Strach. Nie ten znajomy, pełznący, zaciskający szpony na sercu, gdy ojciec patrzył pozbawionym emocji wzrokiem, ani ten, gdy cudze życie uciekało spomiędzy palców. Ten uderzył z opóźnieniem, znienacka, i zamiast mobilizować do działania, sparaliżował go od środka, ogłuszając zmysły.
Ktoś dotknął go w ramię, próbował odsunąć, ale ani drgnął. Wciąż tkwił skulony nad dziewczyną, z dłońmi przyklejonymi do krwawiącego boku. Nastolatka całkiem odleciała, jej skóra okropnie poszarzała i pomimo że praktycznie tonęła pod ciężką kurtką, była lodowata i drżała. Ale oddychała. Sammy jedynie rzęził.
Dopiero teraz dotarł do niego własny oddech – szybki, urwany, przypominający skomlenie duszącego się w sidłach zwierzęcia. Prawie sięgnął do szyi, by zbadać niewidzialną pętlę, ale ciało po raz kolejny odmówiło posłuszeństwa. Piekło, drapało, tak jakby sam strach wdzierał się do płuc, rozszarpując tchawicę.
— …możesz już puścić, wszystko w porządku, zajmiemy się nią…
Ledwo zarejestrował łagodny szept tuż przy uchu i ramiona oplatające go wokół klatki piersiowej. Nie szarpał się, nie protestował, gdy odebrali mu dziewczynę, a jego samego pozostawili na podłodze, pozwalając plecami oprzeć się o chłodną ścianę.
— Doktorze… oddychaj…
Czyjaś twarz mignęła przed szeroko otwartymi oczami, ale pozostała jedynie nieostrą, tańczącą plamą kolorów. Wziął głębszy, chrapliwy oddech i zakrztusił się, a jego ciałem wstrząsnęły spazmy kaszlu. Z jeszcze większą paniką dotarło do niego, że nawet nie miał siły, by z tym walczyć.
Jeszcze raz wciągnął powietrze.
Tym razem z większym sukcesem.
Wystarczyło kilka spokojniejszych oddechów i ślepe przerażenie przeszło w zwykły strach, który wkrótce ustąpił miejsca ogólnemu zaniepokojeniu. Najgorsze minęło.
Mroczki przed oczami ustąpiły, a zimny pot spłynął leniwie po plecach, gdy kilka metrów dalej rozległy się podniesione głosy.
— Siedź, Janek. Nie powinieneś wstawać.
Sammy automatycznie odwrócił głowę w stronę zamieszania. Dźwignął się niepewnie na nogi, żołądek prawie podszedł mu do gardła i zatoczył się do przodu. Oparł się nieświadomie na pielęgniarce, która przez cały ten czas czuwała przy nim i teraz pomagała złapać pion. Zignorował pytania o samopoczucie, wytarł czerwone dłonie o scrubsy i na drżących nogach ruszył ku strażakom.
To było istne szaleństwo, pchać się tam, gdzie instynkt krzyczał, by pod żadnym pozorem się nie zbliżać. Musiał być niespełna rozumu, by po tym wszystkim, co zobaczył, podkładać się pod zęby niebezpieczeństwu groźniejszemu niż ciemność spowijająca Dzikie Ziemie.
Ale nie mógł odejść. Janek mógł potrzebować pomocy.
— Nic mi nie jest — odparł strażak.
Ork i gnom krążyli wokół niego opiekuńczo, próbując powstrzymać Janka przed podniesieniem się z podłogi.
— Niech chociaż Ylva cię obejrzy — targował się z nim Gulm. — Zaraz ją wezwę…
— Nie trza, szkoda czasu. Możemy wracać do roboty.
Strażacy rozstąpili się, gdy Sammy do nich podszedł, odsłaniając siedzącego tyłem Janka.
Dziwnie było patrzeć na te zgarbione ramiona i sztywną sylwetkę, jakby nagle miał przed sobą zmęczone, osowiałe zwierzę, a nie bestię, która jeszcze przed chwilą utrzymywała całą windę jedynie na własnych barkach.
Na samo wspomnienie przełknął ciężko ślinę.
Oddychało mu się już łatwiej. Instynkt ucichł. Strach nie zniknął całkowicie, ale zamiast paraliżować, tlił się ledwo wyczuwalnie, jak żar przykryty popiołem.
— Krwawisz — zauważył. Lekko drżąca dłoń sama powędrowała do rudego kucyka, odgarniając go z karku. — Jesteś ranny.
Janek zerknął na niego przez ramię i Sammy przez chwilę miał wrażenie, że coś zmieniło się w jego spojrzeniu. Wyciągnął dużą i schowaną w grubej, brudnej rękawicy dłoń i przesunął nią po skaleczeniu, tylko rozmazując krew. Medyk skrzywił się na ten widok.
— Ot, tylko draśnięcie — zapewnił Janek. — Przepłuczę szałwią i po sprawie.
Sammy chciał zaprotestować, ale nagle rozległ się elektroniczny trzask i z komunikatora popłynął głos.
— Potrzebuję dodatkowej pary rąk przy przenoszeniu pacjentów z OIOM-u.
Strażacy spojrzeli po sobie, ich wzrok zatrzymał się na Janku, który wstał, otrzepał portki i już rwał się, by polecieć z pomocą kolejnym nieszczęśnikom. Sammy, ku własnemu zaskoczeniu, złapał go mocno, pewnie i nie puścił nawet wtedy gdy Janek napiął mięśnie, gotów wyrwać rękę. Strażak zawahał się i spojrzał na niego pytająco. Przez krótką chwilę żaden z nich się nie odezwał.
Sammy odchrząknął.
— Zajmę się nim — zwrócił się do Gulma i niskiego strażaka, którego kojarzył jedynie z widzenia.
Ork skinął głową, wymienił się spojrzeniem z gnomem i sięgnął do komunikatora.
— Przyjąłem. Już idziemy.
Zaraz rozległ się stukot ciężkich butów i zniknęli na klatce schodowej. Ale Janek do nich nie dołączył.
— Mogę iść z nimi — stwierdził strażak, zerkając na drobne palce zaciśnięte na swoim nadgarstku.
— Iść to możesz ze mną, ale na dół, na oddział.
— Przecie chory nie jestem.
— Ale ranny już tak. I nie mów, że to nic. Pozwól, że ja to ocenię. A teraz chodź, im szybciej na ciebie zerknę, tym szybciej będziesz mógł wrócić do reszty.
Rezydent rozluźnił uścisk, ale zrobił to niepewnie, jakby się bał, że Janek natychmiast ucieknie za kolegami. Ten jednak ruszył posłusznie za nim.
Zeszli na oddział, gdzie w półmroku wciąż panował kontrolowany chaos. Lekarze badali rannych w blasku awaryjnych świateł, segregując ich pod czujnym okiem Yeldan. Poważniejsze przypadki czekały na transport do najbliższej działającej placówki. Sammy mógł sobie tylko wyobrazić, co musiało się dziać na wyższych piętrach. Istna katastrofa.
— Co tak właściwie się stało? — zapytał pod nosem, nie oczekując odpowiedzi.
— Atak hakerski. Wyłączyli całe zasilanie.
Doktor Renard zaszła go od tyłu. Wzdrygnął się i mało nie skręcił karku, by na nią spojrzeć. Ordynatorka zmierzyła go uważnym wzrokiem i odetchnęła z cichą ulgą. Jej ciepła ręka wylądowała na jego ramieniu, ściskając pokrzepiająco.
— Słyszałam, co się stało w windzie. Wszystko w porządku?
Sammy skinął głową.
— Ellis została zabrana na blok. Muszę tylko zerknąć na Janka, podejrzewam, że mógł się poturbować podczas akcji.
Strażak wydał z siebie pełne buntu mruknięcie. Renard zerknęła na niego przelotnie, po czym wróciła wzrokiem do swojego rezydenta. Zwykle twarde i surowe spojrzenie wyraźnie złagodniało.
— Dobrze. Słuchaj Sammy, ja… — Ktoś zawołał ją z jednej z sal. Przeklęła cicho. — Porozmawiamy później. Trójka powinna być wolna.
Od razu się tam skierowali.
— To, co dzisiaj zrobiłeś — zagadnął Sammy, gdy drzwi zatrzasnęły się za nimi, odcinając ich od krzyków i bieganiny. — W Vespie pewnie okrzyknęliby cię superbohaterem.
Janek zaśmiał się krótko, a rezydent uśmiechnął się mimowolnie na ten dźwięk.
— Dzień jak co dzień — odparł strażak.
— Uh-huh… — Sammy odpalił wysoką lampę na baterię, zadowolony, że nie będzie musiał pracować po ciemku, i przesunął ją bliżej kozetki. — Usiądź wygodnie i ściągnij, proszę, koszulkę.
Zaczął grzebać po szufladach, wyciągając sól fizjologiczną, gazę i szeroki opatrunek. Na wszelki wypadek przygotował też zestaw do zszywania, ale miał nadzieję, że nie będzie potrzebny. Gdy się odwrócił, Janek już siedział na kozetce lekko przygarbiony i z dłońmi ułożonymi na udach. Szelki od spodni zwisały wzdłuż tułowia, a ciemna koszulka wraz z przetartymi rękawicami wylądowały na krześle obok.
Wielki, postawny, porośnięty gęstym rudym włosem przypominał czuwającego niedźwiedzia. Zerkał to na młodego lekarza, to na swoje ogromne dłonie, które pocierał niespokojnie. Sammy odwrócił głowę, gdy ich spojrzenia się spotkały, a świeżo wyciągnięte rękawiczki wysunęły mu się z ręki i upadły na podłogę. Westchnął i sięgnął po kolejną parę, czując, jak rumieniec zaczyna wspinać się po szyi. Zmusił się do chłodnej, medycznej oceny. Janek był tylko kolejnym pacjentem. Nikim więcej.
— Będą z tego brzydkie siniaki — stwierdził nagle, zauważając na barkach i plecach rozległą czerwień, która już za kilka godzin miała ściemnieć do głębokiej purpury. — Przydadzą się zimne okłady i maść przeciwbólowa. — Odgarnął delikatnie włosy, z całych sił ignorując to, jak gwałtownie spięło się ciało strażaka pod jego dotykiem, i ustawił lampę, tak aby oświetlała kark mężczyzny. — To tylko powierzchowne skaleczenie. Bałem się, że będzie gorzej. Jeśli zadbasz, żeby rana była sucha i czysta, to powinno szybko się zagoić.
Sięgnął po przygotowane rzeczy i starannie wyczyścił nacięcie gazikiem, po czym zakleił jałowym opatrunkiem.
— To tyle? — zapytał z nadzieją Janek.
— Aż tak bardzo chcesz ode mnie uciec? — zażartował Sammy trochę niezręcznie, po czym dał strażakowi znać, żeby wstał. — Poruszaj ostrożnie głową. Góra, dół, czujesz opór lub jakieś kłucie w szyi, kręgosłupie?
— Nie.
— A przy skręcie tułowia?
Janek nic nie musiał mówić. Sammy rejestrował każdy najdrobniejszy grymas, każde westchnięcie wymykające się spomiędzy ust i każdą nienaturalną zmianę ułożenia ciała, świadczącą o bólu i dyskomforcie.
— Będziesz żył — podsumował rezydent z lekkim humorem, choć tak naprawdę wciąż nie dowierzał. Coś, co zabiłoby większość znanych mu istot, na Janku zostawiło tylko siniaki, naciągnięte mięśnie i drobne, mało poważne skaleczenie.
— Ano mówiłem.
— Chociaż mięśnie będą przez jakiś czas dokuczać.
— Niedługo. — Strażak machnął ręką i przeciągnął przez głowę koszulkę. — Nie takie rzeczy się przeżyło.
Na ustach Sammy’ego pojawił się krzywy uśmiech. Chyba wolał nie pytać, co mężczyzna miał na myśli.
— Uh-huh… mimo to powinieneś przez najbliższy czas się oszczędzać, ale biorąc pod uwagę twoją pracę, może to być pobożne życzenie, więc najlepiej by było gdybyś kilka dni spędził w domu, dał ciału dojść do siebie.
Zgarnął zakrwawione materiały do kosza na odpady medyczne. Odruchowo chciał chwycić za tablet, by wypisać receptę, ale szybko przypomniał sobie o braku prądu. Westchnął ciężko, już nie mógł się doczekać męki z uzupełnianiem tego wszystkiego, gdy systemy wreszcie ruszą. Poklepał się po kieszeniach i wyciągnął stary notes i długopis. Szybko naskrobał nazwy leków przeciwbólowych i maści, a na oddzielnej kartce wypisał tradycyjne zwolnienie lekarskie.
— Musisz odpocząć — oznajmił poważnie i podniósł wzrok na strażaka. — Zastosujesz się do tego co mówię?
Janek otworzył usta, ale Sammy w ostatniej chwili mu przerwał, wciskając do rąk wyrwane karteczki:
— Nie. Jednak nic nie mów. Wolę żyć w słodkiej niewiedzy. Zrobisz, jak uważasz. Jesteś wolny. A, nie, czekaj! — Ręka rezydenta zanurkowała w kieszeni spodni. Strażak pokonał pokój w dwóch krokach i już stał w drzwiach. — Proszę, naklejka, za bycie dzielnym pacjentem.
Drobny, radosny jelonek wylądował na wyciągniętej, spracowanej dłoni i nieśmiało spoglądał na strażaka maślanymi oczkami. Janek uniósł brwi, a uśmiech zalśnił w gąszczu rudej brody.
— Dziękuję.
— To ja dziękuję.
— Za co? — zdziwił się mężczyzna, a ciepły uśmiech zniknął.
— Za uratowanie nam życia. Gdyby nie ty… nawet nie chcę o tym myśleć. Dzięki tobie Ellis trafiła na blok i to jest najważniejsze.
Janek spuścił wzrok i szurnął ciężkim butem o podłogę, cofając się ku wyjściu.
— E tam. Dziękować nie trzeba. Taka praca — mruknął.
I nim Sammy zdążył odpowiedzieć, strażak skinął głową na pożegnanie, schylił się w progu i zniknął za drzwiami, zostawiając rezydenta samego z nowym, rosnącym ciężarem w piersi.
Katniss rozpromieniła się na jego widok.
Sammy podszedł pod ceglany budynek remizy, mrużąc oczy przed jesiennym słońcem, i bez słowa wyciągnął ku niej butelkę wody. Od dramatu w windzie minęły już prawie trzy tygodnie, a jeden od wypisania Ellis ze szpitala. I choć windę szybko naprawiono, to Sammy wciąż łapał się na tym, że w mniej pilnych przypadkach wolał wybrać schody.
Przyjaciółka przyjęła wodę z wdzięcznością i chwyciła go pod ramię, ciągnąc od razu w stronę rozstawionych na trawniku stoisk. Dookoła pachniało grillem, a z oddali słychać już było gwar rozmów i śmiech rozrabiających dzieci.
— Już myślałam, że będziesz miał pietra i nie przyjdziesz — powiedziała z uśmiechem.
Sammy odpowiedział lekkim uniesieniem kącików ust, tak jakby wcale wczoraj nie bił się z własnymi myślami, czy w ostatniej chwili nie odwołać spotkania. Próbował sobie wytłumaczyć, że nie może żyć w ciągłym strachu, że nie może wiecznie uciekać. Obiecał sobie, że Novendia będzie nowym startem, a póki co to jedynie podkładał sobie samemu kłody pod nogi, nie dając szansy na przyzwyczajenie się do nowego miejsca, ludzi i... nieludzi. Teraz miało się to zmienić, a charytatywny festyn strażacki wydawał się być dobrym początkiem.
— Mam coś dla ciebie — oznajmiła nagle Katniss. Sammy dopiero teraz zauważył, że miała coś wciśniętego pod pachą. Podała mu fotokalendarz. — Musiałam wybłagać Ylvę, żeby zostawiła mi jeden egzemplarz, bo dosłownie rozchodzą się jak ciepłe bułeczki.
Zatrzymał się i uniósł brwi na ten podarunek. Podziękował, szczerze poruszony, że wilkołaczka pamiętała o rozmowie sprzed tygodnia, gdy wspomniał mimochodem, że przydałby mu się kalendarz, na którym mógłby wraz ze współlokatorem rozpisywać ich zmiany w pracy.
— Co roku taki robią, a wszystkie pieniądze ze sprzedaży idą na lokalną pomoc.
— To miłe — przyznał z uśmiechem.
Przekartkował szybko śliskie, błyszczące strony. Przez moment mignęły mu rozmazane sylwetki, aż palec Sammy'ego zatrzymał się na karcie lipca. Zamrugał. Ze zdjęcia, na tle wozu strażackiego, uśmiechał się do niego Janek – bez koszulki, w samych spodniach z toporem opartym o umięśnione ramię.
Sammy z głośnym trzaskiem zamknął kalendarz.
— Och... — Przełknął ciężko ślinę. — O rety...
Przyjaciółka śmiała się z niego do rozpuku, gdy szarpnął gorączkowo za suwak plecaka i wpakował kalendarz na samo dno, przykrywając go stertą ubrań. Starał się wymazać z pamięci obraz włochatego, spoconego brzucha, umazanej smarem klatki piersiowej i tych silnych rąk…
— N-nie wspomniałaś, że to kalendarz tego typu — wyjąkał, czerwony aż po same uszy.
Wilkołaczka wyszczerzyła się przebiegle.
— Nie chciałam ci zepsuć niespodzianki. Podoba się?
Nie potrafił na to odpowiedzieć, poruszając bezgłośnie ustami, w próbie wyduszenia z siebie, chociażby jednego słowa. Katniss parsknęła pod nosem, złapała go znowu za ramię i obrała nowy cel.
— O! Popatrz kogo my tu mamy — zanuciła radośnie, ciągnąc go prosto w kierunku stoiska, przy którym Janek właśnie podawał komuś jedzenie na papierowym talerzyku.
Próbował się zaprzeć nogami w trawie, wyrwać się z żelaznego uścisku, ale wilkołaczka była zdecydowanie za silna.
— Hej, Janek! — zaświergotała do strażaka. — Co dobrego tu masz?
Mężczyzna skinął im na powitanie.
— Trochę placków, sałatek, a czego wam trzeba?
— A masz pierogi?
— Ano mam.
— Z czym?
— Z mięsem, serem i jagodami.
— To dawaj po dwa każdego — postanowiła Katniss i podczas gdy Janek nakładał pierogi, wsunęła do puszki dwa banknoty. — Próbuj — zażądała zaraz, podsuwając Sammy’emu widelec z nabitym, lekko różowym, posmarowanym śmietaną pierogiem.
Rezydent zmarszczył nos.
— Co to jest?
— Pieróg — oznajmiła i bezceremonialnie wepchnęła mu widelec do ust.
Miała szczęście, że się nie zadławił, i tylko spojrzał na nią pochmurnie, zaczynając przeżuwać jedzenie z obrażonym grymasem, który jednak szybko ustąpił miejsca czystemu zachwytowi. Oblizał usta z zadowolonym pomrukiem.
— O rany — jęknął. Otworzył szeroko błyszczące z podniecenia oczy. — T-to jest… niebo w gębie! — Wyrwał Katniss widelec, nabił kolejnego pieroga i wpakował go do ust, dodając z wypchanymi polikami: — Powiedzcie, kto to zrobił, a normalnie pójdę i wycałuję człowieka!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz