Noc za miastem była czarna i cicha niczym konfesjonał. Rosario Ferrante czekał w niej już od godziny, wytężając całą wolę, by jego twarz pozostawała maską chłodnej obojętności.
Dobrze wybrali miejsce. Parking będący dawnym placem przeładunkowym, kilometry od najbliższych świateł i cywilizacji, ogrodzony siatką, zdawał się miejscem poza czasem, gdzie nie sięgała ręka prawa. Wiatr szeleścił wśród plastikowych strzępków czegoś, co kiedyś mogło być zaplątaną w siatkę foliową siatką, a pojedyncza latarnia sodowa trzeszczała cicho, rzucając wokół chorobliwie żółte światło.
Za plecami Rosaria stały dwa wozy familii i garstka ludzi w elegancko skrojonych garniturach i równie elegancko uzbrojonych po zęby. Młody Don znał ich od dziecka: Vito, ostoja spokoju w najbardziej zaciekłych konfliktach, z dłonią niedbale wspartą o pas, zaraz obok Alessandro, młodszy, ale nie mniej doświadczony, zdolny trafić każdą z garści rzuconych w powietrze monet. Francesco, szpakowaty mężczyzna o dłoniach skrytych w rękawiczkach, stał nieco dalej, pilnując ciężkiej walizki. Walizka zaś, porządna i skórzana, wykonana przez uznanych solmaryjskich rzemieślników, wypakowana była na sztywno idealnie ułożonymi banknotami, małą fortuną, zdolną zapewnić dostatnie życie przeciętnemu człowiekowi, w oczach Rosario będącą jednak jedynie środkiem do osiągnięcia celu.
Kupował za nią życie ojca.
Non è una statua, figlio mio, powiedział mu Don Salvatore, gdy Rosario żegnał się z nim w zaciemnionej sypialni, w powietrzu ciążącym zapachem leków i kadzidła, którym matka próbowała przekupić świętych. To nie byle figurka. To coś, co utrzyma mnie przy tym stole jeszcze parę lat. Przywieź ją dla mnie, moje dziecko. Bym mógł chronić naszą rodzinę jeszcze parę lat.
Zdrowie ojca kruszało niczym oblężony zamek. Don Salvatore, głowa rodziny Ferrante, postrach całej solmaryjskiej mafii, gasł w oczach. Nieprzychylni mówili, że to przeznaczenie dopominało się o duszę starego Dona, szukało sprawiedliwości za wszystkie popełnione przez niego zbrodnie, lecz Rosario pluł tak na przeznaczenie, jak i szczekanie zdradzieckich psów podnoszących swoje łby, gdy tylko zwęszyły przelotną słabość tego, przed którym do niedawna się kuliły. Przyniesie ojcu statuetkę, cena nie grała dla niego roli.
Ludzie bez honoru. Tak Don Salvatore nazywał tych z Altan Pingyuan, i Rosario, wpatrzony teraz w czarną drogę, przyznawał ojcu rację w każdym calu. Familia handlowała z wieloma, ale ci z wielkich miast, pachnący opium i przyprawami, byli wyjątkowo niebezpieczni. Człowiek, który wszystko wycenia, sprzeda w końcu i ciebie, jeśli ktoś zapłaci lepiej, a Rosario wolałby raczej podać rękę demonowi niż komuś, kto wierzy wyłącznie w zysk, nie mając w sobie honoru.
Spóźniali się.
Rosario nie zamierzał jednak dać się wyprowadzić z równowagi, więc gdy w końcu zajechali, jego oddech był spokojny, a spojrzenie uważnie lustrowało przybyłych. Trzy czarne, niskie wozy sunące jeden za drugim w idealnym, niepokojącym szyku, jakby nie prowadzili ich ludzie, tylko jeden wspólny, zimny rozum, zatrzymały się naprzeciw, kawałek od wozów familii. Przez chwilę nic się nie działo. Tylko dwa światy patrzyły na siebie przez pas pustego asfaltu i ciemności między nimi.
Trzasnęły drzwi.
Rosario przeliczył ich, instynktownie oszacował siłę, możliwości. Ośmiu, dziewięciu, jak z jednej formy, w rozpiętych pod szyją koszulach, z obnażonymi ramionami ukazującymi tatuaże. Smoki wijące się wokół przedramion, tygrys szczerzący kły na czyjejś piersi, węże, karpie, znaki, których Rosario nie umiał odczytać, a które komuś innemu opowiedziałyby całą biografię – ile lat, krwi, ile ciał. Wszystko, by wzbudzić strach.
Rosario nie drgnął. Maska najstarszego syna Don Salvatore pozostała niewzruszonym obrazem znudzenia oglądanym wielokrotnie spektaklem. Ojciec już dawno nauczył go, dzwon bije głośno, bo jest pusty, że te naprężone mięśnie i lśniące giwery to jak tanie światła choinkowe imitujące prawdziwy ogień, wściekłe barwy węży, które potrafiły tylko syczeć. Naprawdę groźny był ten, kto nie musiał nikomu niczego udowadniać. Rosario przeniósł wzrok na ostatnie drzwi.
Jeden z mięśniaków otworzył je usłużnie i wysiadła z nich kobieta.
Klasyczne, czerwone quipao ozdobione stonowanymi, złotymi akcentami, płonęło w świetle reflektorów niczym jedyna żywa rzecz na tym martwym parkingu. W powodzi czerni i szarości wyglądała niczym odprysk czegoś nierzeczywistego, zupełnie niepasującego do twardych krawędzi i zimnej stali otaczających ją z każdej strony. Kobieta szła bez pośpiechu, stawiając stopy z precyzją tancerki, a tatuowani gangsterzy rozstępowali się przed nią, spuszczając wzrok. Szerokie ramiona kuliły się napięciem.
Rosario zmrużył oczy.
Shen Hongyan, sama głowa syndykatu Bai Lian, Białego Lotosu, ludzi zajmujących się najbrudniejszymi interesami. Nie posłaniec, nie podwykonawca. Kobieta, która żelazną ręką trzymała wszystkie sznurki.
Chłodny dreszcz przeszedł wzdłuż kręgosłupa, maska syna Don Salvatore zadrżała nieznacznie.
Zatrzymała się w połowie dystansu. Rosario ruszył jej naprzeciw, sam, zostawiając Vita i walizkę za plecami – dwoje ludzi na środku, reszta w cieniu, palce blisko stali. Stanęli naprzeciw siebie. Czas stanął w miejscu.
— Ferrante — odezwała się zamiast przywitania.
— Macie towar? — Rosario nie przyszedł tu dyskutować.
— Macie pieniądze?
— Najpierw towar.
— Najpierw — usta wygięły się w parodię uśmiechu — zaufanie.
Rosario parsknął.
— Zaufanie znacie jedynie jako obce słowo w słowniku — odparł. — Pieniądze są w tej walizce. — Skinął, a Francesco uniósł i jednym ruchem otworzył walizkę, ukazując starannie ułożone pliki banknotów. Zamknął ją równie szybko. — Pokażcie figurkę.
Shen Hongyan nawet nie spojrzała w stronę Francesco. Drobny gest i jeden z tatuowanych podszedł, niosąc w obu dłoniach lakierowaną skrzynkę. Otworzył ją na wysokości piersi.
Była tam. Wielkości dłoni, może trochę większa, wyrzeźbiona z czegoś, co w świetle wyglądało jak stary nefryt przechodzący w kość – człowiek rozłożony jak do sekcji, ze złocistymi liniami wzdłuż ciała, obrazującymi coś, na czym Rosario się nie znał, i z maleńkimi, idealnymi organami wpasowanymi jak elementy układanki. Serce nie większe od pestki, półprzejrzyste, do tego bliźniacze płuca, wątroba, prześwitujące jelita, wszystko pulsujące jakąś dziwną, nienazwaną magią. Rosario wstrzymał oddech – oto miał przed sobą klucz do zdrowia własnego ojca – i o mało nie sięgnął po walizkę od razu.
— Skąd mam wiedzieć, że jest prawdziwa? — powiedział zamiast tego.
Powietrze na parkingu można było kroić nożem. Za plecami Shen Hongyan ktoś przestąpił z nogi na nogę, ktoś prychnął. Vito odchrząknął cicho, ostrożnie, chłopcze.
— Obrażasz mnie. — Shen Hongyan zmarszczyła nieznacznie nos. — Podważasz autentyczność towaru oferowanego przez Bai Lian. Kłamstwa to wasz obyczaj, nie nasz.
— Podważam autentyczność kawałka kamienia, którego nie widziałem z bliska — odparł Rosario. — Nie interesują mnie słowa. Interesują mnie fakty. Kupuję figurkę, i zapłacę za nią dopiero, kiedy ktoś, kto się na tym zna, powie mi, że to właśnie ona. Taki jest zwyczaj. U ludzi, którzy dbają o honor obu stron.
Dłonie powędrowały ku marynarkom i powietrze na parkingu dało się wyłącznie rozłupać siekierą.
Shen Hongyan nie drgnęła. Patrzyła na Rosaria długą, mroźną chwilę, ważąc słowa, ważąc jego samego. A potem uniosła dwa palce, leniwie, a za jej plecami wszystkie dłonie znieruchomiały.
— Dobrze — powiedziała. — Twój ekspert. Gdzie on jest?
— W moim wozie.
— Pokaż go. — Znów w jej głosie pojawił się cień rozbawienia. — Zobaczymy, komu ufasz, Ferrante.
Rosario nie odrywał od niej wzroku, gdy skinął na Vita.
Za jego plecami otworzyły się tylne drzwi familijnego wozu. Rozległ się szmer szamotaniny, stłumiony jęk, i dwaj ludzie Rosaria wywlekli na asfalt trzecią postać – szczupłą, chwiejną, z workiem naciągniętym na głowę i związanymi z przodu dłońmi. Trzymali go pod ramiona, bo sam ledwie stał, gdy kolana uginały się pod nim, zdrętwiałe od długiego przebywania w jednej niewygodnej pozycji. Podprowadzili go na środek, w krąg reflektorów, i tam pozostawili.
Vito ściągnął worek.
W ostrym świetle zamrugał stary człowiek. Siwiejący, w wygniecionej marynarce z łatami na łokciach, w krzywo osadzonych na nosie okularach, za którymi para wodnistych oczu miotała się od wozu do wozu, od twarzy do twarzy, od lufy do lufy, z czystym przerażeniem człowieka, który jeszcze wczoraj opowiadał studentom o starożytnej ceramice, a teraz stoi między uzbrojonymi po zęby gangsterami. Wargi trzęsły mu się bezgłośnie, z gardła wydobył się cichy, żałosny dźwięk.
Rosario spojrzał na niego i poczuł ukłucie czegoś, co jego ojciec nazywał słabością, a on sam litością. Może dlatego nie dostrzegł, że zanim przerażenie na dobre zalało starczą twarz, para wodnistych oczu przeleciała przez cały parking jeden raz z ostrością, która do drżącego profesorka zupełnie nie pasowała.
A potem starzec zakwilił, odsunął się o pół kroku, i chwila minęła.
— No idź — warknął jeden z ludzi Rosaria, popychając profesora. — Rusz się, dziadku.
Starzec zachwiał się, zrobił dwa niepewne kroki i o mało nie potknął się o własne nogi. Rozejrzał się z tą swoją bezradną, wodnistą paniką, jakby szukał kogoś, kto mu wytłumaczy, co się właściwie dzieje i dlaczego akurat jemu, po czym ruszył chwiejnie przez pas asfaltu ku tatuowanemu mężczyźnie ze skrzynką. Rosario patrzył na to z kamienną twarzą i rosnącym niesmakiem. Ekspert. Znaleźli mu takiego eksperta, że prędzej trzaśnie na zawał, nim w ogóle spojrzy na statuetkę.
— Panie profesorze — odezwała się Shen Hongyan. Jej rozbawiony ton doprowadzał Rosaria do szału. — Proszę się nie bać i ocenić autentyczność tej statuetki. Nikt tu nikogo nie skrzywdzi. — Zawiesiła głos. — Dopóki wszyscy zachowują się rozsądnie.
Profesor pokiwał głową gorączkowo, przełknął ślinę tak głośno, że nawet Rosario usłyszał, i dowlókł się wreszcie do skrzynki. Tatuowany trzymał ją nieruchomo na wysokości piersi. Starzec pochylił się nad figurką, poprawił drżącą dłonią krzywe okulary i przez długą, długą chwilę po prostu patrzył.
— To… — zaczął łamiącym się głosem. — To jest… proszę o światło, ja… tu jest ciemno, ja muszę zobaczyć nefryt przy… przy dobrym świetle, bo inaczej nie odróżnię, wie pani, oryginału od… od odlewu, patyny nie widać w takim…
— Masz pięć minut, dziadku — powiedział Rosario. — Mniej, jeśli będziesz gadał.
— Tak, tak, oczywiście, już, już patrzę…
Wyciągnął ku figurce chude, trzęsące się palce i zawisł nad nią, mrużąc oczy, przechylając głowę, cmokając z namysłem, jak ten miły prowadzący próbujący wyłuskać trzy na szynach z katastrofalnego raportu oddanego przez studenta. Rosario obserwował go z odległości pięciu kroków, walizka z pieniędzmi czekała tuż za nim, i po raz pierwszy tej nocy mafiozo poczuł, jak coś w nim odrobinę się rozluźnia. Jeszcze chwila. Jeszcze werdykt, wymiana, droga powrotna, i figurka stanie przy łóżku ojca.
Profesor pochylił się niżej. Jego palce były już bardzo blisko skrzynki.
Wtem noc eksplodowała światłem, huk powalił na kolana.
— POLICJA! NA ZIEMIĘ! RĘCE NAD GŁOWĘ! NATYCHMIAST!
Zza hałdy żwiru wytoczyły się opancerzone wozy. Zza siatki, przez siatkę, ponad siatką, posypały się sylwetki w czerni i hełmach, z latarkami przy lufach, otaczające gangsterów sprawnie niczym mrówki broniące swego mrowiska. Mrowie, mrowie postaci, pięciu, nie, dziesięciu na jednego, nie licząc dodatkowego wsparcia. Rosario zamarł.
— Biǎozi yǎng de!
— Bastardi!
Dwie mafie, lustrzane przerażenia, ta sama błyskawiczna, zabójcza pewność, że druga strona właśnie ich zdradziła.
Ktoś strzelił.
Świat rozpadł się na huk i dym. Parking zamienił się w piekło ognia krzyżowego: Solmaryjczycy strzelali do ludzi Bai Lian, Bai Lian do Solmaryjczyków, obie strony do policji, policja do wszystkich naraz. Szkło. Krzyk. Iskry. Nic nie było widać. Niczym w starym filmie, parking utonął w gęstej, białej mgle, przez którą reflektory antyterrorystów nie potrafiły się przebić. Ktoś kaszlał. Ktoś strzelał na oślep. Ludzie Bai Lian znikali w tej bieli sprawnie, jak aktorzy schodzący za kulisy. Vito chwycił Rosaria za kołnierz i szarpnął go w dół, za wóz – tam, gdzie wcześniej była jego głowa, przeleciał rój ołowiu.
— Traditori…! — Rosario wycedził przez zaciśnięte zęby. — Figli di puttana!
Wymienił spojrzenia z Vito, ten pokręcił głową. Figurka przepadła. Mogli zrobić tylko jedno.
— Ritirarsi!
Klub na Drzewie, wbrew nazwie, nie rósł na żadnym drzewie, choć drzewo w sobie zawierał. Miejsce, które Felix, Net i Nika nazywali swoim domem, trudno było ująć jednym słowem. Mieszkanie? Baza operacyjna? Ogród? Bunkier? Szkło i stal, kable i elektryczność – wszystko to tworzyło szkielet Klubu, jego oczy i uszy, twardy pancerz chroniący go przed światem technologią, której nikt tutaj jeszcze nie wynalazł. Drewno i liście, kwiaty i woda – wszystko to tworzyło rdzeń Klubu, jego serce i płuca, miękkie wnętrze dające komfort mieszkańcom, których ścieżki Los splótł z niebywałą wirtuozerią. Rezydencja z przyszłości, którą las powoli zabierał z powrotem dla siebie – metal pod mchem, neon prześwitujący przez liście.
Drzwi otworzyły się i do środka wszedł zgarbiony staruszek w wygniecionej marynarce z łatami na łokciach. Zrobił dwa kroki, sięgnął dłonią i broda zniknęła, ukazując szeroki, szelmowski uśmiech. Zdjął okulary, a zza szkieł wychynęło bystre, pogodne spojrzenie. Zrzucił z ramion przetartą marynarkę, a spod tego wszystkiego wyprostował się Felix, sprężystym krokiem podchodzący do medytującej na kanapie Niki i siedzącego nieopodal Neta.
— Trzy tygodnie planowania i roboty — obwieścił, unosząc walizkę niczym trofeum. — I oto jest. Figurka.
— Jesteś ranny — powiedziała Nika, momentalnie ogniskując spojrzenie na lewej nodze Felixa, lokalizując naciągnięty staw, nim mężczyzna zdążył się poskarżyć. Wstała, wskazała dłonią kanapę. — Usiądź, pokaż się…
Felix prychnął, machnął dłonią.
— Zaraz, spokojnie, to tylko drobne draśnięcie.
— Felix.
Net w jednej chwili siedział, w drugiej był tuż obok.
— Usiądź, jak cię Nika prosi.
Felix popatrzył w oczy cyborga, ten jedyny ludzki element, który pozostał z jego ciała, i odnalazł w nim tę część Neta, której nikt i nic nie potrafił naruszyć. Przeniósł wzrok na Nikę, na jej otwarte dłonie pachnące wierzbową zielenią i westchnął czując, jak wewnątrz rozlewa się ciepło, a błazeńska maska zsuwa się, odsłaniając prawdziwą twarz.
— Za bardzo się martwicie — powiedział innym tonem i usiadł posłusznie na kanapie. Skrzyneczka wylądowała zaraz obok, na blacie.
Gdy naciągnięty staw został zadowalająco opatrzony, Felix dostał z powrotem swoją zdobycz, a ta dwójka, którą w myślach nazywał swym rodzeństwem, usiadła z dwóch stron. Szeroki uśmiech powrócił na twarz Felixa.
— To skoro mamy już za sobą tę drobną przerwę techniczną, mogę wam to pokazać! Wynik trzech tygodni naszych wspólnych starań, trzech tygodni ciężkiej pracy, przestawiania pionków, igrania z solmaryjską mafią, bawienia się z pingyuńczykami i stu innych przezabawnych rzeczy, których razem dokonaliśmy. — Zabębnił palcami po zamku. — Panie i panowie, oto i Héhé Yùrén, Nefrytowy Człowiek Harmonii, nasz najnowszy gość honorowy.
Felix przejechał kciukiem po zatrzaskach z miną iluzjonisty pewnego swojej sztuczki.
— Tadaaam!
I otworzył walizkę.
W środku, na dnie, obłożony zmiętym papierem, żeby się nie obijał w transporcie, leżał kloc drewna – zwykły, ciemny, gładko oheblowany kloc wielkości dłoni – mniej więcej tyle, ile miała figurka. Felix nie musiał nawet brać go do ręki by wiedzieć, że ważył pewnie tyle samo.
Na froncie, wypalone w drewnie, widniały dwa znaki. Net pochylił się, popatrzył.
— Bèndàn — przeczytał. — „Idiota”.
Dla Wen Bo dym nie oznaczał chaosu, lecz rozkaz.
Kiedy pierwszy granat wybuchł, on już biegł. Nie jak ci nierozumni Solmaryjczycy, biegający na oślep, nie jak policja, prymitywna i nieskuteczna, lecz jak wąż, przebiegły i gładki, zdolny prześlizgnąć się między przeciwnikami. Wen Bo ćwiczył tę sztukę, aż ruch przestał wymagać od niego myślenia, aż stał się odruchem wrośniętym w ciało. Bezcenna skrzynka zmieniła miejsce, nim ktokolwiek zdążył się zorientować, a teraz tkwiła bezpiecznie wtulona w pierś Wen Bo, gotowego prędzej zginąć, niż pozwolić, by wpadła w niepowołane ręce.
Zostawił za plecami ogień walki, rozjuszoną stal i śmierć tańczącą wśród rozpalonych luf. Dobrze. Ten, kto patrzy w ogień, nie widzi uciekającego cienia.
Miasto ledwie się budziło, gdy wyszedł z pola w pierwsze uliczki, a szarość świtu przechodziła powoli w brzoskwinię ponad dachami. Zmienił kurtkę w bramie – tę skórzaną, rzucającą się w oczy zostawił w koszu, wyszedł w innej, szarej, nijakiej, codziennej. Nie spieszył się. Pośpiech zdradzał. Dwa razy zawrócił, sprawdzając ogon, lecz nikt za nim nie podążał.
Umówione miejsce leżało pod wiaduktem, przy zabitym dechami wejściu do dawnego przejścia technicznego. Znał je z mapy, którą wszyscy wyryli w pamięci: jeden z tuzina martwych punktów rozsianych po mieście, wybranych właśnie na takie wypadki. Za obluzowaną deską kryła się nisza, sucha i głęboka na całe ramię. Wen Bo rozejrzał się raz, krótko, zawodowo, i nie dostrzegł nikogo. Wsunął skrzynkę w niszę, dosunął deskę, sprawdził, czy trzyma. Cofnął się o krok, obrzucił wszystko ostatnim spojrzeniem i odszedł, nie oglądając się za siebie, jakby nic, co właśnie miało miejsce, nigdy się nie wydarzyło.
Ładunek był bezpieczny. System Bai Lian zadziałał, jak zawsze.
Wen Bo zniknął w budzącym się mieście z czystym sumieniem człowieka, który zrobił wszystko tak, jak trzeba, i teraz nic nie miało prawa pójść nie tak.
Nie przewidział tylko jednego.
Zawiniątko szmat pod filarem poruszyło się dobrą godzinę później, kiedy słońce stało już wysoko, a pod wiaduktem zrobiło się na tyle ciepło, że można było wyjść spod sterty okryć. Ten człowiek nie interesował się mafiami, nie słyszał o żadnym parkingu i nie umiał odczytać ani jednego nakreślonego tuszem znaku. Interesował się jedynie alkoholem, którego nie miał, i tym, skąd wziąć na niego pieniądze, których też nie miał.
Chociaż czy na pewno nie została mu jeszcze jedna flaszka? Pracujący niespiesznie umysł przypomniał sobie skrytkę w filarze wiaduktu, w której czasem zdarzało mu się schować coś na czarną godzinę, a że czarna godzina właśnie nadeszła (było w końcu rano), warto było spróbować swojego szczęścia. Mężczyzna dźwignął się, poczłapał, złapał deskę, odsunął, sięgnął dłonią z nadzieją.
— Co do chuja…?
Dłoń trafiła na coś, co flaszką na pewno nie było. Było za to pudełkiem, ładnym i lakierowanym, po otwarciu ukazującym najniezwyklejszą z zawartości. Bezdomny patrzył długo, myśląc i zastanawiając się, nim sięgnął brudnymi palcami.
— Hehe, wyjmowany siurek — zaśmiał się, odłączając precyzyjnie wyrzeźbiony fragment anatomii, nim nowa myśl zaświtała w przepalonym alkoholem umyśle. — To z dziesięć flaszek będzie!
Odłożył organ na miejsce, zamknął starannie pudełko, dla pewności owinął jeszcze kawałkiem koca i z nową energią ruszył w miasto. Tuż za rogiem był taki sklepik, wiecznie otwarty, z dziwacznym typem w spiczastym kapeluszu, co brał różne różności bez zbędnych pytań i płacił od ręki. Tak, to zdecydowanie był jego szczęśliwy dzień.
Sześć ekranów prezentowało ujęcia z sześciu różnych kamer. Parking, biel dymu opadająca w zwolnionym tempie, sylwetki wybiegające z niej we wszystkie strony, pryskające niczym karaluchy. Net zamroził ramkę. Powiększył. Reszta uciekała z rękami przy głowie, zgięta wpół, byle dalej – ta jedna postać szła. Przyciskała coś do piersi.
— Ten.
— Ten — zgodził się Felix.
Szary człowiek przechodził z kamery na kamerę, a Net podawał mu go dalej, skrzyżowanie po skrzyżowaniu, wpinając się w kolejne oczy miasta, zanim tamten zdążył z nich wyjść. Ulica. Zaułek. Metro. Brama. Pingyuańczyk wszedł w ciemnej kurtce, wyszedł w szarej – Net cofnął, odtworzył raz jeszcze, kącik ust mu drgnął.
— Ładnie.
— Zawodowiec.
Dwa zawrócenia bez powodu. Gazeta pod pachą. Gość sprawdzał ogon, szedł dalej krokiem pracownika porannej zmiany, jakby w torbie miał kanapki od żony, a nie tysiącletnią figurkę. Felix obserwował to z niechętnym uznaniem, oparty o kolano, milczący.
Wiadukt. Zabite dechami przejście. Gangster rozejrzał się, kamera nad nim złapała moment, w którym obluzowana deska ustąpiła i lakierowana skrzynka wsunęła się w ciemność za nią. Deska wróciła na miejsce. Gość odszedł, nie oglądając się.
Net już sięgał do następnej kamery, gotów prowadzić go dalej, kiedy Felix położył mu dłoń na nadgarstku.
— Czekaj.
Cofnął nagranie sam. O sekundę. O dwie. Zatrzymał na filarze obok przejścia, na tym, co gangster pominął – kupka szmat, którą oko przyzwyczajone segregować miasto na ważne i nieważne odrzucało bez namysłu.
Felix puścił nagranie dalej. Czas płynął, cień filaru pełzł, słońce się podniosło. Zawiniątko poruszyło się, rozwinęło, wypuściło z siebie człowieka, który usiadł, potarł twarz i przez dłuższą chwilę po prostu patrzył, a potem ruszył w stronę obluzowanej deski.
— Kurwa.
Odsunął ją i wyciągnął skrzynkę na światło. Otworzył. Zajrzał. Nawet z ziarnistego, przyspieszonego obrazu widać było, jak dziwi się tym, co zobaczył, i jak zamyka wieko.
Nika podeszła bezszelestnie i przystanęła za nimi.
Bezdomny wziął skrzynkę pod pachę i ruszył. Net prowadził go teraz bez pytania, kamera za kamerą, aż tamten skręcił w wąską uliczkę i przystanął przed witryną, nad którą wisiał szyld tak upstrzony gwiazdkami i księżycami, że trudno było odczytać, co reklamuje.
— Magiczne Różności — powiedział Felix, a jego ton nie zwiastował niczego dobrego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz