Z czułym rozbawieniem obserwował próby Dantego w przygotowaniu niespodzianki. Syren siedział przy swej maszynie, lecz żaden materiał nie przebiegał pod stopą, Dante zaś zasłaniał barkami ekran telefonu, szukając czegoś intensywnie. Znikał w szafie, przebierając w materiałach, podskakując za każdym razem, gdy Bashar przechodził zbyt blisko, i wymawiając się nie wiadomo czym, gdy chował jakieś nowe pudełko na najwyższą półkę. Przejrzenie dantejskich zamiarów było równie proste, co przejrzenie torby, zostawionej niefrasobliwie na kanapie, gdy Dante akurat był w innym pokoju, lub sięgnięcie w końcu po tamto pudełko, wciąż opatrzone nalepką z napisem „Lampki LED”, kiedy syrena nie było w domu.
Bashar, rzecz jasna, nie uczynił żadnej z tych rzeczy.
Z premedytacją odwracał wzrok, by nie widzieć ekranu, nie interesował się dodatkowymi materiałami skrywanymi przez Dantego, odchodził gdzieś dalej, gdy mężczyzna wyraźnie zajmował się projektem niezwiązanym z zadaniami od Kuttnera. Więcej nawet – specjalnie zostawiał swoje biurko pustym i wysprzątanym, akurat tak, by dało się przy nim wygodnie usiąść, rozłożyć notes i pisać nieniepokojonym, przykładając się do każdego słowa i każdej litery, starannie kaligrafując kolejne zdania. Skoro i tak miał dostać wszystkie efekty starań Dantego, mógł przecież cierpliwie poczekać.
No, może trochę droczył się z syrenem. Ale tylko trochę.
Blask świetlików otaczał ich łagodną łuną, Bashar zaś podjął spokojny spacer wśród ciepła ich wspólnych wspomnień. Odwrócił stronę, wzrok padł na starannie wykaligrafowany akapit.
— Było mi tak zimno, gdy wyjechałeś — przeczytał, przystając, dłoń delikatnym gestem przesunęła się wzdłuż linijek. — Odliczałem dni do momentu, gdy znów cię zobaczę, usłyszę twój głos, i chociaż nie mógłbym cię dotknąć, zamknąć w ramionach, to wiedza, że jesteś tam gdzieś, bezpieczny, i że wszystko u ciebie w porządku, dawała mi siłę, by przetrwać kolejny dzień. Każdy dłużył się jak tysiąclecie. Czasem, gdy tęsknota przytłaczała, miałem koszmary, że już nigdy nie powrócisz.
Bashar oderwał wzrok od kartek, podążył nim do stojącego tuż obok Dantego, a dłoń ponownie odnalazła jego policzek. Pogładził delikatnie jego twarz, palce przesunęły się po doskonale znanych krzywiznach, by w końcu sięgnąć złotych loków, ściągnąć mężczyznę jeszcze bliżej.
— Wróciłbym do ciebie, Dante — powiedział miękko. — Zawsze do ciebie wrócę.
— Wiem — odparł cicho, przesuwając jego dłoń niżej, aż spoczęła tuż nad sercem. — Umysł wie. Ale serce… nie jest ani logiczne, ani racjonalne.
Spojrzenia starczyły im za słowa, potem zaś Bashar znów podjął swój spacer, by przystać przy jednym ze zdjęć. Zrobione w przypadkowym momencie, w ogóle nie pozowane, trochę poruszone, jeszcze ze smugą palca Dantego dekorującą kadr, było doskonałym przedstawieniem ich codziennego, domowego życia. Bashar stał właśnie nad patelnią, ubrany w ledwie zarzucony na ramiona szlafrok, z potarganymi, lekko wilgotnymi włosami i pełnym ciepła uśmiechem, rzuconym w stronę obiektywu. Wprawne oko mogło dostrzec przygotowany do pokrojenia granat i resztę ciasta naleśnikowego, zalegającego w misce, czekającego tylko na to, aż mężczyzna wyleje je na patelnię.
— Baśnie pełne są niesamowitych czynów, pełne rycerzy mordujących potwory, by wyznać miłość damie swego serca. Lecz dla mnie najwięcej magii miały zawsze te drobne, codzienne czynności, to „kocham cię” wyrażone w zupełnie przyziemnych gestach. Serce rosło mi za każdym razem, gdy pojawiałeś się niezapowiedziany po moim treningu, lub widziałem cię pod zakładem, gdy tylko kończyłem z szyciem.
Bashar uśmiechnął się ciepło.
— Ja zawsze wypatrywałem cię po dyżurze, a gdyby ktoś spytał mnie, jaka jest moja ulubiona fraza, bez wahania powiedziałbym, że „panie doktorze, dzień dobry” — przyznał, gładząc okładkę notatnika.
Cisza wieczoru przedłużyła się wraz z czułym pocałunkiem, ciepłym i pogodnym, tym łagodnym zapewnieniem o niegasnącej miłości.
— Pamiętam, jak nie mogłem się doczekać, aż Petrus powie „całkiem nieźle sobie radzisz”, teraz jednak te słowa, chociaż nadal miłe, niewiele znaczą przy twoim spojrzeniu i tym uśmiechu, który dajesz mi, gdy jesteś ze mnie dumny — przeczytał dalej Bashar, gdy przystanęli przy kolejnym ze zdjęć. — Dante, jesteś niesamowitym mężczyzną i na każdym kroku dajesz mi powody, bym był z ciebie dumny.
— Z tobą jest inaczej — przyznał syren.
— Bo chcę, żebyś rozkwitał, Dante. Na każdym polu. Żebyś był najlepszą wersją samego siebie i tym, kim zawsze przeznaczone ci było być — odparł Bashar, pozwolił ciszy powrócić na moment, podkreślić dalsze słowa. — Mówisz, że dla ciebie miłość nie jest logiczna ani racjonalna, co ma sens i wcale nie czyni uczucia płytszym lub nieprzemyślanym. Dla mnie jednak miłość jest wyborem. Decyzją podjętą świadomie i racjonalnie, niosącą ze sobą wszystkie konsekwencje, gdy świat wokół się zmienia i ścieżka losu, miast być usłana płatkami róż, przypomina raczej cierniste pole.
— Myślisz, że nasza kiedyś się taka stanie? — spytał cicho Dante.
— To nie ma znaczenia, moje Słońce — Bashar przycisnął notatnik do piersi. — Bo bez względu na to, co nas czeka, przez wszystko przejdziemy razem. Do samego końca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz