Yonki był naprawdę utalentowany! Bez większego problemu rozpalił nowe ognisko! Song An bardzo się ucieszył. Oznaczało to, że nie musieli używać świętych płomieni. To na pewno sprowadziłoby na nich kłopoty. Teraz gdy mieli swój własny ogień, bez większych przeszkód mogli zająć się pieczeniem pianek! Boski sługa czekał na ten moment przez tyle czasu, że wprost nie mógł doczekać się chwili, aż w końcu będzie mógł najeść się ciepłymi słodkościami! Był tak podekscytowany, że nie zauważył nawet, jak jego włosy zajęły się płomieniami. Na szczęście Yonki szybko naprawił sytuację!
Song An bardzo podziwiał jego umiejętności. W końcu Yonki bez większego problemu rozpalił ogień, a nawet w mgnieniu oka przywrócił do porządku pasma włosów boskiego sługi. Jego nowy przyjaciel był równie niesamowity, co Merlin! Obydwaj potrafili robić tak wspaniałe rzeczy! Song Anowi zaczęło trochę brakować jego dawnych umiejętności. Chociaż dobrowolnie zgodził się je ograniczyć, z każdym dniem zaczynało mu ich brakować. Boski sługa bardzo chciał pokazać swoim przyjaciołom, co potrafi! Mógłby wezwać burzę albo trafić w coś piorunem! A taka błyskawica na pewno rozpaliłaby ognisko, gdyby dobrze tylko wycelować…
Mógł jednak tylko o tym pomarzyć. Ze swoich sztuczek mógł korzystać wyłącznie na terenie Gromu. Jego mistrz byłby na pewno niezadowolony, gdyby widział, jak uczeń rzuca w śmiertelnym świecie piorunami na prawo i lewo! Niedopuszczalne! Song An doskonale o tym wiedział. Dlatego z delikatnym wzruszeniem ramion wyrzucił z głowy natrętne myśli i skupił się na piankach. Może innego dnia będzie mógł podzielić się z przyjaciółmi swoim talentem…
Dzisiaj plany miał znacznie inne. Chciał zjeść pianki. Czuł, że będą to najlepsze słodycze w jego życiu. Wszystko musiało być doskonałe, więc szybko zwrócił uwagę na to, że brakowało im jednego, ważnego elementu: czegoś do siedzenia. Podzielił się swoimi wątpliwościami z Yonkim. W końcu stanie nad ogniskiem przez tyle czasu było zwyczajnie niewygodne! Jeśli znajdą coś do siedzenia, będą mogli spędzić przy piankach nieskończoną ilość czasu. Stąd szybko zabrali się za poszukiwanie idealnych siedzisk.
W tym celu pozostawili swoje małe ognisko za sobą, a sami ruszyli w głąb otaczającego obozowisko lasu. Song An zaczął przedzierać się przez gęste krzaki, jednocześnie rozglądając się za czymś do siedzenia. Jego włosy plątały się o wystające gałązki, ale nie przeszkadzało mu to nawet przez chwilę: był skupiony na swoim zadaniu. Niespodziewanie usłyszał nawoływania Yonkiego. Szybko się odnaleźli, a boski sługa nie potrafił uwierzyć ich szczęściu: jego przyjaciel znalazł dwa idealne pieńki do siedzenia! Teraz mieli już wszystko. Mogli powrócić do swoich pianek i delektować się ich smakiem do końca dnia!
Nie oglądając się za siebie, ruszyli w stronę ogniska. Song An był naprawdę szczęśliwy z powodu, że w końcu mają wszystko do piankojedzenia. Oczami wyobraźni już widział, jak siadają na pieńkach wokół ciepłych płomieni, rozmawiają i opiekają mięciutkie słodycze nad ogniem. Plan idealny!
Zaskoczył się jednak, widząc przebijające się przez liście jasne światło. Przecież to nie był jeszcze czas wschodu słońca! Na to jeszcze za wcześnie! Z tego powodu zarówno on, jak i Yonki przyspieszyli kroku. Chwilę później udało im się przedrzeć przez zarośla i wyskoczyć z lasu.
Zatrzymali się w niemałym szoku. Całe obozowisko zostało pochłonięte przez płomienie. Ludzie biegali w tę i we tę, próbując ogarnąć pożar. Wykrzykiwali do siebie niezrozumiałe dla Song Ana rzeczy. Z tonu ich głosu potrafił jednak wyczytać, że byli bardzo niezadowoleni!
— Pobliskie namioty nie powinny się palić, prawda? — rzucił Yonki, nie odrywając wzroku od pożaru.
— Może było im zimno? — zasugerował z nadzieją w głosie Song An, ale domyślał się, że to zdecydowanie nie było powodem tego zamieszania.
— Może — przytaknął Yonki. Również nie wyglądał na specjalnie przekonanego.
— Ale to chyba nie nasza wina, co nie? — próbował upewnić się boski sługa. Widział, że w otoczeniu ich ogniska pojawiło się zdecydowanie więcej ognia, ale jeszcze o niczym nie świadczyło… Jego przyjaciel w odpowiedzi wzruszył ramionami.
— Trudno powiedzieć. Ich ogień był w końcu znacznie większy…
Song An pokiwał głową.
— Dojdziemy do tego później, pomóżmy im to lepiej ugasić!
Mówiąc to, boski sługa podniósł z ziemi paczkę pianek, wcisnął ją sobie w rękaw, a następnie pobiegł w kierunku pożaru. Po drugiej stronie obozowiska znajdowały się krany z dostępem do bieżącej wody. Tam zgromadziła się większa część obozowiczów. Napełniali oni wodą uratowane z ognia większe naczynia i biegi w stronę pożaru, aby choć trochę ograniczyć jego skutki. Song An do nich dołączył. Chwycił wypełnione po brzegi wiadro, poniósł je bez trudu i ruszył w stronę pobliskiego ognia. Ugasił płomienie, które zniknęły z głośnym sykiem. Śmierdzący dym buchnął mu prosto w twarz, więc musiał kilkukrotnie odkaszlnąć.
Song An wykonał jeszcze kilka podobnych kursów. Nieraz minął po drodze Yonkiego, który również dołączył do akcji ratunkowej. Wraz z innymi obozowiczami wspólnymi siłami udało im się ugasić wszystkie płomienie. Oczywiście oprócz świętego ognia. On pozostał tam, gdzie płonął.
Nadchodził świt.
Wokół wszystko pokryte było popiołem i sadzą. Podłoże owiał szary pył po wypalonej trawie. Namioty ledwo się trzymały: większość materiału spłonęła, pozostawiając jedynie powykrzywiane stelaże. Pożar na szczęście nie przeniósł się na pobliskie drzewa. Płomienie skupiły się na terenie obozu. Nikt z obozowiczów również nie ucierpiał, na co Song An odetchnął z ulgą. Przynajmniej tyle. Czułby się naprawdę winny, gdyby komukolwiek stała się krzywda.
Niedługo wszyscy się uspokoili. Pierwszy szok minął, emocje opadły. Wtedy też zaczęto się zastanawiać, skąd właściwie w obozie wziął się pożar.
— To pewnie ci niewierni! Musieli podłożyć ogień, aby nas przestraszyć!
— Zgadzam się. To na pewno wina naszych przeciwników!
— Niech ja ich tylko dorwę!
Gorąca dyskusja zaczęła wrzeć. Song An i Yonki wymienili tylko niepewne spojrzenie. Żaden z nich nie rwał się przed szereg, aby opowiedzieć o małym ognisku przeznaczonym na pianki. Nie mieli pewności, że to ono spowodowało pożar, ale taka możliwość istniała.
— Może to ten bóg się na nas zdenerwował? — szepnął Song An do swojego przyjaciela. Miał oczywiście na myśli to, że rozpalili dodatkowe ognisko. Boski sługa doskonale wiedział, że niektórzy nieśmiertelni charakteryzują się ogromną dumą i działanie wbrew ich woli karali srogo.
— A może też miał ochotę na pianki? — dodał Yonki, zgodnie kiwając głową. — Z takim ogniem każdy znalazłby dla siebie miejsce do pieczenia pianek!
Ktoś stojący obok zdawał się przysłuchiwać ich rozmowie. Najwyraźniej nie zrozumiał kontekstu (w końcu nie wiedział, o drugim ognisku) i niespodziewanie wykrzyknął:
— A co jeśli była to kara boska! Może przyszedł na nas Czas!
— Oh, to ma sens!
— Ale czym rozgniewaliśmy Czas?!
Przerażone głosy rozbrzmiały wśród obozowiczów. Wszyscy zaczęli się przekrzykiwać. Nieustannie mówili coś o boskiej karze, o „czasie”, nadchodzącej zagładzie…
Song An i Yonki siedzieli w ciszy. Raz po raz zerkali na siebie wymownie. Wyglądało na to, że nikt nie podejrzewa ich za ten mały incydent…
Boski sługa ścisnął tylko trzymaną w rękawie paczkę pianek. Żałował, że nie udało im się ich spróbować. Wierzył, że następnym razem na pewno im się uda. W końcu mieli już kijki i pieńki. Tym razem nie spuściliby ognia z oka nawet na chwilę!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz