Ciemne chmury przesłaniające tego dnia niebo zdecydowanie zniechęcały do bezcelowych spacerów ulicami miasta. Sytuacji nie poprawiał fakt, że pierwszy raz od wielu dni dość intensywnie spadały z nich krople deszczu, prawdopodobnie tylko jeszcze bardziej psując humor większości mieszkańców. Siedząc nieco bezczynnie w galerii, słyszałam, jak woda z ekscytacją pędzi na spotkanie z glebą, po drodze obijając się o napotykane budynki i przedmioty. Nie zatrzymywałam jej, nie próbowałam odpowiadać na jej pociągające wołanie. Zamiast tego z umiarkowanym zaciekawieniem, przez szklane drzwi wejściowe, śledziłam wzrokiem coraz mniej liczne, zakapturzone postaci, starające się pospiesznie ukryć przed nagłym oberwaniem chmury. Aparat z wyciągniętą kartą pamięci leżał na ladzie przede mną, laptop obok niego już dawno się wygasił. Gdzieś na skraju pola widzenia mignęła mi kolorowa parasolka, jednak nawet jej barwa, w ogólnej szarości bezsłonecznego dnia, zdawała się nie tak intensywna.
W panującym za oknem pośpiechu tym bardziej w pewnym momencie zwróciła moją uwagę kobieta, stojąca niemal nieruchomo w deszczu. Nie wykonywała nerwowych ruchów, towarzyszących dzisiaj wszystkim, chcącym jak najszybciej uciec przed nieprzyjemnym chłodem wciskających się za kołnierze kropli. Lekka, bawełniana koszula w pięknie haftowane, czerwone kwiaty, którą miała na sobie, już dawno doszczętnie przemokła. Tak jak i wszystkie pozostałe części jej garderoby. Długie, kasztanowe włosy spływały w smętnych strąkach, oblepiając policzki. Stojąc niemal bez ruchu przywodziła na myśl zbłąkaną duszę, próbującą odnaleźć się w nowej rzeczywistości, a może czekającą na kogoś...
Nie wyglądała, jakby wychodząc z domu spodziewała się deszczu. Bez większego zastanowienia wstałam gwałtownie. Krzesło na kółkach, na którym siedziałam, odjechało zdecydowanie za bardzo do tyłu, uderzając w ścianę. Nie poświęciłam mu jednak nawet spojrzenia. Pewnie do wielu istniejących już w tamtym miejscu rys i ubytków tynku dołączyła właśnie kolejna. Ot, dowód na to, że w tym miejscu kiedyś ktoś żył, nic, czym należałoby się przesadnie martwić.
Skierowałam się do wyjścia, otwierając drzwi zgarnęłam parasolkę ze stojącego obok, metalowego stojaka. Była co prawda jedyną, jaką miałam, jednak i tak w zasadzie chodziłam z nią w ramach nie odstawania za bardzo od tłumu. Może i wielu było takich, którzy podobnie do mnie nie potrzebowali specjalnej ochrony przed deszczem, jednak i tak zawsze miałam wrażenie, że przyciągam niepotrzebną uwagę, od niechcenia pilnując, by spadające z nieba krople mnie nie dotykały. Mogłam jednak poświęcić nieco swojego komfortu, skoro w grę wchodziło uchronienie tej biednej kobiety przed kapryśną pogodą.
Ledwo pchnęłam przeszklone drzwi, natychmiast uderzył mnie zapach deszczu. Obniżone ciśnienie przy ziemi jak zwykle uwolniło uwięzione w niej zapachy, przy innej pogodzie niewyczuwalne. Odruchowo wciągnęłam głęboko chłodne powietrze nosem, zatrzymując je na chwilę, zanim zrobiłam wydech. Pozwoliłam receptorom węchowym nasycić się przyjemną wonią. Otworzyłam parasolkę nad swoją głową i ruszyłam na drugą stronę ulicy, ku kobiecie, która poruszyła się w końcu. Widziałam, jak powolnym, skrupulatnym ruchem wyciąga coś z torby przewieszonej wcześniej na jej ramieniu. Nim do niej dotarłam, po drodze przepuszczając pędzący dokądś samochód, zdążyła już odwrócić się do mnie plecami. W jednej ręce trzymała zalaminowaną kartkę, w drugiej taśmę klejącą, z którą walczyła, próbując znaleźć jej początek, gdy stanęłam obok niej, unosząc parasolkę nad jej głową. Spojrzała na mnie, zaskoczona. Wyraz jej twarzy miał na długo zapisać się w mojej pamięci, choć widziałam go raptem przez moment, zanim spuściła wzrok.
Nie byłam pewna, czy strugi wody, spływające po jej twarzy, pochodziły wyłącznie z nieba.
— Mogę pomóc? — spytałam, uśmiechając się do niej ciepło, mimo, że jej wzrok błądził i raczej nie natrafiał wtedy nawet przypadkiem na moją twarz.
— To bardzo miło z pani strony, dziękuję... — też się uśmiechnęła, choć dalej nie patrzyła na mnie. Odruchowo sięgnęłam ku wodzie w jej ubraniach i na skórze, oddzielając ją od struktur, które przemoczyła. Odprowadziłam ją ku ziemi, gdzie chciała się znaleźć, by kontynuować swoją nieskończoną wędrówkę. Dopiero wtedy w końcu spojrzenia moje i kobiety się spotkały. Jej twarz znaczyły pojedyncze zmarszczki, szczególnie na czole i w kącikach oczu. Z bliska widziałam też pojedyncze pasma siwizny w jej kasztanowych włosach. — Och... Pada na panią...
— Nie, w porządku — pokazałam gestem ręki na siebie, żeby zademonstrować, że ani jedna kropla wody nie spotkała się ze mną. Byłam wciąż idealnie sucha, choć już jakiś czas nic fizycznego mnie od deszczu nie chroniło. — Nic mi nie będzie. Pani bardziej się przyda. I proszę mi mówić po imieniu. Nazywam się Azura. Pracuję tu obok, widziałam panią przez okno. Pomyślałam, że musi być pani zimno w tym deszczu.
Skinęła powoli głową, ni to potwierdzając moje podejrzenia, ni na znak tego, że przyjęła do wiadomości mój powód pojawienia się przy niej. Spokojnym, płynnym ruchem sięgnęłam ku wciąż ściskanej przez nią rolce z taśmą klejącą. Złapałam za nią delikatnie, prosząc tym gestem, by mi ją oddała.
— Ja... Dziękuję — głos kobiety zadrżał, gdy puściła jeden ze ściskanych kurczowo przedmiotów. Wymieniłam go na rączkę parasolki, którą oparła sobie na ramieniu. Zaraz wbiła wzrok w zalaminowaną kartkę, gdy ja paznokciem podważałam mało współpracującą taśmę. W końcu dała się odkleić po tym, jak ją również nieco przesuszyłam. Warstwy przylepnego materiału puściły z charakterystycznym zgrzytem.
— Proszę się mną nie przejmować, naprawdę — powiedziałam z delikatnym uśmiechem, widząc, jak kobieta kombinuje, jakby tu nas dwie osłonić od deszczu. Mogłam narzucić na siebie kurtkę, zanim wyszłam, może wtedy, widoczne na jej twarzy i w zachowaniu, wyrzuty sumienia byłyby mniejsze... — Chce to tu pani powiesić? — gestem głowy wskazałam na trzymaną przez nią kartkę. Skinęła. — Proszę przyłożyć ją w odpowiednim miejscu, a ja ją przykleję, dobrze?
Zrobiła, jak zasugerowałam. Chwilę później na słupie ulicznej latarni wisiała już zapisana na papierze informacja, którą kobieta chciała ogłosić. W ciszy przeczytałam jej treść. Było to ogłoszenie o poszukiwaniu zaginionej osoby. Uśmiechający się z załączonego zdjęcia młody, może dwudziestopięcioletni, ciemnowłosy mężczyzna był zaskakująco podobny do stojącej u mojego boku kobiety.
— To mój syn — powiedziała, zanim zdążyłam o cokolwiek zapytać. Widziałam, jak jej palce zacisnęły się mocniej na uchwycie parasolki. Walczyła z emocjami ściskającymi jej gardło, wypowiadane przez nią słowa były zduszone, dodatkowo tłumione przez szum uderzających w rozpięty nad nią materiał kropli. — Zniknął bez śladu dwa lata temu. Policja już dawno zamknęła sprawę, mówią, że nie są w stanie niczego zrobić, przepadł jak kamień w wodę... To był tak dobry chłopak, wiesz? — uśmiechnęłam się delikatnie, współczująco, jednocześnie ciesząc się, że kobieta faktycznie porzuciła uprzejmości. Dla niej wyglądałam, jakbym była co najwyżej w wieku jej syna, pewnie dlatego nie był to dla niej większy problem. — Był artystą. Malował. Dalej mam jego obrazy w domu... Po jego zaginięciu było tylu chętnych, żeby je odkupić, nawet sobie nie wyobrażasz, jaką dumą mnie to napawa... — słuchałam jej, w międzyczasie spoglądając raz jeszcze na dane osoby z ogłoszenia. Jak się nad tym nieco głębiej zastanowiłam, nazwisko w istocie wydawało mi się znajome. Próbowałam znaleźć odpowiednią szufladkę w pamięci, jednak wtedy bez sukcesu. Na pewno nie miałam żadnej z jego prac w galerii, ale być może spotkałam go kiedyś na jakimś wernisażu. Światek artystyczny był z jednej strony wielki, z drugiej zaskakująco mały.
Opowiadała jeszcze chwilę o nim. Stałam obok niej, słuchając, nie wcinając się w jej historię, po prostu będąc obok. Mimo lat, które upłynęły, odkąd ostatni raz widziała swojego syna, wciąż nie ustawała w poszukiwaniach. Był jej jedyną rodziną, nigdy nie było między nimi zgrzytów i kobieta nie wierzyła, że miałby się tak po prostu rozpłynąć w powietrzu. Od dwóch lat regularnie rozwieszała te same ogłoszenia o zaginięciu syna — jeśli któreś znikały, zastępowała je kolejnymi. Systematycznie też rozszerzała je na coraz większym obszarze, wciąż nie tracąc nadziei... Gdy skończyła swoją opowieść, jej policzki znowu były mokre, choć deszcz już od dawna jej nie dosięgał. Przetarła twarz rękawem i spróbowała oddać mi parasolkę, ale stanowczo zaoponowałam.
— Proszę ją zatrzymać, naprawdę.
— W takim razie odniosę ją jutro. Mówiłaś, że tu pracujesz? — kobieta nie ustępowała. Dalsze protesty tylko by ją zraniły, skinęłam więc po prostu głową i wskazałam budynek za nami, po przeciwnej stronie ulicy.
— Jeśli ma pani po drodze, to w porządku. Jesteśmy otwarci codziennie i nawet, jak mnie nie będzie, może pani śmiało zostawić ją temu, kto będzie akurat tego dnia pracował.
Krok oddalającej się kobiety był jakby lżejszy, zgarbione ramiona nieco się wyprostowały. Patrzyłam za nią przez chwilę, potem jeszcze raz przeniosłam wzrok na ogłoszenie. Dopiero, gdy zdjęcie niemal dosłownie wypaliło się w mojej pamięci, wróciłam do środka.
Do końca dnia towarzyszyło mi przemożne wrażenie, że już gdzieś tego mężczyznę widziałam.
Zdecydowanie, świat jest mały.
— Dobrze, proszę jeszcze raz powtórzyć, z czym pani przyszła.
Przeraźliwie obojętne spojrzenie przeraźliwie znudzonego policjanta ledwo musnęło mnie ponad ekranem komputera. To był już trzeci, do którego mnie odesłano w przeciągu ostatniej godziny. Zdecydowanie rozumiałam, dlaczego ludzie są zniechęceni do pracy policji, jednocześnie jednak nie potrafiłam się na pracujących tu ludzi denerwować. Jak i na całą tę sytuację, gdzie wielu by już zostało zniechęconych do składania zawiadomienia, widząc takie tempo... Na szczęście miałam aż za dużo czasu w życiu. Więc po prostu podążałam za wskazanymi ludźmi, schematycznie powtarzając za każdym razem, jak mnie poproszono, mniej więcej te same słowa, zarysowując sprawę, która sprowadziła mnie na posterunek. Bez zdenerwowania, bez pospieszania nikogo, cierpliwie dając się przerzucać między funkcjonariuszami, z których nikt ewidentnie nie chciał się sprawą zająć.
— Widziałam wczoraj na ulicy wywieszone ogłoszenie o zaginionym mężczyźnie. Później, tak się złożyło, przeglądałam stare zdjęcia. Na wielu z nich widać tę osobę. Przemyka gdzieś w tle, ale rysy twarzy na fotografiach są dość wyraźne. Zabrał je pański współpracownik. Robiłam je kilka miesięcy temu, a ogłoszenie mówiło, że od dwóch lat nie ma z tym człowiekiem kontaktu. Wiem, że jego rodzina bardzo się o niego martwi i zgłosiła zaginięcie na policję, więc przyszłam...
— Dobrze, dobrze. Wystarczy — przerwał mi, więc posłusznie zamilkłam. Patrzyłam na niego spokojnie, gdy klikał coś w komputerze. Kilkukrotnie westchnął przy tym ciężko. Tylko raz zerknęłam w tym czasie na zegarek, zastanawiając się, czy powinnam już pisać do Avy, że będzie musiała jakoś wytłumaczyć moją nieobecność umówionemu na dzisiejsze popołudnie kupcowi i obsłużyć go sama. To jedno zerknięcie wystarczyło, żeby zirytować siedzącego przede mną policjanta. Jego kolejne westchnięcie było jeszcze głośniejsze, niż wszystkie do tej pory. — Takie rzeczy trwają, droga pani. Musimy znaleźć tę sprawę w dokumentach i tak dalej... — wrócił do klikania, gdy skinęłam głową z uspokajającym uśmiechem i zapewniłam, że rozumiem i nie pospieszam. Musiałam im narobić już wystarczająco dużo problemów, wbiłam więc bez słowa wzrok w biurko, żeby nie prowokować jakimś przypadkowym spojrzeniem kolejnych nieprzyjemnych emocji u niego.
Po dłuższej chwili milczenia, które wypełniało tylko jego jednostajne klikanie w komputer, w końcu sięgnął po spoczywający na biurku telefon. Wykręcił jakiś numer i przyłożył urządzenie do ucha, odwracając się ode mnie na obrotowym krześle. Uznałam, że wykorzystam tę chwilę, by jednak skontaktować się z obecną kierowniczką mojej galerii, szybki SMS, że nie dojadę na czas...
— Dobrze, zaraz przyjdzie do pani funkcjonariuszka, która będzie się zajmować tą sprawą — policjant odezwał się do mnie, zanim zdążyłam nacisnąć przycisk ,,wyślij". Podniosłam wzrok znad komórki. — Może pani poczekać na korytarzu.
Podziękowałam mu uprzejmie za poświęcony mi czas, wstałam i wyszłam z pomieszczenia. Gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi, dokończyłam szybko pisanie wiadomości, wysłałam ją, po czym zaczęłam się rozglądać za miejscem, gdzie mogłabym usiąść, żeby poczekać na wspomnianą policjantkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz