaerila.
— Musisz mi uwierzyć na słowo, że zwykle jest tutaj lepiej — zapewnił pospiesznie, nie wiedząc czy w ten sposób próbuje przekonać do tego swojego gościa, czy jednak samego siebie. — Moi współlokatorzy nabałaganili podczas mojej nieobecności, ja wróciłem późno i nie miałem czasu posprzątać…
Nie skłamał. Jego część pokoju zachowywała ogólny porządek. Ład burzyło tylko niepościelone łóżko, z którego Vaeril wyskoczył, gdy usłyszał niespodziewane pukanie do drzwi. Bez słowa podszedł więc i ułożył poduszki oraz kołdrę, a następnie przykrył je kocem. Wygładził narzutę i zawołał do siebie swojego gościa:
— Możesz na nim usiąść. Tylko nie radzę robić tego na środku. Deski są tam wyłamane i jest po prostu niewygodnie.
Mężczyzna ostatni raz rzucił okiem na plakat, ale skorzystał z zaproszenia i zajął miejsce na łóżku Vaerila. Materac i deski zatrzeszczały pod jego ciężarem. Elf w tym czasie napełnił wodą czajnik i go włączył.
— Masz może ochotę na herbatę lub kawę? — zaproponował. Po wszystkich tych niezręcznych chwilach, starał się wreszcie zaprezentować z tej lepszej strony i odegrać rolę dobrego gospodarza.
— Poproszę kawę — przytaknął mężczyzna. Równocześnie całkiem niespodziewanie wyciągnął z torby plastikowe pudełko z logiem cukierni i położył je na rogu łóżka. — Kupiłem po drodze coś słodkiego, mam nadzieję, że lubisz czekoladowe ciasto.
Vaeril pokiwał głową i uśmiechnął się. Zdawało się, że jego gość naprawdę potrafił zaskakiwać. Pomyślał o wszystkim. To dodatkowo motywowało elfa, aby postawić się na wysokości zadania i mimo początkowego szoku oraz zmęczenia, zrobić wszystko, aby spotkanie było choć trochę udane.
— Dziękuję, to bardzo miłe. Za chwilę pokroję.
Woda wkrótce się zagotowała. I pojawił się nowy problem. Vaeril stukając palcami w biurko, na którym stał czajnik, próbował wymyślić, w czym podać kawę. Wszystkie naczynia znajdowały się w stanie, któremu daleko było do używalności. Sam z nich nie korzystał, więc tym bardziej nie mógł zaoferować ich swojemu gościowi. Szybko wpadł jednak na nietypowe, ale według siebie genialne rozwiązanie. Dwa słoiki, które stały przy zlewie nadawały się idealnie. Umyte, pojemne, wprost stworzone, aby podać w nich kawę.
I chociaż jego gość rzucał mu pytające i pełne niepewności spojrzenia, Vaeril nie przejął się nimi specjalnie. Wsypał kilka łyżek rozpuszczalnej kawy do przezroczystych naczyń i zalał je gorącą wodą. Gotowy napój ostrożnie podał siedzącemu na łóżku mężczyźnie.
— Nie chciałbyś użyć któregokolwiek z tamtych naczyń, naprawdę — mówiąc to, wskazał na pobliski stos. — Tak przynajmniej możemy poczuć się jak w jakiejś drogiej kawiarni — zaśmiał się, samemu siadając po drugiej stronie łóżka ze skrzyżowanymi nogami. Zastanawiał się przy tym, czy wysłużone deski wytrzymają ciężar dwóch mężczyzn, ale postanowił podjąć ryzyko i to sprawdzić.
Znajdował się na tyle blisko, że czuł mocny zapach perfum swojego gościa. Ich intensywność przewyższała nawet gorzką woń kawy. Vaeril chwilę wpatrywał się w czarny napój i zdmuchnął unoszącą się ponad niego gorącą parę, ale wkrótce ciekawość zwyciężyła i powędrował wzrokiem na siedzącego nieopodal mężczyznę. W całym tym zamieszaniu przypomniał sobie, że nie zapytał go nawet o imię. Może po prostu głupio było mu się przyznać, że go nie pamięta — szczególnie, że jego gość dokładnie wiedział, jak on sam się nazywa. Miał jednak świadomość, że zwracanie się do niego bezosobowo jest po prostu niegrzeczne i na dłuższą metę niezręczne, dlatego zaraz po tym, jak upił łyk kawy, odezwał się:
— Tak sobie myślę, że chyba zapomniałeś mi się przedstawić — mówiąc to, uniósł głowę, aby spojrzeć rozmówcy w oczy, choć nie mógł przyjrzeć się im przez stojące mu na drodze ciemne okulary. Widział w nich jedynie swoje odbicie. — Jak więc mam się do ciebie zwracać?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz